Polityka niepamięci szalenie boli

Z Krystyną Kwiatkowską, wdową po gen. broni Bronisławie Kwiatkowskim,
dowódcy operacyjnym Sił Zbrojnych RP, który zginął na Siewiernym, rozmawia Marta
Ziarnik

W obecności setek osób, głównie młodzieży, przekazała Pani podczas
piątkowego Apelu Jasnogórskiego wiele cennych pamiątek po Mężu, gen. Bronisławie
Kwiatkowskim. Niemal dwa lata dojrzewała Pani do tej decyzji.

– Katastrofa smoleńska była dla mnie olbrzymią tragedią. Nagle w ciągu kilku
minut całe moje plany związane z Mężem i rodziną rozsypały się w drobny pył.
Bardzo długo nie mogłam tego zrozumieć i nigdy się z tym nie pogodzę. Wreszcie
bowiem, po 41 latach pracy, Mąż miał przejść na zasłużoną emeryturę i miałam go
w końcu mieć przy swoim boku. Przez prawie 40 lat naszego małżeństwa aż 25 lat
Mąż służył Ojczyźnie poza granicami kraju. Wreszcie miało się to zmienić i miał
poświęcić swój czas mnie i dwóm naszym córkom. Stało się jednak inaczej…
Dlatego też te rzeczy, które otrzymałam po Mężu ze Smoleńska, stanowiły dla mnie
coś bardzo cennego, wręcz intymnego. Bardzo długo nie miałam siły i woli z nimi
się rozstawać czy nawet dzielić. Mundur leżał w domu i przez te dwa lata
pokazałam go zaledwie kilku osobom z najbliższej rodziny. Ale pomału dojrzewałam
do tej decyzji, żeby pokazać go także innym.

Dlaczego tak ważne dla rodziny przedmioty przekazała Pani akurat
częstochowskiemu sanktuarium?

– Nie ukrywam, że kiedy ta myśl już we mnie się rozwijała, pojawiały się
propozycje przekazania tych pamiątek różnym muzeom. W tym jednak czasie kilka
razy byłam na czuwaniach modlitewnych na Jasnej Górze, gdzie często z Mężem
kierowaliśmy nasze kroki, gdy tylko był w domu. Podczas mojego ostatniego pobytu
na Jasnej Górze – było to w listopadzie 2011 roku – zrodziła się taka myśl,
potrzeba, żeby właśnie tutaj przekazać te rzeczy. Uważam, że jest to najbardziej
godne miejsce. Tam na pewno pamięć po moim Mężu i pozostałych ofiarach
katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku będzie uczczona i wsparta modlitwami. Na
Jasną Górę przybywają miliony pielgrzymów, którym bliska jest historia i dla
których katastrofa smoleńska nie jest pustym frazesem. Na Jasną Górę przybywają
też tysiące młodych ludzi i chciałabym, żeby dzięki tworzącej się Sali Pamięci
rosła w nich świadomość historyczna, świadomość dramatycznych losów naszej
Ojczyzny. Młodzież musi zdawać sobie sprawę także z tego, co się rzeczywiście
stało w XXI wieku. Dlatego tak bardzo jestem wdzięczna Ojcom Paulinom za ich
pracę i zaangażowanie w tę misję.

Byłam świadkiem, jak wielu pielgrzymów podchodziło do przywiezionych
przez Panią pamiątek, aby zobaczyć je z bliska, dotknąć. Widziałam, że nie tylko
na Pani twarzy, ale też na ich twarzach malowało się wzruszenie.

– Tak, to prawda. Była to dla mnie wyjątkowa chwila. Kiedy przekazywałam o.
Janowi Golonce zabłocony i podarty mundur Męża z brudnego worka (oryginalnego,
ze Smoleńska), nie mogłam ukryć wzruszenia. Wróciły te wszystkie wspomnienia…
Ale łzy same popłynęły, gdy podchodzili do nas pielgrzymi i sami ojcowie, by
spojrzeć na niego z bliska, by go dotknąć i ucałować. Ten szacunek, z jakim ci
ludzie, którzy przecież nie znali osobiście mojego Męża, odnosili się do jego
munduru – munduru polskiego oficera, który przelał krew na służbie Ojczyźnie –
wiele dla mnie znaczył i natchnął mnie siłą. Była to wzruszająca i pokrzepiająca
dla mnie chwila. Umocniła mnie w przekonaniu, że decyzja, którą podjęłam, jest
jak najbardziej słuszna. Po Apelu Jasnogórskim, podczas którego powierzyłam
Panience Przenajświętszej te wota z prośbą o opiekę i pomoc w wyjaśnieniu
przyczyn katastrofy smoleńskiej, dzwoniło do mnie wiele osób spośród rodziny i
znajomych, które oglądały ten moment dzięki transmisji w Telewizji Trwam bądź
słuchały naszej modlitwy w Radiu Maryja. I mówiły, że było to bardzo
wzruszające. Podkreślały, że ten leżący na ołtarzu mundur dowódcy operacyjnego
Sił Zbrojnych, podarty i pobrudzony, mówił więcej niż wszystkie wypowiedziane
słowa. I dlatego też bardzo się cieszę, że zrobiłam to dla Męża. Teraz pamiątki
po nim są na Jasnej Górze, która za życia stanowiła dla niego ważne miejsce.
Wiem, że tutaj będą otoczone szacunkiem i pamięcią.

Te wszystkie oznaki poruszenia pokazują, że Polacy – wbrew temu, co
próbuje się nam wmówić – nadal naprawdę silnie przeżywają te dramatyczne
wydarzenia sprzed dwóch lat.

– To prawda. Ludzie pamiętają i chcą pamiętać. I trzeba im to umożliwić. Nie
możemy kierować się tym, co mówią jakieś jednostki występujące w mediach, a
twierdzące, że przecież nic takiego się nie stało. Bo stało się! Nie tylko dla
naszych rodzin, ale i dla Ojczyzny. Na pewno nie jest tak, że lata mijają i my
zapomnimy, że nawet powinniśmy zapomnieć. Otóż nie zapomnimy i nie możemy
dopuścić do tego, żeby inni zapomnieli. Szalenie boli mnie fakt, że nie chcą o
tym pamiętać władze. A przecież zginęli ich poprzednicy, ich koledzy z ław
sejmowych, generalicja. Zginęły osoby, dla których Ojczyzna i jej historia były
ważne. To, że dziś władze nie chcą o tym pamiętać, jest dla mnie niewyobrażalne.
Zwłaszcza że nie szanując pamięci tych osób, sami żądają najwyższego szacunku
dla siebie i swoich decyzji. Jak w takiej sytuacji wygląda nasz kraj?! Nie tylko
pod wpływem tej refleksji postanowiłam zamówić w kościele garnizonowym pw. św.
Agnieszki w Krakowie Mszę św. w intencji prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego
małżonki Marii, mojego Męża i pozostałych ofiar. Zostanie ona odprawiona 8
kwietnia o godzinie 6.00.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj