Polskie ślady na Nanda Devi

Z Narcyzem Sadłoniem, lekarzem, kierownikiem organizacyjnym ekspedycji na Nanda Devi East zorganizowanej z okazji 70. rocznicy zdobycia tej góry przez pierwszą polską wyprawę himalaistyczną, rozmawia Piotr Skrobisz

Skąd wziął się pomysł wyprawy na Nanda Devi East?
– Zrodził się w głowie Janka Lenczowskiego, mojego kuzyna, a wnuka Jakuba Bujaka, zdobywcy góry z 1939 roku. 2 lipca br. minęło dokładnie 70 lat od dnia, w którym pierwsza polska ekspedycja w Himalaje zdobyła Nanda Devi East w Indiach. Było to wydarzenie niezwykłe, przez lata obrosłe legendą i nasuwające wiele pytań. Na niektóre z nich do dziś nie udało się znaleźć odpowiedzi. W rodzinie wszyscy wiedzieliśmy, że Bujak na tej górze był, ale długo nie posiadaliśmy dowodów, które mogłyby to potwierdzić ze stuprocentową pewnością. W pewnym momencie zaczęły pojawiać się nawet wątpliwości: „Może tak naprawdę oni wcale nie stanęli na szczycie? Nikt przecież o tym nie mówi, nie pisze…”. I chociaż analiza dokumentów posiadanych przez rodzinę rozwiewała wątpliwości, tajemnica pozostała. Moja ciocia Magdalena Lenczowska, córka Bujaka, całe życie pragnęła „wykrzyczeć światu”, że jej ojciec był wielkim Polakiem, który razem z kolegami dokonał największego w swoim czasie wyczynu górskiego i nie może pozostać zapomniany. Jednak dopiero od 1989 r. wyprawa na Nanda Devi przestała być tematem tabu. Zainteresowała się nim bowiem pani Anna Pietraszek, która nakręciła film z udziałem rodzin wspinaczy. Opowiedziała historię zdobywania Nanda Devi i w oparciu o dostępne źródła ukazała dramat zdobywców. Legenda stawała się rzeczywistością. Nie był to jednak koniec poszukiwań. W 2007 roku pani Pietraszek odnalazła w archiwach brytyjskich film nakręcony podczas wyprawy z 1939 roku. Materiał ten dotarł na Wyspy przed laty wraz z Bujakiem i do czasu jego odnalezienia nie było pewności, czy istnieje i czy ewentualnie będzie w dobrym stanie. Odnalezienie filmu wyzwoliło w nas ogromną motywację do zorganizowania rocznicowej wyprawy na Nanda Devi East, nakręcenia współczesnego materiału filmowego, przywrócenia Polsce i Polakom tego stosunkowo nieodległego w czasie, ale nieznanego wydarzenia.

Zorganizowanie ekspedycji wysokogórskiej było nie lada wyzwaniem. Jak wyglądały przygotowania?
– Organizacji wyprawy śladami dziadka podjął się mój kuzyn Janek. Mieliśmy świadomość, iż nie jest to zadanie łatwe, i że trudno będzie osobom spoza kręgów wysokogórskich znaleźć sponsorów i uczestników przedsięwzięcia, tym bardziej że w podobnym terminie ruszały w Himalaje cztery inne polskie wyprawy. Tymczasem zbliżała się 70. rocznica wejścia na Nanda Devi East i trzeba było działać. Wśród uczestników wyprawy nie było nazwisk znanych himalaistów, a ponadto wszechogarniający kryzys odstraszał potencjalnych sponsorów i tym samym komplikował działania przygotowawcze. Na pewnym etapie ekspedycja zawisła na włosku. Przewidywane koszty, blisko 12-13 tys. zł na osobę, były bowiem poza naszym zasięgiem. Uczestnicy zaczęli się wycofywać. W krytycznym momencie, gdy wszystko zaczynało się sypać, znów pojawiła się Anna Pietraszek. Zaproponowała, abyśmy wyruszyli niekoniecznie z zamiarem dokonania wyczynu sportowego, ale po to, by zdobyć materiał do filmu, który ukazałby historię tej niezwykłej wyprawy w Himalaje. Impuls przyszedł we właściwym momencie. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy choćby we dwójkę i uczynimy, co w naszej mocy, aby uczcić 70 lat polskiego himalaizmu. Niedługo potem… historia z 1939 r. się powtórzyła. 70 lat temu podczas planowania wyprawy jej organizatorzy również mieli problemy finansowe i wówczas znaczną część kosztów ekspedycji wziął na siebie ojciec Adama Karpińskiego. Podczas gdy nasza ekspedycja borykała się z problemami finansowymi, nieoczekiwanie odnalazł się krewny Jakuba Bujaka, Andrzej Jan Duda, właściciel firmy budowlanej Polbau, który wsparł nasze przedsięwzięcie. Dzięki temu 20 kwietnia br. mogliśmy wylecieć do Indii.

Zdobycie przez Polaków Nanda Devi East w 1939 r. jest wydarzeniem wciąż mało znanym, a było przecież największym wyczynem polskich himalaistów w okresie przed II wojną światową.
– To było jedno z największych wydarzeń w przedwojennym himalaizmie w ogóle! Na wyprawę ruszyło czterech inżynierów: Jakub Bujak, Janusz Klarner, Adam Karpiński i Stefan Bernadzikiewicz. Chcieli zdobyć szóstą na świecie pod względem wysokości górę, dotychczas niezdobytą przez człowieka. Wybrali Nanda Devi East (7434 m n.p.m.) leżącą w Indiach. Zaatakowali szczyt z powodzeniem, a szlak, jaki przeszli, był i jest nadal uznawany za najtrudniejszy technicznie pokonany w górach wysokich przed II wojną światową.

Dlaczego zatem polska wyprawa została przemilczana, i to na długie lata?
– Złożyło się na to kilka powodów. Po pierwsze, podczas ekspedycji zginęło dwóch uczestników. Adam Karpiński i Stefan Bernadzikiewicz zostali zasypani przez gigantyczną lawinę na stokach Tirsuli – kolejnego dziewiczego szczytu, który planowano zdobyć. To musiało wpłynąć na psychikę ich kolegów, ich stan emocjonalny. Jak mieli cieszyć się z sukcesu, chwalić się zdobyciem góry, gdy na zawsze pozostawili u jej stóp swoich towarzyszy? Drugim, ważniejszym powodem był zbliżający się wybuch II wojny światowej. W tej sytuacji trudno było donosić o wyczynie himalaistów, bo tak naprawdę kogo to wówczas interesowało? Bujak i Klarner nie zdołali wrócić do kraju przed wybuchem wojny. Wraz z nimi nie dotarł film i dokumenty dotyczące zdobycia góry oraz przeprowadzonych obserwacji. Himalaiści razem trafili na tułacze szlaki i każdy na swój sposób podjął walkę o wolną Ojczyznę. Klarner przedostał się do Polski i walczył w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie chciał nagłośnić temat zdobycia Nanda Devi, napisał książkę, ale nie było mu dane dożyć jej opublikowania. W 1949 roku wyszedł z domu i zaginął. Najprawdopodobniej został zamordowany w jednej z ubeckich katowni, co obecnie stara się wyjaśnić pion śledczy IPN. Za co zginął? Możemy tylko podejrzewać, spekulować, snuć domysły. Na pewno był wspaniałym patriotą, człowiekiem z kręgów najlepszej polskiej inteligencji, inżynierem. Być może władze uznały, że stanowi zagrożenie dla nowego najeźdźcy? Z kolei Bujak dotarł do Wielkiej Brytanii, gdzie przez kilka lat pracował w brytyjskich fabrykach konstruujących i produkujących silniki do rakiet. Z tamtego okresu zachowały się dokumenty mówiące o opatentowaniu kilku wynalazków przez polskiego konstruktora. Gdy w 1945 roku zaczął planować powrót do Polski, zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w skałach Kornwalii.

Sowiecki wywiad?
– Możemy tylko spekulować, ale przez lata nasza rodzina bardziej skłaniała się ku wersji, że stał za tym wywiad brytyjski. Tym bardziej że tamtejszy rząd i archiwa nie chciały udostępnić dokumentów w tej sprawie, a kolejne rządy przedłużały okresy tajności. Być może Brytyjczycy uznali, że wracający za „żelazną kurtynę” Bujak jest niebezpieczny, bo posiadł ogromną wiedzę na temat laboratoriów i prac, jakie w nich są prowadzone? Podkreślę raz jeszcze, że to są tylko przypuszczenia. Matka, wdowa po Jakubie Bujaku, samotnie wychowująca jedyną córkę, cóż mogła sama uczynić? Ponadto doszło tajemnicze zaginięcie Klarnera, którego trudno było nie wiązać z jego aktywnością pisarską. Tragedię tę rodziny zaginionych odbierały jako swoisty czytelny sygnał: „Bądźcie lepiej cicho, bo może was spotkać to samo”.

Czy zachowane zdjęcia, listy, pamiętnik Jakuba Bujaka czy film – pamiątki po wyprawie z 1939 r., przydały się w planowaniu wyprawy rocznicowej?
– Prawdopodobnie wszyscy czterej uczestnicy wyprawy niezależnie prowadzili własne zapiski. Zachowały się jedynie te wydane przez Klarnera w postaci książki oraz bardzo rzeczowy, konkretny pamiętnik Jakuba Bujaka, który opisał całą drogę, wszystko to, co widział, warunki, jakie zastali itp. Wiele informacji zawierają również listy pisane do rodzin i zdjęcia, które w kopertach dotarły do Polski. Film zachował się tylko w niewielkim fragmencie. Większość taśmy, podobnie jak kamera zostały zasypane przez lawinę na lodowcu Milam. Wyruszając na Nanda Devi East, korzystaliśmy z notatek i wspomnień udostępnionych przez rodzinę Jakuba Bujaka. Podobnie jako swego rodzaju przewodnik posłużyła nam książka Klarnera. Okazało się, że pod wieloma względami przygotowywanie do wyprawy nie różni się dziś od przygotowań sprzed 70 lat. Pożywienie, ubranie, namioty, liny, odpowiednie obliczenie czasu aklimatyzacji – wszystko to, jeśli jest dobrze przemyślane, w 70 proc. gwarantuje powodzenie i bezpieczeństwo. Cała czwórka, owszem, wspinała się w Tatrach, Alpach i górach Kaukazu, ale nic ponad to. Nie wiedzieli, jak ludzki organizm zachowa się na wysokości powyżej 7 tys. metrów. Sami szyli plecaki, namioty, planowali system aklimatyzacji. Kiedy Bujak z pozostałymi uczestnikami wyruszali na wyprawę, nie było czegoś takiego jak polski himalaizm, nie było tradycji, nie było możliwości zapytania o radę. Byli pierwsi. W pamiętniku, pod datą 2 lipca, Bujak napisał: „Pobudka o godzinie 5. Jest bardzo zimno, ale świeci słońce. Bujak z Szerpą Dawą wyruszają z obozu o godzinie 7. Klarner i Bernadzikiewicz kończą śniadanie i wyruszają jako drugi zespół. Doganiają prowadzącą dwójkę po 1,5 godzinie. Bernadzikiewicz czuje się słabo. Następuje zmiana zespołów. Klarner wiąże się z Bujakiem i toruje drogę. Bernadzikiewicz i Dawa idą za nimi. Pod skałami „Środkowego Uskoku” alpiniści zdejmują buty i rozcierają zmarznięte nogi. Bernadzikiewicz jest apatyczny i wyczerpany. Decyduje się na wycofanie z akcji. Razem z nim wraca Dawa. Do szczytu zostało tylko 250 metrów. Bronią go jeszcze dwa groźnie wyglądające uskoki skalne. Gdy pokonują „Środkowy Uskok”, jest 13.30. Łagodniejszą już granią dochodzą pod niezbyt wysoki, lecz ostro opadający „Uskok Szczytowy”. Bujak i Klarner pokonują go urwistym ostrzem grani. Potem łatwą już granią o godzinie 17.30 wychodzą na szczyt Nanda Devi Wschodni (7430 m). Jest to najwyższy ze zdobytych przez Polaków szczytów i szósty na świecie. Lekko nachylone pole szczytowe ma wymiary 120 na 70 metrów. W momencie schodzenia przez „Środkowy Uskok” ogarniają ich całkowite ciemności. Schodzą na pamięć. Wkrótce wynurza się księżyc, co znacznie ułatwia schodzenie. O godzinie 21 dochodzą do obozu IV”.

