Premiera balansowanie na linie

Propozycję obłożenia polskich dzieci podatkiem od luksusu zdążyły już
pochwalić niektóre media. Pod hasłem walki z kryzysem w ciemno poparły one
likwidację ulg podatkowych na pierwsze i drugie dziecko w rodzinie, możliwości
wspólnego rozliczania się małżonków oraz becikowego. Oznacza to dodatkowe
opodatkowanie tych, którzy założyli rodziny, urodzili dzieci i łożą na ich
utrzymanie często przez 25 lat. W przyszłości z kolei dzieci te będą płaciły
podatki/składki nie tylko na utrzymanie swoich rodziców, ale i tych, którzy nie
podjęli trudu posiadania potomstwa. W prasie pojawiły się cyniczne komentarze,
że propozycja opodatkowania polskich rodzin jest "spóźnioną reformą", gdyż z
uwagi na to, że ulgi te nie stanowią wysokich kwot, nie wpływają na fakt
posiadania większej liczby potomstwa: "Czy dodatkowe 1000 zł rocznie może
zmienić decyzję kogokolwiek w sprawie posiadania dziecka?". Szokujące jest to,
że przedstawiane rozwiązanie traktowane jest jako forma oszczędności
budżetowych, podczas gdy nikt nie wpadł na pomysł, aby w ramach likwidacji ulg
podatkowych powrócić do 40-procentowej stawki dla najbogatszych.

Groźba depopulacji
Takie pomieszanie pojęć spowodowało, że wielu odetchnęło z ulgą, gdy okazało
się, iż premier Tusk nie popełnił "szaleństwa", domagając się zniesienia ulg
podatkowych na dzieci, a nie ich podwyższenia, traktując w ten sposób dzieci
jako "produkt" luksusowy (niedługo jedynie bogaci będą mogli wychowywać dzieci).
Niestety, tego rodzaju działania można porównać do podcinania gałęzi, na której
się siedzi.
Napędzają one proces depopulacji Polski, który oznacza zgodę na starzenie się
społeczeństwa i utratę zabezpieczenia na starość, w połączeniu z ograniczeniem
dostępu do służby medycznej. Niemcy zaniepokojeni kryzysem demograficznym łożą
miliardy na rodziny, a niemiecki budżet na 2012 r., w przeciwieństwie do
polskiego, przewiduje nowe wydatki prorodzinne w wysokości 100 euro miesięcznie
na dziecko. Jak podaje "The Wall Street Journal" w artykule Williama Bostona,
Andreasa Kissle´a i Matthiasa Riekera "Germany Resists Austerity in Budget",
Niemcy wprowadzili bardzo silne zachęty prorodzinne w postaci sfinansowania
opiekunki do dziecka w wysokości 100 euro miesięcznie, a jak podała "Gazeta
Prawna", "w Europie niektórym krajom udało się przełamać fatalną prawidłowość,
zgodnie z którą bogacące się państwa szykują sobie demograficzną zagładę. To
przede wszystkim Francja, ale także Wielka Brytania, Holandia, Irlandia i kraje
skandynawskie". W Niemczech poczucie zagrożenia jest powszechne, gdyż nawet
minister spraw wewnętrznych na początku miesiąca ostrzegł, "że jeśli Niemcy nie
przyłożą się do prokreacji, dług Republiki Federalnej urośnie do 200 proc. PKB".

