Polityczna roztropność PiS
Dr Artur Górski, PiS
Katolicka nauka społeczna zachęca rządzących do politycznej roztropności. Przy czym do warunków tej roztropności zalicza m.in. umiarkowanie, dbanie o równowagę w państwie i społeczeństwie, ale też liczenie się z możliwościami realizacji zamierzeń. Polityka powinna uzgadniać poszczególne interesy, inicjować kompromisy, wyczuwać właściwe momenty do skutecznego przeprowadzenia oczekiwanych reform.
Polski rząd oraz Prawo i Sprawiedliwość są zgodnie atakowane przez lewicę postkomunistyczną, liberałów i zwyczajnych awanturników politycznych. Szkoda, że do tego jazgotu dołączają się ludzie niewątpliwie uczciwi i ideowi, którzy krytykują politykę PiS, jakby zapomnieli, że jeszcze niedawno stali z nami w jednym szeregu i wspólnie toczyli boje z siłami politycznej destrukcji i światopoglądowej anarchii. Boli, gdy przyjaciele prowadzą do rozłamu, stają się wrogami i zaciekle atakują, przyczyniając się do zwiększenia szans na wyborcze zwycięstwo wrogów Polski katolickiej.
Nie ma wątpliwości, że moralną racją uczestniczenia w polityce jest służba na rzecz dobra wspólnego. Ale pamiętajmy, że zgodnie z katolicką nauką społeczną służba temu dobru jest efektywniejsza wtedy, gdy jest realizowana podczas uczestnictwa w sprawowaniu władzy, bo tylko posiadając moc rządzenia, można krok po kroku realizować program dobry dla Polaków. Prawo i Sprawiedliwość jest projektem politycznym, który urzeczywistnia ideę wielkiej partii centroprawicowej, takiej, która jest w stanie wygrywać kolejne wybory, rządzić państwem i powoli, acz konsekwentnie realizować swój program.
W takiej partii z przyczyn oczywistych musi być miejsce i dla konserwatystów, i dla narodowców, i dla chrześcijańskich demokratów, i dla ludowców, a także dla tych posłów, którzy nie operują pojęciami ideologicznymi na określenie swoich poglądów, ale którzy zwyczajnie są osobami wierzącymi, nie lubią lewicy i liberałów, brzydzą się kłamstwem i złodziejstwem. Taka zbieranina ludzi dobrej woli, ale często wywodzących się z różnych środowisk i tradycji politycznych, w sposób naturalny może prowadzić do konfliktów.
Kompromis, choć często i jakże niesłusznie odbierany pejoratywnie, jest pojęciem niezwykle ważnym w polityce i wymagającym wysiłku wszystkich stron. Niekiedy, gdy chodzi o pryncypia ideowe, a do takich należy obrona życia poczętego, bardzo trudno o kompromis. Dla katolików jest on właściwie niemożliwy. Jednak ów brak kompromisu, który doprowadził do odejścia z Prawa i Sprawiedliwości kilku kolegów, wbrew pozorom nie dotyczył stosunku do życia poczętego. Tu dla nikogo nie ma wątpliwości, że życie ludzkie od poczęcia ma wartość absolutną i niedyskutowalną. Rzecz rozbiła się o taktykę polityczną, tj. o wybór czasu i ścieżki do osiągnięcia pożądanego celu. Gdy taktyka podporządkowana jest dobru wspólnemu, a tu niewątpliwie tak było, możemy mówić nie o zdradzie chrześcijańskich postulatów, lecz o politycznym realizmie, który kazał przewidzieć klęskę i chciał ją zminimalizować, a w sprzyjających okolicznościach przekuć na sukces.
Podczas trudnych zmagań o zmianę Konstytucji RP liderom Prawa i Sprawiedliwości nie chodziło, w przeciwieństwie do polityków Ligi Polskich Rodzin, o nic nieznaczącą demonstrację przywiązania do wartości katolickich, o piękne, acz w danej chwili puste deklaracje, lecz o posunięcie sprawy do przodu w wymiarze możliwym do zrealizowania, choć wymiar ten był niezadowalający. Znając układ preferencji ideowo-politycznych w Sejmie, przewidywano, że postawa „wszystko” albo „nic” może doprowadzić do „nic”. Nie jest to kwestia zmarnowanej szansy. Wobec jednoznacznie wrogiej postawy Platformy Obywatelskiej takiej szansy realnie nie było, o czym ostatecznie mogliśmy przekonać się dopiero w chwili głosowania. Bo choć, jak nauczał Jan Paweł II, większość nie rozstrzyga prawa moralnego, któremu każda działalność publiczna powinna być podporządkowana, to jednak większość sejmowa, także ta nieuznająca nauczania Papieża Polaka, współdecyduje o kształcie poszczególnych ustaw. Dotyczy to również głosowania nad projektami ustawowego zakazu pracy w niedziele i święta. Osiągnęliśmy zakaz pracy w święta, bo tylko to w tym Sejmie było możliwe do przegłosowania.