Pamiętnik to jedno, a jaką rolę spełniła wydana w 1956 roku książka Janusza Klarnera o Nanda Devi?
– Książka nienagłośniona, przemilczana, nosząca tytuł „Nanda Devi” ukazała się staraniem siostry Klarnera. Dla mnie była pierwszym i najważniejszym podręcznikiem himalaizmu. To, co w niej znalazłem, potwierdziło się później podczas wyprawy. „Kto nie wstawał po biwaku skostniały z zimna, w przenikniętym mrozem namiocie, ten nie zrozumie, z jaką radością można witać pierwsze promienie słońca.(…)Podchodzenie na wysokościach jest specjalną umiejętnością. Każdy gwałtowny ruch wytrąca z miarowego tempa przez zakłócenie oddechu. Złapanie właściwego powolnego rytmu, który by się dał jak najdłużej bez przystawania utrzymać, jest całą sztuką. Poruszania nasze przypominają zwolniony film” – pisał Klarner. Książka – przewodnik, była fantastyczną pomocą i drogowskazem. Dziś są inne czasy. Mamy radiotelefony, komputery, coś, o czym 70 lat temu nawet nie śniono. Mając w ręku książkę Klarnera, mogliśmy być bliżej pierwszych zdobywców, mogliśmy głębiej przeżyć rocznicową wyprawę i bardziej realnie odczuć, z jakimi trudnościami przyszło się borykać naszym poprzednikom. Idąc do góry, wyposażeni w ubrania z nowoczesnych tkanin i nieprzemakalne obuwie, zastanawialiśmy się, jak to się stało, że naszym przodkom udało się osiągnąć szczyt we flanelowych koszulach i wełnianych skarpetach.

Podczas wyprawy wędrowaliście nie tylko szlakiem, jakim podążał Bujak i reszta uczestników, ale poszukiwaliście też krewnych tragarzy, którzy 70 lat temu pomagali nosić sprzęt. I to z sukcesem.
– Wędrując himalajskimi dolinami, poszukiwaliśmy miejsc i zjawisk opisywanych przez poprzedników. Dzięki szczegółowości opisów w pamiętniku Bujaka i w książce Klarnera nie było to zadanie nazbyt trudne. Na przykład w jednym z fragmentów Bujak pisał, że kiedy szli z karawaną i rozbili obóz, tragarze nie spali w namiotach, tylko znaleźli ogromną grotę, w której spędzili noc. Udało nam się ją znaleźć. Do trudniejszych zadań należało poszukiwanie osób, które mogłyby pamiętać to wydarzenie lub znać je z opowiadań rodziców. Zadawaliśmy sobie pytanie: „Czy niespisana historia przetrwała w ludzkiej pamięci?”. Okazało się, że przetrwała! Przebywając w Munsyiari, dzięki pomocy doktora Sher Singh”a Pandeya udało nam się ustalić, że w sąsiedniej wiosce mieszka córka kierownika tragarzy pierwszej polskiej wyprawy Diwan”a Singh Martolia. Spotkanie z nią było i wzruszające, i piękne. Przeglądając książkę Klarnera, na jednym ze zdjęć rozpoznała swojego ojca, który osierocił ją, gdy była małą dziewczynką. Nawet nie próbowała kryć łez wzruszenia… Niestety, nie mogła pamiętać polskiej wyprawy, bo gdy Polacy walczyli o górę, jej nie było jeszcze na świecie. Skierowała nas do swojego 80-letniego starszego brata, który prawdopodobnie mógł pamiętać wyprawę, ale wiedziała jedynie, że mieszka w mieście Pithoragarth. Postanowiliśmy go odnaleźć. Razem z Rafałem Szendzielarzem, operatorem filmowym TVP, wybraliśmy się w nieznane. Szukaliśmy po omacku, wypytując ludzi na ulicach miasta. Gdy już mieliśmy się poddać, zaczepił nas młody człowiek – dziennikarz miejscowej gazety, i wypytawszy o cel poszukiwań, zwietrzył ciekawy temat. Już po kilku chwilach poszukiwaliśmy Triolka (takie imię nosił syn szefa tragarzy) w towarzystwie kilkunastu osób, z czego większość stanowili dziennikarze prasowi i telewizyjni. Po odnalezieniu go media ogłosiły, że wnuk polskiego zdobywcy Nanda Devi East przyjechał, aby po 70 latach podziękować synowi dzielnego tragarza, bez którego pomocy nie udałoby się wejść na szczyt.

Jaką górą jest Nanda Devi?
– Przed II wojną światową na pewno była górą najtrudniejszą do zdobycia pod względem technicznym. Ponadto była pierwszą górą w Himalajach eksplorowaną przez Polaków. Nanda Devi jest masywem o dwóch wierzchołkach będących samodzielnymi szczytami, pomiędzy którymi rozpięta jest trzykilometrowa skalna grań niemal w całości biegnąca powyżej 7 tys. m n.p.m. Wokół głównego szczytu ciągnie się trudno dostępny kocioł, z którego dna wypływa rzeka Rishi Ganga. Miejsce to nosi nazwę „Sanktuarium Nanda Devi” i uchodzi za siedzibę bogów i demonów. Na marginesie – Nanda Devi przez długie lata nosiła na sobie piętno „klątwy”, które pojawiło się w związku z tragicznymi dziejami członków pierwszej polskiej wyprawy. Taki, a nie inny koniec i dramatyczne losy uczestników interpretowane były jako konsekwencja naruszenia spokoju świata bóstw hinduskich. Tymczasem rozmawialiśmy z wieloma Hindusami i oni przekonywali, że skoro Polacy na szczyt weszli i z niego zeszli, to musieli mieć błogosławieństwo bogów. O żadnej klątwie nie można zatem mówić. Faktem jest, że Nanda Devi i jej okolice są czczone przez wyznawców hinduizmu, znamienna jest zresztą sama nazwa: Devi to bogini, Nanda – jedno z imion bogini Kali.

