Polityczne konsekwencje mesjanizmu

Mój tekst "Ość w gardle tego świata" opublikowany w "Naszym Dzienniku" w
cyklu "Po co nam Polska?" wywołał w niektórych środowiskach spore poruszenie.
Internetowi publicyści, którzy odczytali go jako program polityczny, zarzucili
mi nawoływanie do kapitulanctwa. Wielu z nich, za sprawą błędnego rozpoznania
charakteru tekstu, dostrzegło w nim poglądy, których nie wyrażałem. Nie tylko
niemądre, ale i biegunowo odległe od moich własnych.

Oczywiście pisałem nie o politycznym, ale o duchowym wymiarze polskości, co –
mam nadzieję – dla zdecydowanej większości czytelników jest jasne. Dla odbiorców
niepotrafiących myśleć metafizycznie formułuję jednak kilka prostych prawd,
które wydawały mi się dotąd tak oczywiste, że nie poświęcałem im miejsca w
swoich tekstach. Czynię to z oporami, bo nadal uważam, że poeci są od
przedstawiania głębszej wizji, a nie od wyciągania z niej wniosków politycznych.
Skoro jednak ci, których zadaniem jest układanie chodników, przerwali pracę,
żeby walczyć z budowniczymi dachu, zmuszony jestem na chwilę zejść na parter i
zająć się chodnikami.
Jestem za pracą i konsumpcją, a nie za kultem gospodarki i konsumpcjonizmem.
Chodniki powinny być odśnieżone, drogi równe, a z kranów powinna płynąć ciepła
woda. Każdy człowiek, nawet poeta, lubi czuć się w codziennym życiu czysto i
bezpiecznie. Ludzie odpowiedzialni za polską gospodarkę mają obowiązek robić
wszystko, co w ich mocy, by się rozwijała. Zwłaszcza że dziś kwestie gospodarcze
mają związek z zabezpieczeniem niepodległości. Działania obecnego rządu w sferze
gospodarczej uznaję za niewystarczające, mało skuteczne, a często nieudolne.
Budując sprawną gospodarkę, musimy jednak pamiętać, że nie jest ona ostatecznym
celem wspólnot narodowych. Mam wrażenie, że wiele państw zachodnich o tym
zapomniało. Ich doskonałe mrowiska stały się świątyniami konsumpcjonizmu. Z
uwagi na swoją historię, tradycję duchową, ale i swoje położenie geopolityczne
Polska nigdy nie stanie się idealnym mrowiskiem, o którym śnią dziś choćby
publicyści "Rzeczpospolitej". Standardy zachodnie bardzo szybko przyjęły się np.
w Czechach, ponieważ jest to państwo, które nikomu nie przeszkadza, podobne pod
tym względem do Belgii, Danii czy Hiszpanii. Polska, położona między Niemcami a
Rosją, na rubieżach Unii Europejskiej, ma znacznie większe znaczenie
geopolityczne. Stąd będzie jej trudno spełnić sen "pragmatyków" o przeistoczeniu
się w korporację niewyróżniającą się na tle państw zachodnioeuropejskich. Ma to
swoje przykre (pewne problemy ekonomiczne), ale i dobre (niemożność zasklepienia
się w konsumpcjonizmie) skutki. Nie oznacza jednak, że mamy porzucić pracę u
podstaw i zamieszkać w górskich jaskiniach. Przeciwnie: powinniśmy z całych sił
walczyć o wspólne dobro. Jestem przekonany, że stać nas na wypracowanie
gospodarki, która pozwoli nam żyć może nie rozrzutnie, ale godnie. Chleba
naszego powszedniego wystarczy dla wszystkich.
Jestem za twardą, ale realną polityką zagraniczną, a nie za utyskiwaniem na
"polskie nieudacznictwo" i szukaniem mocnego przywódcy w baśniach i komiksach.
Oczywiste jest, że Polacy powinni nie tylko porządkować państwo na poziomie
gospodarczym, ale i umacniać je na poziomie politycznym: realizować własne
interesy na Zachodzie, zawiązywać sojusze zabezpieczające polską niepodległość.
Doskonale robił to śp. prezydent Lech Kaczyński w odniesieniu do USA i państw –
jak my – położonych w sferze rosyjskich wpływów. Niestety, po jego śmierci
projekt ten został zarzucony. Mamy obowiązek skutecznie, na ile to możliwe,
utrudniać gospodarcze, mocarstwowe plany Rosji, prowadzić pozbawioną sentymentów
grę dyplomatyczną z Niemcami z wykorzystaniem naszego zakotwiczenia w Unii
Europejskiej, starać się objąć swoimi wpływami historyczne Kresy, budować silną
armię i prowadzić intensywne działania wywiadowcze. W przypadku wojny (na
szczęście to perspektywa czysto hipotetyczna) zadaniem każdego polskiego
żołnierza jest walczyć o zwycięstwo, a nie – jak odczytują to moi krytycy –
położyć się w trumnie i udawać ofiarę. Mój tekst miał tylko uświadomić, że wynik
tych starań nie zależy wyłącznie od nas, ale przede wszystkim od Boga. Nasze