Zracjonalizować system kapitałowy
Dlatego słuchając exposé premiera, miałem mieszane uczucia, bo wprawdzie
nareszcie dostrzegł on konsekwencje starzenia się społeczeństwa, narastania
zobowiązań emerytalnych i – choć w wystąpieniu nie było o tym mowy – zobowiązań
zdrowotnych, to pozostał niedosyt, jeśli chodzi o zaproponowaną receptę i
rekomendacje systemowe polegające jedynie na podwyższeniu wieku emerytalnego.
Tymczasem jest inne wyjście, polegające na zracjonalizowaniu systemu
kapitałowego, w którym każdy gromadzi składki na swoim koncie, a przechodząc na
emeryturę, decyduje o wysokości swoich świadczeń. Jeśli pracuje dłużej, dostaje
wyższe sumy, ale – podkreślam – wybór należy do niego. Wymuszanie późniejszej
emerytury mija się z celem. Motywacja, by dłużej pracować, jest już
wystarczająca. To oczywiste – jeśli się dłużej pracuje i gromadzi więcej
pieniędzy na koncie, a oczekiwana długość życia od momentu przejścia na
emeryturę zmniejsza się, a więc powiększamy licznik (zgromadzona suma), a
zmniejszamy mianownik (okres wypłacanych świadczeń). Przymus może też rodzić
obawy, że to, co zapisujemy na kontach w ZUS, to jakiś byt wirtualny – i może
najlepiej uciec z systemu? A to, co sami zaoszczędzimy, będziemy mieli w garści.
W mniej klarownej sytuacji zamiast stabilizacji będziemy mieli destabilizację
systemu.
Zresztą pomieszanie z poplątaniem wystąpiło również w kwestii składki rentowej.
Skoro fundusz rentowy ma deficyt, to oczekiwałbym wyliczeń, że należy składkę
powiększyć ni mniej, ni więcej tylko właśnie o te zaproponowane 2 punkty
procentowe, pamiętając o tym, że składka rentowa jedynie uzupełnia wartość
środków zgromadzonych na koncie emerytalnym. Dlatego nie do końca jestem
przekonany, że zaproponowany wzrost nie jest ukrytym podatkiem powiększającym
koszty pracy.
Podobne uwagi mam do wystąpień opozycji. O ile istotne jest, że przypomniała o
wielu innych ważnych problemach nieujętych w exposé, o tyle dużym minusem było
niezajęcie się kluczową sprawą w kwestii stabilności finansów publicznych w
okresie dłuższym: polityką prorodzinną. Zwłaszcza że na tle exposé, w którym
najczęściej powtarzającym się słowem była "emerytura", można było te kluczowe
zależności nagłośnić. Zwłaszcza gdy okazało się, że PSL walczy o KRUS i rolników
w wieku emerytalnym, a nie robi nic dla polepszenia warunków życia dzieci
rolników.

Późniejsza emerytura to za mało
Rok temu na kongresie w Katowicach zadeklarowałem, że przestaję być
eurosceptykiem, bo zagrożenia, o których przed laty mówiłem, obecnie się
spełniają i zaczynam być demografosceptykiem. Premier dotknął tego problemu:
setki tysięcy ludzi przestanie pracować, a zacznie pobierać emeryturę. Zmiana
proporcji, relacji pracownicy – świadczeniobiorcy spowoduje w przyszłości
gigantyczne problemy, także dla finansów publicznych. I nie chodzi tylko o
wypłacanie olbrzymich zobowiązań emerytalnych. Przechodzący na emeryturę
powojenny wyż demograficzny będzie też chorował. Zapotrzebowanie na świadczenia
medyczne wzrośnie aż czterokrotnie – i to też oznacza potężny wzrost zobowiązań
państwa. Niestety, żadna siła polityczna merytorycznie na te stwierdzenia nie
zareagowała. Wydłużenie wieku emerytalnego nie jest właściwym rozwiązaniem tych
problemów, gdyż globalne firmy, które znajdują siłę roboczą w Chinach i Indiach,
nie wyłożą kapitału na budowę stanowisk pracy dla 60-latków, w sytuacji gdy
obecnie nie chcą w Polsce zatrudniać 50-latków, a nawet młodych ludzi.
Oczekiwałem od premiera propozycji dotyczących polityki prorodzinnej. Miałem
nadzieję, że Donald Tusk powie: "Czeka nas olbrzymi wysiłek jako konsekwencja
dwudziestoletnich zaniedbań, ale przeznaczymy co najmniej 500 zł ulgi podatkowej
na dziecko miesięcznie (niezależnie od tego, czy rodzice płacą PIT, czy też
nie), ułatwimy zakup mieszkania rodzinom wielodzietnym. Musimy te działania
wprowadzić w ciągu nadchodzących trzech lat, gdyż po tym okresie pokolenie wyżu
solidarnościowego się zestarzeje i nie będzie mogło mieć dzieci. A będzie to
oznaczało zawitanie do Polski kryzysu na stałe". Niestety, oczekiwałem tego
rodzaju deklaracji na próżno.