Czy szturm na wschodni szczyt Nanda Devi okazał się dla Was dużym wyzwaniem?
– Nanda Devi East zamyka „sanktuarium” od strony wschodniej. Na wierzchołek można dostać się dwiema znanymi drogami. Jedną, południowo-wschodnią, wyznaczyli Polacy w 1939 roku. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, góra ta nie jest może najtrudniejsza, ale zdradliwa i niebezpieczna. Zwietrzałe skały pokryte warstwą mokrego śniegu nie dają pewnego oparcia. Sporym wyzwaniem jest odcinek wspinaczkowy biegnący od Przełęczy Longstaffa (5910 m n.p.m.) po wąskiej, napowietrznej grani, na której niezwykle trudno się asekurować. Nie ma tam stabilnych punktów, żeby założyć stanowisko, nie ma miejsca na rozpięcie lin, ryzyko odpadnięcia jest bardzo duże, a pomoc partnera jest wręcz niemożliwa. Dodatkową trudność stanowiła dla nas pogoda. Praktycznie nie było ani jednego dnia w pełni słonecznego, a zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że mamy ograniczony czas działania. Brak widoczności na wąskiej grani, na której jeden nierozważny krok może oznaczać tragedię, był trudny psychologicznie do zniesienia i obiektywnie ograniczał możliwość zdobywania szczytu. Krótko mówiąc, Nanda Devi East ze swoją kruchością, zaskakującą pogodą, ryzykiem występowania monsunów budzi respekt. Więcej śmiałków zginęło, próbując ją zdobyć, niż dotarło na szczyt, to o czymś świadczy. W 2007 roku lawina przysypała siedmiu członków hinduskiej wojskowej ekspedycji i do dziś lodowiec Lawan nie oddał ich ciał.

Ostatecznie uczestnikom wyprawy też nie udało się wejść na szczyt. Co wtedy czuliście – gorycz, rozczarowanie, zawód czy też może zwyciężył rozsądek, który podpowiedział: „Nie damy rady, to zbyt ryzykowane, nie ma sensu szarżować”?
– Ja doszedłem tylko do 6 tys. m, potem zajmowałem się logistyką, zapleczem medycznym itd. W pierwszym zespole szturmowym szczyt atakowali Jarek Woćko i Daniel Cieszyński. Oni też włożyli najwięcej pracy w przygotowanie drogi do szczytu. Byli blisko, wiedzieliśmy to, czekając w bazie, dzięki stałemu kontaktowi radiowemu. Wystarczyłby jeden dzień w miarę stabilnej pogody i sukces zdobycia szczytu mógłby stać się udziałem naszej ekspedycji. Wiedzieliśmy, że Jarek i Daniel są w formie i dobrze się czują. Aura nie była jednak łaskawa, przez całą noc poprzedzającą atak szczytowy wiał tak silny wiatr, że musieli trzymać namiot, aby nie runąć wraz z nim w przepaść. Po wyczerpującej nocy wstał wietrzny poranek. W tej sytuacji uznali, iż próba wchodzenia na szczyt jest zbyt ryzykowna. Podali przez radio, że schodzą w dół. Wiadomość spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Jeszcze dzień wcześniej pełni nadziei spodziewaliśmy się sukcesu. Wierzchołek zdawał się być o krok, niemal na wyciągnięcie ręki. Po pierwszym szoku przyszło otrzeźwienie. Decyzja, która zapadła na grani szczytowej, została podjęta w oparciu o ważne i jednoznaczne przesłanki. Nie można było szafować życiem, nie potrzebowaliśmy szarżować. Podczas tej wyprawy zacząłem się zastanawiać, jak daleko znajdują się granice, które powinniśmy przekraczać. Czy jest jakaś cena, którą można zapłacić za wejście na szczyt? Czy my i tak nie osiągnęliśmy wiele, czy i tak nie zrealizowaliśmy najważniejszego celu, czyli na nowo nie przypomnieliśmy historii Nanda Devi?

Wracając, uczestnicy wyprawy postawili u stóp Nanda Devi East tablicę upamiętniającą przedwojenną wyprawę.
– U stóp góry, w miejscu, gdzie stał nasz obóz, pozostawiliśmy kamienną tablicę z inskrypcją: „Nanda Devi East, 2.7.1939, first ascent, A. Karpiński, J. Bujak, S. Bernadzikiewicz, J. Klarner, POLAND”. Pomysł upamiętnienia pierwszej polskiej wyprawy w Himalaje oraz jej uczestników wydawał się być naturalną kolejnością działań związanych z naszą rocznicową ekspedycją. Górskim zwyczajem wyszukaliśmy odpowiedniej wielkości kamienną płytę i przy użyciu czekanów i haków wyryliśmy na niej napis. Ustawienie tablicy w wybranym przez nas miejscu w centrum obozu na kamiennym postumencie wymagało wielkiego nakładu pracy i wysiłku. Kamień – według naszych szacunków – ważył około pół tony. Praca była ciężka, ale sprawiła nam sporo radości i satysfakcji. Każdy z członków ekspedycji miał swój wkład w powstanie tablicy. Na wierzchołku góry Bujak z Klarnerem ukryli w skalnym załomie termos z informacją o zdobywcach. Poszliśmy ich śladem i w specjalnie przygotowanym kamiennym schowku u stóp kamiennego postumentu pozostawiliśmy termos z licznymi symbolami oraz informacją o jubileuszowej ekspedycji.

Wyprawa zakończyła się, wszyscy wrócili do swoich zajęć. Czy to koniec przygody?

– Po powrocie do Polski pozostało wiele spraw do załatwienia, np. wywiązanie się z zobowiązań, rozliczenie wyjazdu. Historia wyprawy, którą ponownie odsłoniliśmy, wymaga nadania jej odpowiedniej rangi i wpisania do podręczników. Za swój obowiązek uważamy zrealizowanie filmu historycznego o pierwszej wyprawie w Himalaje. Rafał Szendzielarz – operator filmowy TVP, oraz Anna Pietraszek mają tutaj największą rolę do spełnienia, lecz nie pozostawimy ich bez naszego wsparcia. Zaplanowaliśmy cykl wystaw fotograficznych w miastach całego kraju, zamieszczamy publikacje w pismach górskich oraz w prasie codziennej, aby o historii polskiego himalaizmu usłyszało jak najwięcej osób. Planujemy również ponowne wydanie książki Janusza Klarnera oraz pierwsze wydanie pamiętników Jakuba Bujaka wraz ze wspomnieniami z wyprawy jego wnuka. Moim zadaniem jest opracowanie wyników obserwacji medycznych, jakie przywiozłem z Himalajów pod kątem ich późniejszego wykorzystania w praktyce. Tak więc nasza ekspedycja wprawdzie powróciła do kraju, ale jeszcze się nie zakończyła. Przygoda wciąż trwa.

