Polska nie doceniała prezydenta
Z senatorem Stanisławem Piotrowiczem (PiS), zastępcą ministra
koordynatora służb specjalnych w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, rozmawia
Mariusz Kamieniecki
Na uroczystości w Katyniu pojechał Pan pociągiem, choć mógł lecieć
samolotem prezydenckim…
– Zdecydowałem się na wyjazd pociągiem, bo
chciałem do Katynia zabrać swoją żonę. Pewnie ten fakt zaważył. Może też
Opatrzność miała inne plany wobec mnie. Nie wiem… Wszystko to sprawia, że
człowiek pokornieje i uzmysławia sobie, jak kruche jest nasze życie oraz jak
przedziwne i niezbadane są wyroki Boże.
Kiedy dowiedział się Pan o katastrofie?
– Podczas
oczekiwania na rozpoczęcie Mszy Świętej. Wcześniej wszyscy zajęliśmy swoje
miejsca i tylko puste krzesła czekały na oficjalną delegację na czele z
prezydentem Lechem Kaczyńskim. Kiedy próbowaliśmy się wczuć w atmosferę tragedii
sprzed 70 lat, jedna z naszych koleżanek otrzymała telefon. Usłyszałem tylko jej
podniesiony głos i pytanie: „Czy nie żyją?”. Początkowo sądziłem, że może chodzi
o jakiś dramat rodzinny, wypadek samochodowy w Polsce, bo przecież nikomu do
głowy nie przyszło, że wydarzyła się taka tragedia. Po chwili nastąpiło
ożywienie, informacje co do okoliczności zdarzenia były sprzeczne. Tam, w Lesie
Katyńskim, byliśmy odcięci od informacji, każdy z nas możliwymi sposobami
próbował na własną rękę się dowiedzieć, co faktycznie się wydarzyło. Duchowni
rozpoczęli modlitwę, najpierw Koronkę do Miłosierdzia Bożego, później Różaniec w
intencji ofiar. Trudno było się skupić. Kiedy już było pewne, że nikt nie
przeżył, rozpoczęła się Msza Święta, której miał przewodniczyć ktoś inny,
również ktoś inny miał wygłosić homilię.
Zginęło wielu Pana bliskich przyjaciół…
– Ten dramat
nie mieści się w głowie, przecież zginęli tam moi bliscy koledzy. Z wieloma z
nich łączyły mnie więzi przyjaźni. Z wieloma jeszcze w czwartek rozmawiałem. Nie
wiem, może było to zrządzenie Opatrzności Bożej, żebym w ten sposób mógł się z
nimi pożegnać, ale wtedy przecież sobie tego nie uświadamiałem. Rozmawiałem z
rzecznikiem praw obywatelskich Januszem Kochanowskim, tego samego dnia spotkałem
się z prezesem Instytutu Pamięci Narodowej Januszem Kurtyką, z posłem Zbigniewem
Wassermannem, z którym łączyły mnie szczególne relacje, bo jako sekretarz stanu
w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów byłem jego zastępcą. W czasie tej naszej
ostatniej rozmowy był bardzo pogodny, pełen optymizmu. Rozmawiałem też z
Przemysławem Gosiewskim. Spieszył się, nie miał zbyt wiele czasu, kiedy
odprowadzałem go do samochodu na dziedzińcu sejmowym. Do dziś przed oczyma mam
obraz, kiedy po zakończeniu rozmowy wsiadł do samochodu, a za nim biegła dwójka
jego dzieci: chłopczyk i dziewczynka. Jaki dramat rozgrywa się teraz we
wszystkich domach tych, którzy zginęli, osierocili dzieci. O tym dramacie, w
który do końca nie możemy uwierzyć, że się wydarzył, może świadczyć wydarzenie z
niedzieli. Przed powitaniem trumny z ciałem pana prezydenta ktoś z nas
oczekujących na płycie lotniska otrzymał telefon od jednej z żon ofiar
katastrofy. Kobieta, wymieniając imię swojego męża, mówiła: „Przywieźcie go, bo
on nie odbiera ode mnie telefonów”… a przecież było jasne, że nie żyje. Wielu
nie mogło w to jednak uwierzyć, a tym bardziej pogodzić się z tym faktem.
Ta tragedia może nas czegoś nauczyć?
– Chciałbym wierzyć,
że tak się stanie. W debacie politycznej można się różnić, ale można to robić
szlachetnie, z poszanowaniem ludzkiej godności. Jeżeli, my, politycy nie
będziemy się szanować, nie mamy co liczyć na to, że uszanuje nas Naród. Zawsze
podkreślam potrzebę budowania jedności narodowej, potrzebę szacunku wobec
państwa i jego instytucji. Dobrze byłoby, gdyby Naród się wreszcie otrząsnął,
przestał gonić za tanią sensacją, żebyśmy wszyscy zaczęli troszczyć się o dobro
wspólne. W tym dziele fundamentalną rolę mogą odegrać dziennikarze. Jest wielu
dobrych dziennikarzy, ale są i tacy, którzy napuszczają polityków jeden na
drugiego, podsycają atmosferę, bo zależy im, żeby wrzało. Owszem, bez mediów
żaden z polityków, któremu powinna przyświecać troska o dobro państwa, nie może
dotrzeć do społeczeństwa. Jednak potrzeba nam wszystkim zrozumienia, że o
państwo polskie powinniśmy się troszczyć wszyscy, każdy na miarę swoich
możliwości czy zajmowanego stanowiska. Chciałbym wierzyć, że na zawsze
zrozumiemy, iż jeżeli my nie będziemy się troszczyć o dobro tego państwa, to
nikt za nas tego nie zrobi, a już na pewno nie te media, które w 90 procentach
należą do obcego kapitału. Dlaczego np. Radio Maryja i TV Trwam są tak często
atakowane m.in. przez tych, którzy na ustach mają słowa tolerancji i wolności
słowa? W ich wydaniu słowa te oznaczają, że można mówić czy pisać, co się chce,
byleby tak jak oni. Oto obraz faktycznej tolerancji.
