Premier dopiął swego

Prezydent Lech Kaczyński będzie przewodniczył jutro polskiej delegacji podczas podpisania w Lizbonie traktatu unijnego. Głowa państwa nie poleci natomiast na piątkowy szczyt Rady Europejskiej do Brukseli. To efekt uzgodnień kolejnego już w ostatnich dniach spotkania prezydenta z premierem.

Do ostatniej chwili przed wczorajszym wylotem premiera Donalda Tuska do Paryża prezydent Lech Kaczyński uzgadniał z szefem rządu podział ról podczas dzisiejszej uroczystości podpisania traktatu reformującego UE i jutrzejszego szczytu Rady Europejskiej. Blisko pół godziny wystarczyło jednak do ostatecznego uzgodnienia, że polską delegacją w Lizbonie kierował będzie prezydent. W składzie delegacji znajdzie się również premier Donald Tusk. Jednakże już do Brukseli obaj się nie udadzą, a na czele polskiej delegacji na brukselski szczyt stanie premier Tusk. „Prezydent Lech Kaczyński nie przewiduje obecności podczas szczytu w Brukseli” – głosi podpisany przez Michała Kamińskiego, sekretarza stanu w Kancelarii Prezydenta, komunikat po spotkaniu prezydenta z premierem. Choć prezydent będzie przewodził delegacji w Lizbonie jako główny polski negocjator unijnego traktatu, to jednak traktat reformujący z polskiej strony podpisany zostanie przez premiera Tuska oraz ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego.

Udając się do Lecha Kaczyńskiego, Donald Tusk wydawał się bardzo zdeterminowany, aby przekonać głowę państwa, że w brukselskim szczycie udział powinien wziąć sam szef rządu – bez prezydenta. Od kilku dni niezwykle usilnie starał się przekonywać zarówno prezydenta, jak i opinię publiczną, że obecność głowy państwa w Brukseli nie jest wcale konieczna, a wręcz niepotrzebna i tylko skomplikowałaby sytuację naszej delegacji. Argumentował przy tym, że sprawy poruszane na szczycie są przedmiotem działania rządu. Ostatecznie dopiął swego. – Nie jest to kwestią przekonania, tylko troski o interes państwa. Troski o to, by unikać sytuacji, które by mogły źle wpływać na wizerunek Polski za granicą – wyjaśniał Kamiński decyzję prezydenta o powstrzymaniu się od wyjazdu do Brukseli. Rozgrywki na forum międzynarodowym między głową państwa a szefem rządu o to, kto tak naprawdę prowadzi naszą politykę zagraniczną, mogłyby bowiem niekorzystnie wpłynąć na wizerunek naszego kraju za granicą. Zdaniem prezydenckiego ministra, nieporozumienia w tej sprawie między prezydentem a premierem to nie tyle kwestia konfliktu, ile sprawa odpowiedniego doprecyzowania wynikających z Konstytucji obowiązków prezydenta i premiera co do odpowiedzialności za naszą politykę zagraniczną.

Wyniki ustaleń między prezydentem a premierem cieszą posłów Platformy Obywatelskiej. – W Brukseli spotykają się szefowie rządów państw Unii Europejskiej, bo tam podejmowane są decyzje, jakie zapadają na szczeblu rządów poszczególnych państw – powiedział szef klubu PO Chlebowski. Dlatego też – jak dodał – cieszy zawarcie kompromisu, który został zaproponowany przez premiera. Jego zdaniem, to dobry znak na przyszłość dla współpracy prezydenta z premierem.

Ostrożniej do sprawy podchodzi szef klubu Prawa i Sprawiedliwości Przemysław Gosiewski. – To wynik ustaleń między prezydentem a premierem. Mogę tylko powiedzieć, że z niepokojem obserwuję sytuację, w której ogranicza się rolę prezydenta w polityce zagranicznej. Sądzę, że te sprawy powinny być uszanowane przez rząd – komentował Gosiewski. Jego zdaniem, nie ma żadnych przesłanek, aby obecny rząd ograniczał rolę prezydenta w naszej polityce zagranicznej.


Artur Kowalski
drukuj