Prezydent ucieka ze szpitala
Prezydent Ekwadoru Rafael Correa został uwolniony ze szpitala w stolicy
kraju Quito, gdzie był przetrzymywany przez oddziały policji po buncie
funkcjonariuszy. Szefa państwa po krótkiej wymianie ognia uwolnili żołnierze
ekwadorskiej armii. Correa przebywał w klinice, ponieważ ucierpiał w wyniku
ataku gazem łzawiącym podczas – jak sam stwierdził – próby zamachu stanu i
usunięcia go ze stanowiska.
– Nie będzie łaski ani przebaczenia dla zaangażowanych w rebelię przeciwko
głowie państwa – wykrzykiwał z wściekłością Correa do swoich zwolenników
zgromadzonych przed pałacem prezydenckim. W wyniku niepokojów i zamieszek, jakie
wywiązały się w związku z buntem w szeregach policji, a także części wojskowych,
zginęły dwie osoby, a kilkadziesiąt zostało rannych. Według przypuszczeń do
rewolty doszło w wyniku ogłoszenia przez prezydenta nowego prawa
oszczędnościowego, które m.in. redukuje płace dla służb publicznych, w tym
policji.
Rafael Correa trafił do szpitala w Quito, aby poddać się leczeniu obrażeń,
których doznał w wyniku ataku gazem łzawiącym. Wówczas setki policjantów
niezadowolonych z planów oszczędnościowych otoczyło klinikę, uniemożliwiając tym
samym szefowi państwa opuszczenie szpitala. Doszło do wymiany ognia pomiędzy
policjantami blokującymi placówkę a żołnierzami ekwadorskiej armii
zamierzającymi uwolnić prezydenta. Służby prezydenckiej ochrony, korzystając z
ogromnego zamieszania, wywiozły Correa w przebraniu na wózku inwalidzkim ze
szpitala i przetransportowały go do pałacu.
Jak podkreślają świadkowie tych wydarzeń, wymiana ognia pomiędzy dwoma służbami,
które powinny pilnować pokoju w kraju, przypomniała o najciemniejszych kartach z
przeszłości. Historia Ekwadoru obfituje w brutalne zamieszki, uliczne rozruchy i
powstania, które kończyły się obaleniem władz. Jak oceniają eksperci, fakt, że
tym razem taki scenariusz nie został zrealizowany, pokazuje, iż pod rządami
Correi sytuacja nieco się uspokoiła. Choć to wcale nie oznacza, że społeczeństwo
nie jest podzielone. Rebelia w policji dowodzi zaś, że ponowne brutalne obalenie
władzy nie jest wykluczone. Prezydent Correa, 47-letni wykształcony w Stanach
Zjednoczonych ekonomista, objął fotel prezydencki w 2007 roku. Dwa lata później
został ponownie wybrany na ten urząd. Do reelekcji doszło pomimo zaniedbań,
które mogły, jak się szacuje, kosztować kraj nawet 3,2 mld USD strat.
Jeszcze wcześniej zbuntowani policjanci otoczyli budynek Kongresu w Quito, a
także port lotniczy w stolicy oraz lotnisko w drugim co do wielkości mieście
Ekwadoru Guyaquil. W kraju ogłoszono stan wyjątkowy. Obrabowanych zostało kilka
banków, a szkoły i sklepy zostały pozamykane. W odpowiedzi na te doniesienia
niezwłocznie granice ze swoim sąsiadem zamknęły Peru i Kolumbia. Władze USA
oświadczyły, że Stany Zjednoczone potępiają wszelkie próby naruszania procesu
demokratycznego i porządku konstytucyjnego w Ekwadorze. Jednocześnie
zadeklarowały pełne poparcie dla prezydenta Ekwadoru. Główną przyczyną buntu
były zaproponowane przez prezydenta ustawy oszczędnościowe. Sam prezydent
twierdzi, że do rewolty nie doprowadziły wyłącznie żądania płacowe policji.
Według Correi, z jego osaczeniem miał związek były prezydent Lucio Gutierrez.
Ten zaprzecza, by miał cokolwiek wspólnego z buntem policjantów.
Zaraz po ustaniu zamieszek do dymisji podał się szef krajowej policji Freddy
Martinez. Martinez bez powodzenia próbował nakłonić policjantów, którzy oblegali
parlament, a także kilka komisariatów w kraju, do odstąpienia od protestu.
Prezydent podkreślił, że wszystkie "elementy buntownicze" zostaną niezwłocznie
usunięte z szeregów policji.
Łukasz Sianożęcki