Dziękuję za rozmowę.

Z Narcyzem Sadłoniem, lekarzem, kierownikiem organizacyjnym ekspedycji na Nanda Devi East zorganizowanej z okazji 70. rocznicy zdobycia tej góry przez pierwszą polską wyprawę himalaistyczną, rozmawia Piotr Skrobisz

Skąd wziął się pomysł wyprawy na Nanda Devi East?
– Zrodził się w głowie Janka Lenczowskiego, mojego kuzyna, a wnuka Jakuba Bujaka, zdobywcy góry z 1939 roku. 2 lipca br. minęło dokładnie 70 lat od dnia, w którym pierwsza polska ekspedycja w Himalaje zdobyła Nanda Devi East w Indiach. Było to wydarzenie niezwykłe, przez lata obrosłe legendą i nasuwające wiele pytań. Na niektóre z nich do dziś nie udało się znaleźć odpowiedzi. W rodzinie wszyscy wiedzieliśmy, że Bujak na tej górze był, ale długo nie posiadaliśmy dowodów, które mogłyby to potwierdzić ze stuprocentową pewnością. W pewnym momencie zaczęły pojawiać się nawet wątpliwości: „Może tak naprawdę oni wcale nie stanęli na szczycie? Nikt przecież o tym nie mówi, nie pisze…”. I chociaż analiza dokumentów posiadanych przez rodzinę rozwiewała wątpliwości, tajemnica pozostała. Moja ciocia Magdalena Lenczowska, córka Bujaka, całe życie pragnęła „wykrzyczeć światu”, że jej ojciec był wielkim Polakiem, który razem z kolegami dokonał największego w swoim czasie wyczynu górskiego i nie może pozostać zapomniany. Jednak dopiero od 1989 r. wyprawa na Nanda Devi przestała być tematem tabu. Zainteresowała się nim bowiem pani Anna Pietraszek, która nakręciła film z udziałem rodzin wspinaczy. Opowiedziała historię zdobywania Nanda Devi i w oparciu o dostępne źródła ukazała dramat zdobywców. Legenda stawała się rzeczywistością. Nie był to jednak koniec poszukiwań. W 2007 roku pani Pietraszek odnalazła w archiwach brytyjskich film nakręcony podczas wyprawy z 1939 roku. Materiał ten dotarł na Wyspy przed laty wraz z Bujakiem i do czasu jego odnalezienia nie było pewności, czy istnieje i czy ewentualnie będzie w dobrym stanie. Odnalezienie filmu wyzwoliło w nas ogromną motywację do zorganizowania rocznicowej wyprawy na Nanda Devi East, nakręcenia współczesnego materiału filmowego, przywrócenia Polsce i Polakom tego stosunkowo nieodległego w czasie, ale nieznanego wydarzenia.

Zorganizowanie ekspedycji wysokogórskiej było nie lada wyzwaniem. Jak wyglądały przygotowania?
– Organizacji wyprawy śladami dziadka podjął się mój kuzyn Janek. Mieliśmy świadomość, iż nie jest to zadanie łatwe, i że trudno będzie osobom spoza kręgów wysokogórskich znaleźć sponsorów i uczestników przedsięwzięcia, tym bardziej że w podobnym terminie ruszały w Himalaje cztery inne polskie wyprawy. Tymczasem zbliżała się 70. rocznica wejścia na Nanda Devi East i trzeba było działać. Wśród uczestników wyprawy nie było nazwisk znanych himalaistów, a ponadto wszechogarniający kryzys odstraszał potencjalnych sponsorów i tym samym komplikował działania przygotowawcze. Na pewnym etapie ekspedycja zawisła na włosku. Przewidywane koszty, blisko 12-13 tys. zł na osobę, były bowiem poza naszym zasięgiem. Uczestnicy zaczęli się wycofywać. W krytycznym momencie, gdy wszystko zaczynało się sypać, znów pojawiła się Anna Pietraszek. Zaproponowała, abyśmy wyruszyli niekoniecznie z zamiarem dokonania wyczynu sportowego, ale po to, by zdobyć materiał do filmu, który ukazałby historię tej niezwykłej wyprawy w Himalaje. Impuls przyszedł we właściwym momencie. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy choćby we dwójkę i uczynimy, co w naszej mocy, aby uczcić 70 lat polskiego himalaizmu. Niedługo potem… historia z 1939 r. się powtórzyła. 70 lat temu podczas planowania wyprawy jej organizatorzy również mieli problemy finansowe i wówczas znaczną część kosztów ekspedycji wziął na siebie ojciec Adama Karpińskiego. Podczas gdy nasza ekspedycja borykała się z problemami finansowymi, nieoczekiwanie odnalazł się krewny Jakuba Bujaka, Andrzej Jan Duda, właściciel firmy budowlanej Polbau, który wsparł nasze przedsięwzięcie. Dzięki temu 20 kwietnia br. mogliśmy wylecieć do Indii.

Zdobycie przez Polaków Nanda Devi East w 1939 r. jest wydarzeniem wciąż mało znanym, a było przecież największym wyczynem polskich himalaistów w okresie przed II wojną światową.
– To było jedno z największych wydarzeń w przedwojennym himalaizmie w ogóle! Na wyprawę ruszyło czterech inżynierów: Jakub Bujak, Janusz Klarner, Adam Karpiński i Stefan Bernadzikiewicz. Chcieli zdobyć szóstą na świecie pod względem wysokości górę, dotychczas niezdobytą przez człowieka. Wybrali Nanda Devi East (7434 m n.p.m.) leżącą w Indiach. Zaatakowali szczyt z powodzeniem, a szlak, jaki przeszli, był i jest nadal uznawany za najtrudniejszy technicznie pokonany w górach wysokich przed II wojną światową.

