Polska chce udowodnić, że nie jest awanturnikiem w Unii Europejskiej

Mam nadzieję, że popularna niemiecka gazeta "Sueddeutsche Zeitung" wybaczy
mi zapożyczenie tytułu, którym opatrzyła w ubiegłym tygodniu swój komentarz na
temat rozpoczynającego się polskiego przewodnictwa w Radzie Unii Europejskiej.
Przypomnę, iż awanturnikami byliśmy wówczas, gdy pomimo olbrzymiej presji
"głównego nurtu" zgłaszaliśmy swój sprzeciw w ważnych dla Polski
rozstrzygnięciach. Wówczas to media całego niemal kontynentu, wspomagane siłą
polskiego establishmentu, podnosiły rwetes, odsądzając od czci i wiary śp.
prezydenta Lecha Kaczyńskiego i/lub rząd PiS.

Ludwik Dorn przypomniał nam w jednym ze swoich sejmowych wystąpień ciekawe
narzędzie współczesnej socjologii, jakim jest analiza pól semantycznych. W
piątek zastanawiałam się, dlaczego nasi szanowni sąsiedzi dla opisania
"osiągnięć" obecnej ekipy na forum europejskim użyli trybu aż tak niedokonanego.
Rząd Tuska chce udowodnić, że nie jest awanturnikiem w Unii Europejskiej.
Jeszcze mu się to nie udało? Pomimo zniesienia przez rząd Donalda Tuska
polskiego sprzeciwu w sprawie negocjacji umowy UE – Rosja, ułatwienia wejścia
Rosji do OECD, zmiękczenia stanowiska w sprawie Gazociągu Północnego i polityki
historycznej Niemiec? Zastanawiałam się, co rząd jeszcze może zrobić, żeby
zadowolić większych i silniejszych od nas członków Unii. Odpowiedź przyniosły
kolejne informacje prasowe. Parlament Europejski pochylił się ponownie nad
sprawą redukcji emisji CO2, czyli słynnym już pakietem
klimatyczno-energetycznym. Postulowane jest zaostrzenie norm, zwiększenie do
2020 r. redukcji CO2 do 30 procent. Prawo i Sprawiedliwość zgłaszało potrzebę
renegocjowania założeń pakietu. Obecne rozwiązania mogą przynieść Polsce ogromne
straty gospodarcze, spadek konkurencyjności naszego przemysłu. W 2008 r. Donald
Tusk wracał po szczytach UE w chwale świetnego negocjatora, poprawiającego
wcześniejsze uchybienia i niedopatrzenia śp. prezydenta Kaczyńskiego. Niewielu
dziennikarzy zadało sobie trud przeczytania dostępnych na polskich i
brukselskich oficjalnych stronach dokumentów źródłowych. W końcu premier jest
człowiekiem kompetentnym, sam o tym mówił, wierzymy mu "na słowo". Szkoda, że
nie uwierzyliśmy "na słowo" wówczas prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu, gdy
ustami swoich urzędników przekonywał, że niczego nie zaniedbał. W 2007 r., kiedy
negocjował wstępne, polityczne założenia pakietu, zgodził się na zapisanie roku
1990 jako roku bazowego, od poziomu którego liczona była redukcja CO2. Niektóre
polskie źródła wskazywały, że do czasu negocjacji, z powodu transformacji i
konieczności zlikwidowania wielu energochłonnych zakładów już wówczas, w 2007
roku, wypełniliśmy postulowane normy (precyzyjnie – ok. 31 proc. redukcji emisji
od roku bazowego protokołu z Kioto, czyli 1988 roku). W swoich "świetnych
negocjacjach" Donald Tusk zgodził się na zmianę roku bazowego na 2005 rok.
Oznacza to, że nie tylko ponieśliśmy koszty transformacji, ale zgodziliśmy się
na oddanie pewnych wynikających z niej korzyści. Donald Tusk nie tylko został
"ograny" swoimi narracjami o wspaniałych negocjacjach, ale i uśpił instynkt
samozachowawczy ekspertów, dziennikarzy, opinii publicznej. Nadeszła pora, aby
przestał udowadniać, że "nie jest awanturnikiem w UE". Jego rząd straci na
takiej postawie, to normalna kolej rzeczy w UE, ale zyska Polska.

 

Anna Fotyga

drukuj