Osobiście znał Pan prezydenta Kaczyńskiego…
– Od wielu
lat. Wielokrotnie też gościłem w Pałacu Prezydenckim, osobiście doświadczałem
także, jak pogodnym i dobrym był człowiekiem.
Uderzające jest, że dopiero teraz wielu dostrzega niewątpliwe zalety
prezydenta Kaczyńskiego…
– Polska, a zwłaszcza media, nie
doceniały swego prezydenta. Ludzie jednak nie myśleli tak, jak pokazywały go
niektóre media. Świadczą o tym chociażby tłumy, które witały trumnę z ciałem
prezydenta Kaczyńskiego na trasie przejazdu z lotniska do pałacu. Okazywano
szacunek i cześć temu człowiekowi i wreszcie dostrzeżono pozytywne strony tej
prezydentury. Wreszcie o Lechu Kaczyńskim zaczęto mówić językiem obiektywnym.
Chciałbym może przytoczyć fragment esemesa, który otrzymałem: „Bóg zabrał go, bo
tam trzeba ludzi dobrych. Zabrał go, aby ci, którzy nie rozumieli i niszczyli
go, przestali to czynić. Tu szydzono z wszystkiego, co było dla niego ważne i
święte. Drwiono z patriotyzmu, miłości do matki, żony i brata. Nie szanowano go
nie tylko z tytułu urzędu, jaki sprawował, ale nawet z racji tego faktu, że był
człowiekiem. Główny cel jego prezydentury – przywracanie pamięci – przedstawiano
jako przejaw małostkowości i zaściankowości. Odliczano minuty do chwili, kiedy –
jak przypuszczano – zakończy misję”. To prawdziwe słowa. Oceny prezydenta
naprawdę były bardzo krzywdzące. Można odnieść wrażenie, że zaszczuto człowieka.
Nawet w rankingach pokazywano, wbrew faktom, iż jest najgorzej wykształconym
człowiekiem na tym stanowisku. Tymczasem jako jedyny spośród dotychczasowych
prezydentów miał tytuł profesora. To pokazuje, że i w innych dziedzinach nie
zachowano obiektywizmu. Wbrew temu, co mówiono i pisano, prezydent Kaczyński nie
był niższy od Aleksandra Kwaśniewskiego czy chociażby Włodzimierza Cimoszewicza,
którym nigdy nie wypominano wzrostu. Wyrządzono mu wielką krzywdę i sądzę, że
jest wielu sprawców moralnych tego, co się wydarzyło.
Co ma Pan na myśli?
– Chodzi o klimat, jaki stworzono w
Polsce wobec instytucji państwa, wobec prezydenta, bo przecież rodzi się
pytanie, dlaczego doszło do tego, że jednym i to wysłużonym samolotem sprzed
kilkudziesięciu lat jednocześnie poleciało tak wiele wybitnych osobistości. Nie
zachowano podstawowych zasad ostrożności i bezpieczeństwa, czyżby o tym nie
wiedziano? Przeciwnie, zdawano sobie sprawę, że jest to niebezpieczne, ale
wszyscy żyjemy pod pręgierzem ciągłych zarzutów, iż władza lata za pieniądze
podatnika. Spróbujmy sobie wyobrazić, co by było, gdyby zachowując względy
bezpieczeństwa, delegację do Katynia wysłano kilkoma samolotami. Jak nieżyczliwe
zareagowałyby media. A puentą byłoby pytanie, czy nie mogli lecieć jednym
samolotem. A więc polecieli. Dziś mamy tragedię i stawiamy sobie pytanie –
dlaczego? Myślę, że ci wszyscy, którzy tworzyli klimat nieżyczliwości wobec
prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ponoszą moralną odpowiedzialność za to, co się
stało.
Wielu Polaków mówi, że po tej katastrofie prawda o tym, co Rosjanie
zrobili w Katyniu 70 lat temu, dotrze do całego świata…
– Przez
lata prawda o Katyniu nie mogła się przebić w Polsce i świecie. Są jednak pewne
analogie między tym, co się wydarzyło przed 70 laty, a tym, co wydarzyło się 10
kwietnia 2010 roku. Niegdyś zginął kwiat polskiej inteligencji, a w sobotniej
katastrofie lotniczej także zginęła elita Narodu Polskiego. Jest w tym wszystkim
jakaś głęboka wymowa. Być może po to, żeby świat się zatrzymał i w tym szoku
dowiedział się o tym, co się wydarzyło w Katyniu 70 lat temu. Mimo wszystko chcę
wierzyć, że z tego nieszczęścia wyrośnie dobro.
Dziękuję za rozmowę.