Konieczna inwestycja w rodzinę
Rezygnacja z wprowadzenia programu gospodarczego z 2005 r. powoduje, że tym
bardziej musimy przekonać obecne władze do wprowadzenia wysokich, a nie
symbolicznych ulg podatkowych. Polityka prorodzinna to konieczna inwestycja.
Powinniśmy publicznie działać jak dobrze zarządzane przedsiębiorstwo: jeśli
inwestycja daje szanse na zysk (pozytywne NPV), wykładamy na nią pieniądze. Do
tego potrzebny jest jednak budżet zadaniowy – z modułem wyliczającym, o ile dane
zadanie poszerzy w przyszłości bazę podatkową.
Gdyby tego typu działania wprowadzono, pozyskanie pieniędzy z rynków
kapitałowych w okresie kryzysu nie stanowiłoby problemu, gdyż inwestorzy, chcąc
zarobić, pożyczą pieniądze takiemu krajowi, w którym w przyszłości ktoś będzie
im je w stanie zwrócić. "Financial Times" opisuje brak perspektyw gospodarczych
krajów, które dopuszczają do zapaści demograficznej. W artykule "Someuncomfortabletruths"
podkreśla: "Wiele osób czeka, aby nasze elity polityczne znalazły magiczny
eliksir, który może ponownie wywołać wzrost do poziomu z ostatnich
dziesięcioleci. Czekają na próżno". Ze względów demograficznych bowiem
przedsiębiorcom nie opłaca się inwestować w krajach, w których panuje zapaść
demograficzna, co rysuje przed nami ponurą perspektywę. Aby opłacało się
inwestować, konieczna jest perspektywa zysku, a do tego konieczny jest prężny
rynek i wzrost gospodarczy. PKB jest z kolei wypracowywany przez ludzi. O ile w
przeszłości liczba pracowników dynamicznie wzrastała, o tyle teraz nie tylko
proces ten uległ spowolnieniu, ale liczba pracowników ulega zmniejszeniu. W tej
samej skali należy oczekiwać wyhamowania wzrostu PKB, ale i rynku na produkty i
w konsekwencji zyskowności sprzedaży. Wzrost PKB jest generowany przez młodą
generację 20- i 30-latków. Kiedy w populacji następuje przesunięcie w kierunku
50-latków i starszych, PKB spowalnia. Według Roba Arnotta, wkład młodej
generacji jest największy, gdyż młodzi są "silnikami wzrostu", 50- i
60-latkowie, pracując, starają się utrzymać poziom PKB na stałym poziomie, a nie
go powiększać, podczas gdy 60- i 70-latkowie są tymi, którzy PKB konsumują.
Konkludując, dla Polski, która oszczędza na dzieciach, już za trzy lata nadejdą
ciężkie dni, gdyż jak podkreśla Arnott, "polityka nie znajdzie recepty
pozwalającej dostarczać ożywiającej energii i przedsiębiorczości, które mogą
przywrócić poprzednie chwalebne wzrosty PKB".
Wydaje się, że prawda ta do naszych polityków nie dociera, a jak dotrze i stanie
się tematem numer jeden dla wszystkich mediów, będzie już za późno, gdyż ludzi
młodych, zdolnych do urodzenia i wychowania dzieci już nie będzie – nadejdzie
więc czas pokuty, a jej zwiastuny były już obecne w exposé premiera Tuska.

 

Dr Cezary Mech ekonomista
 


Autor jest absolwentem IESE, byłym prezesem Urzędu Nadzoru nad Funduszami
Emerytalnymi, podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów i zastępcą szefa
Kancelarii Sejmu, autorem programu gospodarczego PiS z 2005 roku.

drukuj