geopolityczne położenie sprawia, że musimy się mierzyć z potężnymi
przeciwnikami, co wystawia nas na szczególnie silne uderzenia, których skutki
widać w historii. Jaką receptę mają na te realia moi krytycy? Nazywają dawnych
Polaków nieudacznikami i twierdzą, że musimy przestać ponosić ofiary i nareszcie
zacząć gromić wroga. Bardzo pięknie, też bym tego chciał, tyle że to myślenie
życzeniowe, oderwane od rzeczywistości, pełne nieuzasadnionej buty nie tyle
wobec możnych tego świata, ile wobec poległych bohaterów. Kto nas powiedzie do
triumfu? Moi polemiści podają nazwisko jakiegoś Xavrasa Wyżryna, człowieka
sukcesu, który podobno wyłuskiwał gałki oczne sowieckiemu generałowi. Tyle że
działo się to na kartach fantastycznej powieści Jacka Dukaja. Możemy mieć
problem z nakłonieniem naszego wybawiciela, by przeniósł się do realnego świata.
Mój pomysł jest trochę inny. Uważam, że musimy włożyć całą naszą ludzką energię
w budowanie silnej Polski, ale każdy pracowity albo wypełniony walką dzień
zaczynać od modlitwy: "Bądź wola Twoja, jak w Niebie, tak i na ziemi". Co
zyskamy dzięki temu zawierzeniu i akceptacji przyszłego losu? Niewyobrażalną,
obcą imperialnym wrogom moc ducha. Objęta całościowym spojrzeniem
historiozoficznym polska historia okazuje się idealnym przewodnikiem
chrześcijaństwa. Mając świadomość jej wiecznego sensu (wiecznego sensu
przeciwstawiania się imperiom; wynik zależy od Boga, ale zarówno zwycięstwa, jak
i porażki mają sens), stajemy się wolni od lęku, więc także na poziomie polityki
czy gospodarki będziemy bardziej ofensywni, racjonalni, skuteczni. To są
prawdziwe skutki mesjanizmu: nie kapitulanctwo, ale czerpanie z wiecznego
źródła, które pomnaża siły do naszych ludzkich zmagań.
Tekst "Ość w gardle tego świata" buduje perspektywę ponadpolityczną, duchową,
ewangelizacyjną. Jeśli źródłem naszej niezłomności i pasji w walce o niepodległą
Polskę będzie żywe chrześcijaństwo, organizm Europy ma szansę naprawdę się
odrodzić. Pisząc o Polsce katolickich apostołów, męczenników i świętych, miałem
na myśli nie narodowych cierpiętników, lecz tych, którym doświadczenie polskości
pozwala świadomie, odważnie i bez obaw podjąć misję Kościoła. To nie są ludzie,
którzy narzekają na cierpienia. To ludzie, którzy kochają życie do tego stopnia,
że wyruszają w drogę pełni radości. Choć, jak każdy z nas, odczuwają ból,
potrafią chodzić po wodach śmierci, bo wpatrują się w nieskończoność, a nie pod
nogi.
Kultura, w której żyjemy, nie służy zdrowemu rozsądkowi. Zaciera hierarchie,
utrudnia krytyczną autorefleksję i powoduje, że ludzie rezygnują ze swoich
społecznych ról, wyskakują z własnej historii, żeby odnieść sukces gdzie
indziej. Były premier staje się bohaterem medialnej love story. Krytycy
literaccy i dziennikarze polityczni piszą powieści. Urzędnicy państwowi (tzw.
muzealnicy) buntują się przeciwko swoim mocodawcom i pragną ich zastąpić w
realnej polityce. Zamiast starać się dobrze wypełnić własne powołanie, większość
Polaków nieustannie porównuje się z osobami powołanymi do czegoś zupełnie
innego. I to w duchu demokracji, bez respektu dla specyfiki nieznanego sobie
rzemiosła, zgodnie z wewnętrznym przekonaniem: "Ja zrobiłbym to lepiej".
Oczywiście, taki odbiór musi spłaszczać przekaz, z którym ludzie ci mają do
czynienia. Tak tłumaczę też ostatnie ataki dziennikarzy, polityków i innych
"racjonalistów" na Jarosława Marka Rymkiewicza i na mnie. Nasze intuicyjne wizje
nieustannie są traktowane jak prosta informacja, a jeśli dotyczą Polski – niemal
jak program partii politycznej. Wszystkim tym oponentom mam do powiedzenia
jedno: wróćcie na ziemię! Zajmijcie się opisywaniem nadużyć władzy, mechanizmów
gospodarczych i realnej polityki, żeby poeci nie musieli robić tego za was. Pole
naszej rzeczywistości, które macie uprawiać, nie może leżeć odłogiem. I robiąc
swoje, pozwólcie nam wznosić dach polskiej cywilizacji, na którym w dniu
ostatecznym Mesjasz postawi krzyż zbawienia.

 

Wojciech Wencel
 

Autor jest poetą, członkiem redakcji magazynu "44/ Czterdzieści i Cztery",
felietonistą "Gościa Niedzielnego", stałym współpracownikiem dwumiesięcznika "Arcana".

drukuj