Prawo unijne poza kontrolą
Prezydent RP i premier ogłaszają nam, że lekiem na polski i europejski kryzys
jest "więcej Europy" w Polsce, "ściślejsza integracja z UE", także integracja
polityczna, jak postraszył niedawno minister spraw zagranicznych. Prezydent i
premier oraz minister spraw zagranicznych tak aktywnie i gorliwie realizują
scalające Polskę krok po kroku z UE traktaty, że całkowicie stracili z pola
widzenia własną, polską Konstytucję. Najwyraźniej nie pamiętają już, jakie są
konstytucyjne fundamenty państwa polskiego. Zapomnieli też najwyraźniej, że
przysięgali "dochować wierności postanowieniom Konstytucji" (premier i
ministrowie), a prezydent dodatkowo, że będzie m.in. "strzegł niezłomnie
godności Narodu i niepodległości".
Konstytucja polska w jednym ze swych pierwszych przepisów oraz w preambule
podkreśla status Narodu jako suwerena i stwierdza, iż "władza zwierzchnia w
Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu" (art. 4). Artykuł 5 nakłada zaś na
Rzeczpospolitą, tj. wszystkich polskich obywateli i polskie władze, m.in.
obowiązek "strzeżenia niepodległości Polski".
Niepatriotyczne zawołanie prezydenta, premiera i ministra spraw zagranicznych
o "więcej Unii w Polsce", tj. o więcej uprawnień decyzyjnych i kontrolnych UE w
Polsce i wobec Polski, oznacza tym samym – bo logicznie musi oznaczać – wolę
wyzbywania się własnych, polskich kompetencji władzy i decyzji na rzecz organów
unijnych, by tej Unii w Polsce było więcej, by Unia mogła w Polsce, o Polsce i
za Polskę decydować.
Ograniczanie suwerena
Zawołania najwyższych władz polskich o więcej Unii, podobnie zresztą jak sama
akcesja Polski w jej struktury, oznaczają jednak naruszenie wielu zasad polskiej
Konstytucji, zwłaszcza zasady określonej w art. 4, iż "władza zwierzchnia w RP
należy do Narodu, który tę władzę w Polsce sprawuje bezpośrednio (w referendum)
lub przez swoich przedstawicieli, tzn. przez wybranych przez siebie posłów".
Oznacza to, że do posłów, do Sejmu należy wykonywanie w imieniu swego Narodu
władzy zwierzchniej, nadrzędnej w Polsce.
Podkreśla to też art. 95 Konstytucji, który władzę ustawodawczą, władzę
tworzenia prawa w Polsce przekazuje Sejmowi i Senatowi. Cytowany przepis
powierza Sejmowi także kontrolę nad działalnością Rady Ministrów "w zakresie
określonym przepisami Konstytucji i ustaw".
Ostatnie słowo przewidujące tylko w jakimś "zakresie", do jakiegoś "zakresu"
konstytucyjne i nawet ustawowe ograniczenie parlamentarnej kontroli rządu nie do
końca jest spójne ze wstępnym przepisem Konstytucji określającym, że "władza
zwierzchnia" – cała władza zwierzchnia, bez ograniczeń – należy do Narodu, do
jego reprezentanta, tj. do Sejmu. Artykuł 95 Konstytucji nie powinien w tej
sytuacji ograniczać uprawnień kontrolnych Sejmu (Narodu) wobec Rady Ministrów do
jakiegoś niejasnego konstytucyjnego "zakresu", który miałby (drogą jakiejś
subiektywnej interpretacji) wynikać z Konstytucji. A już zupełnie niezrozumiałe
i naruszające zasadę zwierzchności Narodu jest postanowienie art. 95 Konstytucji
dopuszczające ograniczenie parlamentarnej kontroli Rady Ministrów o jakieś
"zakresy" określone w ustawie. Ustawa – będąc aktem niższej rangi niż
Konstytucja – nie może bowiem w żaden sposób przewidywać jakichkolwiek
ograniczeń "zakresu" kontroli sejmowej nad Radą Ministrów, skoro art. 4
Konstytucji pełnię władzy zwierzchniej w RP przyznaje Narodowi, tj. jego
przedstawicielom (Sejmowi). Wykonywanie zaś pełni władzy oznacza też pełne co do
zakresu prawo kontroli władzy wykonawczej, administracji, urzędników. Ustawa
może jedynie określić ewentualnie procedurę tej kontroli Rady Ministrów przez
Sejm; nie może jej jednak ograniczać.