Grupa posłów, opuszczając Prawo i Sprawiedliwość po głosowaniach nad zmianą Konstytucji RP, miała swoje indywidualne racje moralne. Racje te każdemu posłowi, zgodnie z jego sumieniem, nakazywały takie a nie inne głosowanie, a potem pozostanie lub opuszczenie szeregów PiS. Jednak liderzy partii obok indywidualnych racji moralnych muszą mieć jeszcze poczucie odpowiedzialności za społeczeństwo, które oczekuje jedności i wspólnej walki nie tylko w sprawie ochrony życia poczętego, ale także w wielu innych sprawach. Bo choć obrona życia poczętego jest niewątpliwie jedną z najważniejszych kwestii do rozwiązania, przed jakimi stanął ten Sejm, to jednak jest to ledwie cząstka programu naprawy Polski, na który potrzeba nie dwóch, nie czterech lat, ale władzy Prawa i Sprawiedliwości przynajmniej przez dwie pełne kadencje Sejmu.
Nasi koledzy zarzucają nam, że Prawo i Sprawiedliwość jest pchana ku prawicy laickiej, ale opuszczając szeregi naszej partii, sami się do tego przyczyniają. Za wnioskami mniejszości zgłoszonymi przez Ligę Polskich Rodzin głosowało ok. 60 posłów Prawa i Sprawiedliwości. Po przegranym głosowaniu Marek Jurek wybrał odpowiedzialność za 5 posłów, którzy razem z nim opuścili nasze szeregi, a „osierocił” pozostałych 55, którzy pozostają w szeregach PiS. Ci, którzy pozostali, doskonale rozumieją, że wciąż jedyną szansą dla Polski jest zwarta, silna, ale też różnorodna ideowo partia Prawo i Sprawiedliwość, gdzie pozycja konserwatystów i realizacja postulatów katolickich zależy od siły skrzydła prawicowego, a przede wszystkim od powszechności i zakorzenienia zasad katolickich w wyborcach, którzy na konkretnych kandydatów oddają swoje głosy. Ci nasi koledzy, którzy prawicowo-konserwatywne skrzydło PiS istotnie osłabili, dziś, w obliczu wyborów, ponownie apelują o jedność prawicy, gdyż obawiają się sami walczyć o mandaty do Sejmu. Gdzie zatem był sens ich wychodzenia z Prawa i Sprawiedliwości? Ja osobiście mam nadzieję, że nasze drogi polityczne jeszcze kiedyś się zejdą.
Politycy tworzący Prawicę RP jeszcze niedawno oburzali się na działania Romana Giertycha, który, naszym zdaniem, instrumentalnie traktował hasło obrony życia poczętego, starając się osiągnąć swoje cele polityczne, wśród których najważniejszym było osłabienie, a nawet rozbicie PiS. Jego polityka z ostatnich dni jest tego smutnym potwierdzeniem. Ci sami politycy, którzy tak krytykowali Giertycha, dziś naśladują lidera LPR w permanentnym i bezrefleksyjnym ataku na naszą partię, podobnie szermując hasłem obrony życia poczętego i chrześcijańskimi wartościami, na które chcą mieć monopol i na które chcą, niczym na wędkę, złowić katolickiego wyborcę. Na takie podejście, na krytykę Prawa i Sprawiedliwości pod sztandarem obrony zasad katolickich, a zarazem na polityczne popieranie w Sejmie liberalnej Platformy Obywatelskiej zgody być nie może. Podobnie nie może być zrozumienia dla pomysłu tworzenia kolejnej, choć ultraideowej, to jednak kieszonkowej partii prawicowej, która za chwilę może zniknąć ze sceny politycznej. I to dopiero będzie zmarnowanie ideowego potencjału, który w ramach Prawa i Sprawiedliwości mógłby nadal służyć Polsce. Doświadczenie młodej polskiej demokracji daje liczne przykłady zmarnowania bezcennych głosów katolickich.
Katolicka nauka społeczna zachęca rządzących do politycznej roztropności. Przy czym do warunków tej roztropności zalicza m.in. umiarkowanie, dbanie o równowagę w państwie i społeczeństwie, ale też liczenie się z możliwościami realizacji zamierzeń. Polityka powinna uzgadniać poszczególne interesy, inicjować kompromisy, wyczuwać właściwe momenty do skutecznego przeprowadzenia oczekiwanych reform, kształtować opinię publiczną w duchu prawdy i wreszcie, a nawet przede wszystkim, roztropnie troszczyć się o dobro wspólne. Czyż polityka Prawa i Sprawiedliwości nie jest właśnie taką polityką?