Dlaczego zatem polska wyprawa została przemilczana, i to na długie lata?
– Złożyło się na to kilka powodów. Po pierwsze, podczas ekspedycji zginęło dwóch uczestników. Adam Karpiński i Stefan Bernadzikiewicz zostali zasypani przez gigantyczną lawinę na stokach Tirsuli – kolejnego dziewiczego szczytu, który planowano zdobyć. To musiało wpłynąć na psychikę ich kolegów, ich stan emocjonalny. Jak mieli cieszyć się z sukcesu, chwalić się zdobyciem góry, gdy na zawsze pozostawili u jej stóp swoich towarzyszy? Drugim, ważniejszym powodem był zbliżający się wybuch II wojny światowej. W tej sytuacji trudno było donosić o wyczynie himalaistów, bo tak naprawdę kogo to wówczas interesowało? Bujak i Klarner nie zdołali wrócić do kraju przed wybuchem wojny. Wraz z nimi nie dotarł film i dokumenty dotyczące zdobycia góry oraz przeprowadzonych obserwacji. Himalaiści razem trafili na tułacze szlaki i każdy na swój sposób podjął walkę o wolną Ojczyznę. Klarner przedostał się do Polski i walczył w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie chciał nagłośnić temat zdobycia Nanda Devi, napisał książkę, ale nie było mu dane dożyć jej opublikowania. W 1949 roku wyszedł z domu i zaginął. Najprawdopodobniej został zamordowany w jednej z ubeckich katowni, co obecnie stara się wyjaśnić pion śledczy IPN. Za co zginął? Możemy tylko podejrzewać, spekulować, snuć domysły. Na pewno był wspaniałym patriotą, człowiekiem z kręgów najlepszej polskiej inteligencji, inżynierem. Być może władze uznały, że stanowi zagrożenie dla nowego najeźdźcy? Z kolei Bujak dotarł do Wielkiej Brytanii, gdzie przez kilka lat pracował w brytyjskich fabrykach konstruujących i produkujących silniki do rakiet. Z tamtego okresu zachowały się dokumenty mówiące o opatentowaniu kilku wynalazków przez polskiego konstruktora. Gdy w 1945 roku zaczął planować powrót do Polski, zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w skałach Kornwalii.

Sowiecki wywiad?
– Możemy tylko spekulować, ale przez lata nasza rodzina bardziej skłaniała się ku wersji, że stał za tym wywiad brytyjski. Tym bardziej że tamtejszy rząd i archiwa nie chciały udostępnić dokumentów w tej sprawie, a kolejne rządy przedłużały okresy tajności. Być może Brytyjczycy uznali, że wracający za „żelazną kurtynę” Bujak jest niebezpieczny, bo posiadł ogromną wiedzę na temat laboratoriów i prac, jakie w nich są prowadzone? Podkreślę raz jeszcze, że to są tylko przypuszczenia. Matka, wdowa po Jakubie Bujaku, samotnie wychowująca jedyną córkę, cóż mogła sama uczynić? Ponadto doszło tajemnicze zaginięcie Klarnera, którego trudno było nie wiązać z jego aktywnością pisarską. Tragedię tę rodziny zaginionych odbierały jako swoisty czytelny sygnał: „Bądźcie lepiej cicho, bo może was spotkać to samo”.

Czy zachowane zdjęcia, listy, pamiętnik Jakuba Bujaka czy film – pamiątki po wyprawie z 1939 r., przydały się w planowaniu wyprawy rocznicowej?
– Prawdopodobnie wszyscy czterej uczestnicy wyprawy niezależnie prowadzili własne zapiski. Zachowały się jedynie te wydane przez Klarnera w postaci książki oraz bardzo rzeczowy, konkretny pamiętnik Jakuba Bujaka, który opisał całą drogę, wszystko to, co widział, warunki, jakie zastali itp. Wiele informacji zawierają również listy pisane do rodzin i zdjęcia, które w kopertach dotarły do Polski. Film zachował się tylko w niewielkim fragmencie. Większość taśmy, podobnie jak kamera zostały zasypane przez lawinę na lodowcu Milam. Wyruszając na Nanda Devi East, korzystaliśmy z notatek i wspomnień udostępnionych przez rodzinę Jakuba Bujaka. Podobnie jako swego rodzaju przewodnik posłużyła nam książka Klarnera. Okazało się, że pod wieloma względami przygotowywanie do wyprawy nie różni się dziś od przygotowań sprzed 70 lat. Pożywienie, ubranie, namioty, liny, odpowiednie obliczenie czasu aklimatyzacji – wszystko to, jeśli jest dobrze przemyślane, w 70 proc. gwarantuje powodzenie i bezpieczeństwo. Cała czwórka, owszem, wspinała się w Tatrach, Alpach i górach Kaukazu, ale nic ponad to. Nie wiedzieli, jak ludzki organizm zachowa się na wysokości powyżej 7 tys. metrów. Sami szyli plecaki, namioty, planowali system aklimatyzacji. Kiedy Bujak z pozostałymi uczestnikami wyruszali na wyprawę, nie było czegoś takiego jak polski himalaizm, nie było tradycji, nie było możliwości zapytania o radę. Byli pierwsi. W pamiętniku, pod datą 2 lipca, Bujak napisał: „Pobudka o godzinie 5. Jest bardzo zimno, ale świeci słońce. Bujak z Szerpą Dawą wyruszają z obozu o godzinie 7. Klarner i Bernadzikiewicz kończą śniadanie i wyruszają jako drugi zespół. Doganiają prowadzącą dwójkę po 1,5 godzinie. Bernadzikiewicz czuje się słabo. Następuje zmiana zespołów. Klarner wiąże się z Bujakiem i toruje drogę. Bernadzikiewicz i Dawa idą za nimi. Pod skałami „Środkowego Uskoku” alpiniści zdejmują buty i rozcierają zmarznięte nogi. Bernadzikiewicz jest apatyczny i wyczerpany. Decyduje się na wycofanie z akcji. Razem z nim wraca Dawa. Do szczytu zostało tylko 250 metrów. Bronią go jeszcze dwa groźnie wyglądające uskoki skalne. Gdy pokonują „Środkowy Uskok”, jest 13.30. Łagodniejszą już granią dochodzą pod niezbyt wysoki, lecz ostro opadający „Uskok Szczytowy”. Bujak i Klarner pokonują go urwistym ostrzem grani. Potem łatwą już granią o godzinie 17.30 wychodzą na szczyt Nanda Devi Wschodni (7430 m). Jest to najwyższy ze zdobytych przez Polaków szczytów i szósty na świecie. Lekko nachylone pole szczytowe ma wymiary 120 na 70 metrów. W momencie schodzenia przez „Środkowy Uskok” ogarniają ich całkowite ciemności. Schodzą na pamięć. Wkrótce wynurza się księżyc, co znacznie ułatwia schodzenie. O godzinie 21 dochodzą do obozu IV”.