Zamykanie ust opozycji
Niestety, na poziomie ustawowym obowiązują ważne ustrojowo ustawy, które
ograniczają istotnie zwierzchnią władzę Sejmu np. w stosunkach z UE. Ustawa z 8
października 2010 r. o współpracy Rady Ministrów z Sejmem i Senatem w sprawach
związanych z członkostwem Rzeczypospolitej w UE nie przewiduje dla parlamentu
żadnych, w żadnych sprawach i przy podejmowaniu jakichkolwiek decyzji przez rząd
uprawnień blokujących dla Sejmu. Ustawa ta przewiduje jedynie obowiązek Rady
Ministrów informowania Sejmu o swych działaniach "w sprawach związanych z
członkostwem Rzeczypospolitej w UE". Sejm zaś może tylko opiniować niektóre
decyzje i stanowiska rządu lub "przyjmować informacje do wiadomości". Żadnego
przejawu konstytucyjnie "zwierzchniej" roli Sejmu w sprawach UE w ustawach nie
ma, mimo że współpraca Rady Ministrów, tj. władzy wykonawczej, z organami Unii
Europejskiej koncentruje się na stanowieniu unijnego prawa, czyli na funkcjach
prawodawczych w obszarze prawa europejskiego, które potem wpływa kanałem na
Polskę. W obszarze więc prawa europejskiego naruszana jest zasada zwierzchności
Narodu (Sejmu) oraz zasada, iż prawo tworzą organy wybierane w wyborach
powszechnych (a nie organy wykonawcze, administracja czy urzędnicy). Rada
Ministrów ma tu bowiem głos decydujący. Sejm zaś został od wpływu na prawo
unijne odsunięty i zastąpiony przez rząd; został sprowadzony do roli tylko
podmiotu opiniującego działalność Rady Ministrów i projekty regulacji unijnych
organów oraz roli wysłuchującego rządowych informacji. Sejm nie ma tu żadnego
prawa decyzji o czymkolwiek dotyczącym Unii Europejskiej.
W upokorzonej (z punktu widzenia przepisów Konstytucji o "zwierzchniej" roli
Narodu) sejmowej Komisji ds. Unii Europejskiej posłowie opozycji mogą tylko
bezradnie przyglądać się niezwykle niekiedy szkodliwym stanowiskom rządu
zajmowanym co do różnorodnych projektów regulacji unijnych. Posłowie opozycji
czują się podwójnie jako przedstawiciele suwerena ograniczeni w realizacji swych
kontrolnych obowiązków. Z jednej strony cytowana ustawa z 2010 r. o współpracy
Rady Ministrów z Sejmem i Senatem nie przewiduje – jak wspomniałam – żadnego
realnego decyzyjnego wpływu posłów na stanowienie prawa unijnego, obowiązującego
później w Polsce. To pierwsze istotne ograniczenie uprawnień prawotwórczych
posłów na rzecz Rady Ministrów – organu wykonawczego, który – jak wspomniano –
ma być przez Sejm "kontrolowany".
Dodatkowe ograniczenie w wykonywaniu kontrolnych funkcji posłów dotyczy tylko
posłów opozycji, którzy broniąc poważnie naruszanych przez stanowiska rządu i
projekty organów Unii interesów Polski, są zawsze przegłosowywani przez
większość koalicji PO, PSL, RP i SLD w Komisji ds. Unii Europejskiej. Posłowie
PiS, którzy w Sejmie reprezentują aż 1/3 wyborców, nie mają żadnego wpływu na
treść uchwalanych przez Komisję opinii. Komisja ds. Unii Europejskiej, która swą
koalicyjną większością zawsze popiera stanowisko rządu, nie godzi się nawet na
zamieszczanie w końcowej opinii Komisji dla rządu odrębnych stanowisk opozycji,
choć mogłoby to przecież tylko poszerzyć – dla dobra spraw i interesów Polski –
zakres argumentów do zastanowienia. Pomogłoby podjąć najlepszą dla Polski
decyzję i zająć w Unii najkorzystniejsze stanowisko. Argumenty opozycji są
jednak zamilczane, gdyż ich zestawienie z "brakiem zastrzeżeń" w opinii
kompromitowałoby większość posłów głosujących bezrefleksyjnie, bez wrażliwości
dla interesów polskich, zawsze głosujących jak rząd/UE chce, wbrew najbardziej
oczywistym kontrargumentom.
Konstytucyjne uprawnienia kontrolne posłów są w Komisji ds. UE radykalnie
ograniczane, gdyż kierująca komisją zbyt młoda, niedoświadczona w przedmiocie
osoba arogancko ogranicza czas wypowiedzi posłów opozycji, często skandalicznie
komentując ich krytyczne poglądy wobec rządu.
Maszynka do głosowania
Problem z właściwym wykonywaniem funkcji kontrolnych posła w sejmowej Komisji
ds. Unii Europejskiej wiąże się także z poważnymi utrudnieniami organizacyjnymi.
Posłowie otrzymują bowiem często do zbadania i oceny materiały już nieaktualne;
dostają je na kilka dni przed upływem terminu dla przygotowania opinii lub po
tym terminie, gdy ich analiza nie ma znaczenia.
Posłowie nie otrzymują zwykle – nawet na usilne żądania – informacji o
działaniach rządu w fundamentalnych dla Polski sprawach związanych ze sprawami
europejskimi, np. dotyczącymi podpisania przez rząd paktu fiskalnego.
Posłowie sejmowej Komisji ds. Unii Europejskiej, której przewodnicząca nigdy
nie stara się znaleźć dla dobra Polski konsensusu, są bezradni, gdy większość
komisji w ślad za rządem popiera lub nie reaguje na bezpodstawne wkraczanie Unii
w suwerenne kompetencje państwa polskiego.
