Prokuratura zajmuje się produkcją tomów, nie śledztwem
Z Magdaleną Mertą, żoną wiceministra kultury Tomasza Merty, który zginął
na pokładzie rządowego tupolewa na Siewiernym, członkiem Stowarzyszenia Rodzin
Katyń 2010, rozmawia Paulina Jarosińska
Strona rosyjska zwróciła się z wnioskiem prawnym o przesłuchanie rodzin na
okoliczność posiadania przedmiotów znalezionych na terenie lotniska Siewiernyj.
Czy one już się rozpoczęły?
– Przesłuchania już trwają. Ja jeszcze nie zeznawałam, ale otrzymałam w tej
sprawie telefoniczne zaproszenie.
Jak Pani ocenia wartość tego wniosku w kontekście całego śledztwa?
– Moim zdaniem, jest to dalszy ciąg pozorowania działań zarówno przez stronę
rosyjską, jak i polską. Należy pamiętać, że z niepilnowanej jakkolwiek sterty
szczątków samolotu każdy, kto tylko chciał, mógł zabrać dowolną liczbę
fragmentów maszyny. Rosjanom absolutnie nie zależało na tym, aby te szczątki
były zabezpieczone czy pilnowane. Procedura jest taka: każdy, kto zabrał jakąś
cząstkę samolotu z miejsca katastrofy, zostanie wezwany do wydania dowodu
rzeczowego. Polska prokuratura przekaże następnie te przedmioty rosyjskiej,
która z powrotem "rzuci" je na tę samą stertę, z której zostały one zabrane. Nie
służy to śledztwu, a jest to po prostu wdrażanie takiej procedury, która ma
stwarzać pozory, że coś się w sprawie Smoleńska dzieje. Druga sprawa: służy to
wyłącznie produkcji kolejnych bezużytecznych tomów akt. Najpierw polska
prokuratura przesłucha kolejne osoby, które od kwietnia peregrynowały do
Smoleńska, potem będzie szczycić się tym, ile osób wystąpiło w charakterze
świadków, choć pewnie większość z nich powie to samo. Setki stron z tych
przesłuchań trafią w ręce Rosji i polska prokuratura przedstawi to jako swój
sukces. Nie będzie miało to ostatecznie żadnego znaczenia dla śledztwa, to
działania bezsensowne. Gdyby Rosjanie chcieli odpytać wszystkich, którzy byli na
miejscu katastrofy, to musieliby przesłuchać wszystkich mieszkańców Smoleńska.
Na jednej ze stron internetowych jest takie zdjęcie, jak odpędza się mnie z
miejsca katastrofy i jednocześnie pozwala się szwendać po tym terenie jakiejś
Rosjance. Cała ta sprawa z przesłuchaniami na okoliczność posiadania przez nas
rzeczy znalezionych na Siewiernym zasługuje na wyśmianie. To są pozory śledztwa.
Co z osobistymi rzeczami ofiar?
– Zostały przekazane żandarmerii w Mińsku.
Jakie, według Pani, działania powinna podjąć w trybie natychmiastowym
polska prokuratura, a co byłoby kluczowe dla całego śledztwa?
– Niewiele spośród stron akt śledztwa ma wartość dla całego postępowania.
Ogromna część z nich to multiplikowane wątki, jak np. lista pasażerów, która
przewija się kilka razy. Tym, co powinno być od razu zrobione, w trybie
natychmiastowym, a nie po prawie roku od katastrofy, jest przede wszystkim
dokładne przebadanie wraku samolotu – wszystkich szczątków, od najmniejszego,
tak jak miało to miejsce po katastrofie w Lockerbie. Poza tym dokładne
przebadanie terenu – taką mapę miejsca udało się narysować polskim archeologom i
to również po wielu miesiącach trudów z tym związanych. Przecież wiele
przedmiotów, szczątków tam zostało! Zbadanie miejsca zdarzenia, niezwykle
precyzyjne, powinno nastąpić przed przesłuchiwaniem harcerzy, którzy tam
składali kwiaty.
Była już Pani przesłuchiwana na okoliczność przecieków upowszechnianych
przez dziennikarzy "Wprost"?
– Nie zostałam na nie jeszcze zaproszona. Nie wierzę, że ten przeciek wyszedł
od rodzin. Podejrzewam, że prokuratura "umówiła się" z dziennikarzem, iż
zostanie to zrzucone na rodziny, choć tak naprawdę jest to przeciek z
prokuratury, która z kolei paradoksalnie wcale nie wyklucza, że tak jest.
Prezydent Komorowski powiedział niedawno, że przyczyną katastrofy była
próba lądowania w nieodpowiednich warunkach, sugerując, iż za tragedię
odpowiedzialni są piloci.
– Nie mamy żadnych dowodów na to, że samolot by się nie rozbił, gdyby nie
było próby lądowania. Nie możemy tego dziś rozstrzygnąć. Są eksperckie głosy,
które mówią o detonacji, jaka nastąpiła na pokładzie. Nie mamy informacji, które
świadczyłyby o tym, że lot nie zakończyłby się tragicznie, gdyby nie było próby
lądowania. Za decyzję o podejściu do lądowania odpowiada nie załoga, ale ci,
którzy fałszowali dane i stworzyli wrażenie, że samolot jest "na kursie i na
ścieżce". Piloci zostali oszukani i naprowadzono ich na lądowanie w ogóle nie w
osi pasa. To oczywiste, że próba lądowania w lesie może zostać uznana za
przyczynę katastrofy, ale należy pamiętać, że załoga wierzyła, iż jest gdzie
indziej, że wyląduje. Tak im mówiła wieża, oszukała ich radiolatarnia, mało tego
– nie ostrzegł ich pokładowy GPS. W Brukseli jeden z ekspertów tłumaczył nam, że
są trzy źródła, jakimi posługują się piloci – wśród nich urządzenia pokładowe.
Kontrolerzy kłamali, radiolatarnia wysłała sygnał dłuższy niż powinna, nie wiemy
natomiast, dlaczego nie zadziałał pokładowy GPS. Bezwzględnie i na każdym kroku
trzeba bronić dobrego imienia załogi samolotu. Sugerowanie jakiejkolwiek jej
winy jest obrzydliwym kłamstwem, które można zweryfikować, patrząc na miejsce
katastrofy.
Dziękuję za rozmowę.