Pamiętnik to jedno, a jaką rolę spełniła wydana w 1956 roku książka Janusza Klarnera o Nanda Devi?
– Książka nienagłośniona, przemilczana, nosząca tytuł „Nanda Devi” ukazała się staraniem siostry Klarnera. Dla mnie była pierwszym i najważniejszym podręcznikiem himalaizmu. To, co w niej znalazłem, potwierdziło się później podczas wyprawy. „Kto nie wstawał po biwaku skostniały z zimna, w przenikniętym mrozem namiocie, ten nie zrozumie, z jaką radością można witać pierwsze promienie słońca.(…)Podchodzenie na wysokościach jest specjalną umiejętnością. Każdy gwałtowny ruch wytrąca z miarowego tempa przez zakłócenie oddechu. Złapanie właściwego powolnego rytmu, który by się dał jak najdłużej bez przystawania utrzymać, jest całą sztuką. Poruszania nasze przypominają zwolniony film” – pisał Klarner. Książka – przewodnik, była fantastyczną pomocą i drogowskazem. Dziś są inne czasy. Mamy radiotelefony, komputery, coś, o czym 70 lat temu nawet nie śniono. Mając w ręku książkę Klarnera, mogliśmy być bliżej pierwszych zdobywców, mogliśmy głębiej przeżyć rocznicową wyprawę i bardziej realnie odczuć, z jakimi trudnościami przyszło się borykać naszym poprzednikom. Idąc do góry, wyposażeni w ubrania z nowoczesnych tkanin i nieprzemakalne obuwie, zastanawialiśmy się, jak to się stało, że naszym przodkom udało się osiągnąć szczyt we flanelowych koszulach i wełnianych skarpetach.

Podczas wyprawy wędrowaliście nie tylko szlakiem, jakim podążał Bujak i reszta uczestników, ale poszukiwaliście też krewnych tragarzy, którzy 70 lat temu pomagali nosić sprzęt. I to z sukcesem.
– Wędrując himalajskimi dolinami, poszukiwaliśmy miejsc i zjawisk opisywanych przez poprzedników. Dzięki szczegółowości opisów w pamiętniku Bujaka i w książce Klarnera nie było to zadanie nazbyt trudne. Na przykład w jednym z fragmentów Bujak pisał, że kiedy szli z karawaną i rozbili obóz, tragarze nie spali w namiotach, tylko znaleźli ogromną grotę, w której spędzili noc. Udało nam się ją znaleźć. Do trudniejszych zadań należało poszukiwanie osób, które mogłyby pamiętać to wydarzenie lub znać je z opowiadań rodziców. Zadawaliśmy sobie pytanie: „Czy niespisana historia przetrwała w ludzkiej pamięci?”. Okazało się, że przetrwała! Przebywając w Munsyiari, dzięki pomocy doktora Sher Singh”a Pandeya udało nam się ustalić, że w sąsiedniej wiosce mieszka córka kierownika tragarzy pierwszej polskiej wyprawy Diwan”a Singh Martolia. Spotkanie z nią było i wzruszające, i piękne. Przeglądając książkę Klarnera, na jednym ze zdjęć rozpoznała swojego ojca, który osierocił ją, gdy była małą dziewczynką. Nawet nie próbowała kryć łez wzruszenia… Niestety, nie mogła pamiętać polskiej wyprawy, bo gdy Polacy walczyli o górę, jej nie było jeszcze na świecie. Skierowała nas do swojego 80-letniego starszego brata, który prawdopodobnie mógł pamiętać wyprawę, ale wiedziała jedynie, że mieszka w mieście Pithoragarth. Postanowiliśmy go odnaleźć. Razem z Rafałem Szendzielarzem, operatorem filmowym TVP, wybraliśmy się w nieznane. Szukaliśmy po omacku, wypytując ludzi na ulicach miasta. Gdy już mieliśmy się poddać, zaczepił nas młody człowiek – dziennikarz miejscowej gazety, i wypytawszy o cel poszukiwań, zwietrzył ciekawy temat. Już po kilku chwilach poszukiwaliśmy Triolka (takie imię nosił syn szefa tragarzy) w towarzystwie kilkunastu osób, z czego większość stanowili dziennikarze prasowi i telewizyjni. Po odnalezieniu go media ogłosiły, że wnuk polskiego zdobywcy Nanda Devi East przyjechał, aby po 70 latach podziękować synowi dzielnego tragarza, bez którego pomocy nie udałoby się wejść na szczyt.

Jaką górą jest Nanda Devi?
– Przed II wojną światową na pewno była górą najtrudniejszą do zdobycia pod względem technicznym. Ponadto była pierwszą górą w Himalajach eksplorowaną przez Polaków. Nanda Devi jest masywem o dwóch wierzchołkach będących samodzielnymi szczytami, pomiędzy którymi rozpięta jest trzykilometrowa skalna grań niemal w całości biegnąca powyżej 7 tys. m n.p.m. Wokół głównego szczytu ciągnie się trudno dostępny kocioł, z którego dna wypływa rzeka Rishi Ganga. Miejsce to nosi nazwę „Sanktuarium Nanda Devi” i uchodzi za siedzibę bogów i demonów. Na marginesie – Nanda Devi przez długie lata nosiła na sobie piętno „klątwy”, które pojawiło się w związku z tragicznymi dziejami członków pierwszej polskiej wyprawy. Taki, a nie inny koniec i dramatyczne losy uczestników interpretowane były jako konsekwencja naruszenia spokoju świata bóstw hinduskich. Tymczasem rozmawialiśmy z wieloma Hindusami i oni przekonywali, że skoro Polacy na szczyt weszli i z niego zeszli, to musieli mieć błogosławieństwo bogów. O żadnej klątwie nie można zatem mówić. Faktem jest, że Nanda Devi i jej okolice są czczone przez wyznawców hinduizmu, znamienna jest zresztą sama nazwa: Devi to bogini, Nanda – jedno z imion bogini Kali.

