Presja na społeczeństwie
Z dr. inż. Feliksem Bronisławem
Pieczką, przewodniczącym Społecznego Komitetu Ratowania Stoczni Gdańskiej
i Przemysłu Okrętowego, rozmawia Katarzyna Cegielska
Kolejny raz słyszymy o zarzutach względem Radia Maryja w powiązaniu ze Stocznią
Gdańską…
– O takich natrętnie powtarzanych nieprawdziwych informacjach młodzież mówi,
że dają jej do zjedzenia dziesięciokrotnie odsmażane, nieświeże, stare kotlety.
Nie dziwię się temu atakowi, ponieważ to jest zorganizowana nagonka na Radio
Maryja i ojca Tadeusza Rydzyka w przeddzień Świąt Wielkiej Nocy i przyjazdu
do Polski Ojca Świętego Benedykta XVI. Z jednej strony, chodzi o to, by tę
nagonkę wykorzystać przeciw Radiu i ojcu, a z drugiej strony – by spowodować
zamęt w Wielkim Tygodniu wśród społeczeństwa, chcącego koncentrować się na
sprawach stricte religijnych. Społeczeństwo poddawane jest presji psychicznej.
To psychiczny terror, bo ludzie zmuszani są do skupiania swoich myśli na sprawach
przyziemnych i na dodatek nieprawdziwych, zamiast na sprawach religijnych.
Nie ma możliwości zarzucenia czegokolwiek prawdziwego, więc się nęka Radio
Maryja. To jest taka metoda znana dobrze starszemu pokoleniu.
A jakiego zadania podjął się komitet, którego jest Pan członkiem?
– Celem komitetu była ugoda z wierzycielami i zakup akcji Stoczni Gdańskiej
S.A., będących własnością Skarbu Państwa. Mieliśmy obietnicę od ministra
skarbu Emila Wąsacza zakupu akcji stoczni, kiedy dogadamy się z wierzycielami.
Główni wierzyciele chcieli pójść na ugodę. Kiedy ostatni z głównych wierzycieli
podjął decyzję o ugodzie, ale nie zawiadomił jeszcze syndyka, to w tym czasie
sędzia komisarz podjął decyzję o sprzedaży stoczni. Mimo że Roman Gałęzewski
apelował do sędziego komisarza, żeby poczekał jeden dzień z decyzją, bo wiedział,
że już jest zgoda tego ostatniego głównego wierzyciela. Jednak podjęto inną
decyzję, decyzję o sprzedaży stoczni.
Potem została podjęta decyzja o zwrocie zdeponowanych pieniędzy tym wszystkim,
którzy tego chcieli…
– Osoby, które zdeponowały pieniądze na subkoncie, jako ich właściciele, mogły
zadysponować swymi pieniędzmi. I mając zaufanie do ojca Tadeusza Rydzyka, dyrektora
Radia Maryja, przekazały te fundusze na Radio Maryja. Wiedziały bowiem, że
Radio Maryja wykorzysta te pieniądze w szlachetnym celu. I ktokolwiek mówi
o sprzeniewierzeniu tych pieniędzy, to mówi w złej wierze! Wystarczy pojechać
do Torunia, aby zobaczyć, że działa tam np. Wyższa Szkoła Kultury Społecznej
i Medialnej, działa Radio Maryja i Telewizja Trwam, wszystko dla dobra Kościoła
i Narodu Polskiego. Jeśli chodzi o uczelnię, to w szczególności korzysta z
niej biedna młodzież, która w innych warunkach nie miałaby szans studiowania.
Tam młodzież wychowywana i kształcona jest w duchu chrześcijańskim i patriotycznym.
Trzeba tylko Bogu dziękować, że pieniądze, które nie mogły być przeznaczone
na ratowanie Stoczni Gdańskiej, zostały bardzo dobrze wykorzystane, i to na
polecenie ich właścicieli. To jest powód do chwały dla tych, którzy te pieniądze
złożyli, i dla ojca Tadeusza Rydzyka.
Niezależnie od Społecznego Komitetu Ratowania Stoczni
Gdańskiej i Przemysłu Okrętowego działało Stowarzyszenie "Solidarni ze Stocznią Gdańską".
Zostało powołane przez Komisję Krajową NSZZ "Solidarność", był to
tzw. komitet cegiełkowy. Jakie spełniał zadanie w tym czasie?
– Stowarzyszenie "Solidarni ze Stocznią Gdańską" powstało przed powołaniem
naszego Komitetu. O swoich celach mówiło także na antenie Radia Maryja. Myśmy
dążyli do tego, by działać wspólnie. Nasze działania polegały na tym, że koncentrowaliśmy
się na ugodzie z wierzycielami, a przedstawiciele stowarzyszenia cały czas
twierdzili, że realna jest jedynie sprzedaż stoczni. My wiedzieliśmy, iż sprzedaż
nie dotyczy tylko majątku, ale gruntów, znaku firmowego, marki, nazwy znanej
na całym świecie. Przy sprzedaży traci się to wszystko. A w chwili, gdy byłby
zawarty układ – co stanowiło nasz cel – to stoczniowcy, mając przyrzeczenia
ok. 40 proc. akcji stoczni, łącznie z tymi, którzy zdeponowali pieniądze na
wykup stoczni, i łącznie z akcjami, które miał Skarb Państwa – ci wszyscy byliby
współwłaścicielami stoczni. To stanowiłoby akcjonariat pracowniczy. Wiosną
1998 r. spotkaliśmy się z Prezydium Komisji Krajowej "S". Od stoczniowców
otrzymaliśmy opracowanie datowane na 1997 rok, dotyczące "wykorzystania
Stoczni Gdańskiej dla celów produkcyjnych Stoczni Gdynia" – czyli już
wtedy były przygotowane programy, dotyczące tego, co się zrobi po zakupie Stoczni
Gdańskiej. Z jednej strony, bawiono się z nami w ciuciubabkę, a de facto zapadły
już decyzje, że Stocznia Gdańska będzie przekazana Stoczni Gdynia. Oficjalnie
pan Krzaklewski popierał nasz cel, by Stocznia Gdańska została w polskich rękach,
jednak fakty temu przeczyły. To przykre, że tak się stało. Byłem dwa tygodnie
temu na terenie stoczni. Kiedyś pracowały tam stoczniowe żurawie, słychać było
stukot młotów. Teraz to wszystko jest martwe, jak w zatrzymanym kadrze filmu.
A wiatr, niczym na Dzikich Polach, hula po stoczniowych pustych placach. Wierzę,
że Stocznia Gdańska znowu zacznie tętnić życiem.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