Można by niekiedy podejrzewać, iż rząd przedstawiający Komisji ds. Unii
Europejskiej do zaopiniowania projekty aktów unijnych sam ich nie czytał, gdyż
wyraża pozytywne opinie o najbardziej nawet szkodliwych propozycjach. Na
przykład uznaje za zgodne z prawem przejmowanie do unijnej regulacji spraw
podatkowych, choć są to traktatowo kompetencje suwerennego państwa
członkowskiego. Koalicyjnym posłom nie przeszkadzają działania zmierzające do
faktycznego ograniczenia i osłabienia siły głosu Polski w strukturach Unii
Europejskiej i bezmyślnie, jak chce rząd, popierają unijne propozycje nowych
metod obliczeń statystycznych liczby ludności, które w efekcie zmniejszają
liczbę ludności Polski o blisko 3 procent. Młoda, źle wychowana, arogancko
odnosząca się do starszych od siebie osób przewodnicząca komisji kończy zwykle
uargumentowane protesty posłów PiS swym całkowicie niepopartym żadnym
merytorycznym stwierdzeniem: "A ja osobiście nie widzę tu żadnego zagrożenia". I
mechanicznie PO przegłosowuje najbardziej skandaliczne, szkodliwe unijne
projekty.
Posłowie PiS nie mogą korzystać ze swych kontrolnych funkcji ani ich
wykonywać, gdy są przegłosowywani w interesie Unii Europejskiej, która swymi
regulacjami głęboko wykracza poza umocowanie traktatowe i wkracza w suwerenne
kompetencje państw członkowskich, np. w sprawie opieki konsularnej nad polskimi
obywatelami za granicą, która według propozycji Unii Europejskiej doprowadzi do
wypierania polskich placówek konsularnych w państwach trzecich. Rząd godzi się
tym samym na łamanie poczucia przynależności, więzi państwowej Polaków.
Posłowie PiS są głęboko ignorowani, a ich oczywiste, bardzo ważne argumenty
lekceważone i mechanicznie, z definicji odrzucane. Posłowie nie mają możliwości
wykonywania swoich konstytucyjnych funkcji. Żadne ich argumenty dla ochrony
wolności gospodarczej polskich przedsiębiorców, ochrony bezpieczeństwa lotnictwa
cywilnego, ochrony przed unijną agencją patentową polskich przedsiębiorców i
wiele innych nie są w ogóle nigdy brane pod uwagę. Sejm, podobnie jak rząd, nie
chroni już interesów polskich, a zorientowany jest na "przyklepanie" dowolnego
aktu unijnego.
Posłowie opozycji sprowadzeni zostali przez PO i PSL do roli posłów drugiej
kategorii, choć wszystkie mandaty są równe. Opozycja nie sprawuje nie tylko
władzy (co jest oczywiste i z tym się trzeba zgodzić). Jednak opozycja nie
sprawuje także kontroli, nie ma też zwykłego "wglądu" w sprawy kraju.
W sprawach stosunków z Unią Europejską posłowie zalewani dziesiątkami
wielostronicowych unijnych dokumentów, z którymi w ciągu kilku, kilkunastu
godzin nie są w stanie się zapoznać, o głębszej analizie nie mówiąc. Często
obszerne dokumenty otrzymujemy w momencie rozpoczęcia zebrania. Nikt z posłów
nie jest w stanie zbadać wszystkich na bieżąco rozpatrywanych regulacji, wybiera
więc jedną – dwie do nieco głębszego przejrzenia. A są też regulacje unijne,
które Komisja akceptuje nawet bez zaglądania do nich, sugerując się samym
tytułem przy ocenie ich ważności.
Mówiąc krótko: sejmowa kontrola prawa unijnego jest najczęstszą fikcją. Ma
charakter wyrywkowy, przypadkowy i zawsze akceptujący, z prowspólnotowych
pozycji. Pełni fikcji poselskiej pracy dopełnia bariera terminologiczna i
niemożność ściślejszego zrozumienia unijnych tekstów prawnych. Wśród nich takie
określenia i zwroty, jak: "aktywne starzenie się", "inteligentna energia",
"inteligentny rozwój", "unijne ośrodki doskonałości i atrakcyjności Unii
Europejskiej" itp.
Polski Sejm i rząd, biorąc udział w tej fikcyjnej, kompromitującej procedurze
"tworzenia prawa" unijnego, stworzonej traktatami i mającej wmówić
niewtajemniczonym, że jest to sposób i przejaw "poszerzania unijnej demokracji",
łamie polską Konstytucję, unijne procedury "kontroli i współudziału parlamentów
narodowych w tworzeniu prawa" są dla posłów i dla mnie osobiście upokarzające i
niegodne posła polskiego. Europeizacji i idącej za nią infantylizacji prawa
odpowiada degradacja i Sejmu, i polskich parlamentarzystów. Więcej Unii, panie
prezydencie? Jeszcze więcej Unii, panie premierze?
Prof. Krystyna Pawłowicz
profesor UKSW, poseł na Sejm (PiS)