Czy szturm na wschodni szczyt Nanda Devi okazał się dla Was dużym wyzwaniem?
– Nanda Devi East zamyka „sanktuarium” od strony wschodniej. Na wierzchołek można dostać się dwiema znanymi drogami. Jedną, południowo-wschodnią, wyznaczyli Polacy w 1939 roku. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, góra ta nie jest może najtrudniejsza, ale zdradliwa i niebezpieczna. Zwietrzałe skały pokryte warstwą mokrego śniegu nie dają pewnego oparcia. Sporym wyzwaniem jest odcinek wspinaczkowy biegnący od Przełęczy Longstaffa (5910 m n.p.m.) po wąskiej, napowietrznej grani, na której niezwykle trudno się asekurować. Nie ma tam stabilnych punktów, żeby założyć stanowisko, nie ma miejsca na rozpięcie lin, ryzyko odpadnięcia jest bardzo duże, a pomoc partnera jest wręcz niemożliwa. Dodatkową trudność stanowiła dla nas pogoda. Praktycznie nie było ani jednego dnia w pełni słonecznego, a zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że mamy ograniczony czas działania. Brak widoczności na wąskiej grani, na której jeden nierozważny krok może oznaczać tragedię, był trudny psychologicznie do zniesienia i obiektywnie ograniczał możliwość zdobywania szczytu. Krótko mówiąc, Nanda Devi East ze swoją kruchością, zaskakującą pogodą, ryzykiem występowania monsunów budzi respekt. Więcej śmiałków zginęło, próbując ją zdobyć, niż dotarło na szczyt, to o czymś świadczy. W 2007 roku lawina przysypała siedmiu członków hinduskiej wojskowej ekspedycji i do dziś lodowiec Lawan nie oddał ich ciał.

Ostatecznie uczestnikom wyprawy też nie udało się wejść na szczyt. Co wtedy czuliście – gorycz, rozczarowanie, zawód czy też może zwyciężył rozsądek, który podpowiedział: „Nie damy rady, to zbyt ryzykowane, nie ma sensu szarżować”?
– Ja doszedłem tylko do 6 tys. m, potem zajmowałem się logistyką, zapleczem medycznym itd. W pierwszym zespole szturmowym szczyt atakowali Jarek Woćko i Daniel Cieszyński. Oni też włożyli najwięcej pracy w przygotowanie drogi do szczytu. Byli blisko, wiedzieliśmy to, czekając w bazie, dzięki stałemu kontaktowi radiowemu. Wystarczyłby jeden dzień w miarę stabilnej pogody i sukces zdobycia szczytu mógłby stać się udziałem naszej ekspedycji. Wiedzieliśmy, że Jarek i Daniel są w formie i dobrze się czują. Aura nie była jednak łaskawa, przez całą noc poprzedzającą atak szczytowy wiał tak silny wiatr, że musieli trzymać namiot, aby nie runąć wraz z nim w przepaść. Po wyczerpującej nocy wstał wietrzny poranek. W tej sytuacji uznali, iż próba wchodzenia na szczyt jest zbyt ryzykowna. Podali przez radio, że schodzą w dół. Wiadomość spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Jeszcze dzień wcześniej pełni nadziei spodziewaliśmy się sukcesu. Wierzchołek zdawał się być o krok, niemal na wyciągnięcie ręki. Po pierwszym szoku przyszło otrzeźwienie. Decyzja, która zapadła na grani szczytowej, została podjęta w oparciu o ważne i jednoznaczne przesłanki. Nie można było szafować życiem, nie potrzebowaliśmy szarżować. Podczas tej wyprawy zacząłem się zastanawiać, jak daleko znajdują się granice, które powinniśmy przekraczać. Czy jest jakaś cena, którą można zapłacić za wejście na szczyt? Czy my i tak nie osiągnęliśmy wiele, czy i tak nie zrealizowaliśmy najważniejszego celu, czyli na nowo nie przypomnieliśmy historii Nanda Devi?

Wracając, uczestnicy wyprawy postawili u stóp Nanda Devi East tablicę upamiętniającą przedwojenną wyprawę.
– U stóp góry, w miejscu, gdzie stał nasz obóz, pozostawiliśmy kamienną tablicę z inskrypcją: „Nanda Devi East, 2.7.1939, first ascent, A. Karpiński, J. Bujak, S. Bernadzikiewicz, J. Klarner, POLAND”. Pomysł upamiętnienia pierwszej polskiej wyprawy w Himalaje oraz jej uczestników wydawał się być naturalną kolejnością działań związanych z naszą rocznicową ekspedycją. Górskim zwyczajem wyszukaliśmy odpowiedniej wielkości kamienną płytę i przy użyciu czekanów i haków wyryliśmy na niej napis. Ustawienie tablicy w wybranym przez nas miejscu w centrum obozu na kamiennym postumencie wymagało wielkiego nakładu pracy i wysiłku. Kamień – według naszych szacunków – ważył około pół tony. Praca była ciężka, ale sprawiła nam sporo radości i satysfakcji. Każdy z członków ekspedycji miał swój wkład w powstanie tablicy. Na wierzchołku góry Bujak z Klarnerem ukryli w skalnym załomie termos z informacją o zdobywcach. Poszliśmy ich śladem i w specjalnie przygotowanym kamiennym schowku u stóp kamiennego postumentu pozostawiliśmy termos z licznymi symbolami oraz informacją o jubileuszowej ekspedycji.

Wyprawa zakończyła się, wszyscy wrócili do swoich zajęć. Czy to koniec przygody?

– Po powrocie do Polski pozostało wiele spraw do załatwienia, np. wywiązanie się z zobowiązań, rozliczenie wyjazdu. Historia wyprawy, którą ponownie odsłoniliśmy, wymaga nadania jej odpowiedniej rangi i wpisania do podręczników. Za swój obowiązek uważamy zrealizowanie filmu historycznego o pierwszej wyprawie w Himalaje. Rafał Szendzielarz – operator filmowy TVP, oraz Anna Pietraszek mają tutaj największą rolę do spełnienia, lecz nie pozostawimy ich bez naszego wsparcia. Zaplanowaliśmy cykl wystaw fotograficznych w miastach całego kraju, zamieszczamy publikacje w pismach górskich oraz w prasie codziennej, aby o historii polskiego himalaizmu usłyszało jak najwięcej osób. Planujemy również ponowne wydanie książki Janusza Klarnera oraz pierwsze wydanie pamiętników Jakuba Bujaka wraz ze wspomnieniami z wyprawy jego wnuka. Moim zadaniem jest opracowanie wyników obserwacji medycznych, jakie przywiozłem z Himalajów pod kątem ich późniejszego wykorzystania w praktyce. Tak więc nasza ekspedycja wprawdzie powróciła do kraju, ale jeszcze się nie zakończyła. Przygoda wciąż trwa.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj