Podszewka demokratycznej kapoty
Oglądając przekazy informacyjne
dotyczące wyborów na Białorusi, odnosimy wrażenie, że jest to spontaniczny
ruch spragnionej wolności, najbardziej uświadomionej
części białoruskiego społeczeństwa. Niewielu jednak zdaje sobie sprawę z tego,
że za hasłami wolności i demokracji kryją się konkretne interesy konkretnych
środowisk politycznych, które cynicznie wykorzystują szlachetne aspiracje Białorusinów.
Przy ulicy Powsińskiej w Warszawie, w pobliżu stacji benzynowej przy centrum
handlowym Sadyba, wiszą dwa billboardy firmy AMS należącej do wydającej "Gazetę
Wyborczą" spółki Agora. Na jednym wykonany cyrylicą napis: "Napieuna
dobra wiedajesz usich kandidatau na Prezidenta swajej krainy? (Jesteś pewien,
że dobrze znasz wszystkich kandydatów na prezydenta swego kraju?) Wybary Biełaruś
2006", a na drugim – "Swabodny dostup da informacji prawa kożnaga biełarusa.
(Wolny dostęp do informacji prawem każdego Białorusina.) Wybary Biełaruś 2006".
Skąd takie zainteresowanie Agory przebiegiem kampanii wyborczej na Białorusi,
której odpryskiem są owe plakaty? Pierwsza możliwość jest taka, że Agora już
nie może wytrzymać, żeby i Białorusinom zapewnić życie w demokracji, którą
cieszą się polscy tubylcy. Ale czemu nie połączyć pięknego z pożytecznym? Czy
handlowanie
takim delikatnym towarem jak demokracja musi być deficytowe? Ależ skądże, wcale
nie! Dlaczego ten handel ma być deficytowy, skoro Komisja Europejska przeznaczyła
9 mln euro na "wspieranie społeczeństwa demokratycznego" na Białorusi,
a na stworzenie "niezależnych" mediów nadających na Białoruś dała tylko
2 mln euro? Podobnie i Ameryka tegoroczną pomoc dla Białorusi w wysokości 12
mln dolarów przeznaczyła "na poparcie wolnych i uczciwych wyborów".
To oficjalnie, a ile pod stołem?
Oczywiście, zarabiać można na wszystkim; na pokoju i na wojnie, ale zarobić
na "wolności
i uczciwości" to nie tylko zysk. To po prostu sama rozkosz! Czy można
się wobec tego dziwić, że zwolennicy demokracji na Białorusi garną się jeden
przez
drugiego, żeby demonstrować solidarność, np. przykuwając się łańcuchami do
szyn? W żadnym wypadku nie można, tym bardziej że po zakończeniu demonstracji
sponsorom
przedstawia się rachunek: łańcuchy – tyle i tyle, szyny – tyle i tyle, plus
zapłata za zmobilizowanie tylu a tylu osób według stawki godzinowej. Oczywiście
frajerstwo,
co to myśli, że z tą demokracją to wszystko naprawdę, wcale nie musi o tym
wiedzieć, bo i po co?
Różana, pomarańczowa i błękitna
Jak powiedział kiedyś Mahatma Gandhi, nic nie jest tak kosztowne, jak stworzenie
wrażenia ubóstwa i prostoty. Podobnie nic nie wymaga tak skomplikowanych
i drobiazgowych przygotowań, jak stworzenie wrażenia całkowitej spontaniczności.
A spontaniczność jest koniecznym warunkiem demokracji, bo w przeciwnym razie
lud mógłby powziąć jakieś wątpliwości, czy przypadkiem ktoś nie próbuje zrobić
go w konia. Dlatego też przemiany demokratyczne powinny być przygotowane
ze szczególną starannością, która musi uwzględnić również pewien margines
improwizacji, bardzo przy tworzeniu wrażenia spontaniczności pomocny.
I tak np. podczas "różanej rewolucji" w Gruzji, kiedy grupa mężczyzn
w czarnych skórzanych marynarkach jednymi drzwiami wyprowadzała obalanego właśnie
prezydenta Eduarda Szewardnadzego, inna grupa mężczyzn w identycznych marynarkach
drugimi drzwiami wtargnęła na salę obrad parlamentu, a nawet weszła za stół
prezydialny, rozbijając stojące tam butelki z wodą mineralną "Borżomi" na
znak triumfu demokracji w tym przybytku znienawidzonej dyktatury.
Na Ukrainie podobną rolę odgrywał piknik na Majdanie Niepodległości w Kijowie.
Panowała tam, jak wiadomo, całkowita jawność, z wyjątkiem drobiazgu, skąd właściwie
biorą się ogrzewane namioty, gorący i suchy prowiant, rozgrzewające napoje,
no i za jaki ekwiwalent tysiące uczestników pikniku porzuciło swoje dotychczasowe
zajęcia zarobkowe.
Rosnąca gotowość Białorusinów do przeprowadzenia "błękitnej rewolucji" jest
spowodowana oczywiście obrzydłymi Niebu sprośnymi błędami prezydenta Łukaszenki,
za którego już nie wiadomo, gdzie schować oczy ze wstydu, ale co to szkodzi
przypomnieć też o 14,2 mln euro rocznej subwencji europejskiej na rozbudzanie
tej gotowości? W końcu demokracja to nie żarty i w walce o nią nie można zaniedbać
żadnego odcinka, a wiadomo, że nic tak nie uwiarygodnia ideologii, jak wynikające
z niej materialne korzyści, najlepiej – natychmiastowe.
Geopolityczne ocieranie łez
No dobrze, ale skąd właściwie bierze się taka zapamiętałość ścisłego kierownictwa
Unii Europejskiej i Departamentu Stanu USA we wprowadzaniu demokracji na
Ukrainie i Białorusi? Jeśli chodzi o Stany Zjednoczone, to wszystko wyjaśnia
jedno spojrzenie na mapę. Jeśli postawić znak równości między zwycięstwem
demokracji w obydwu państwach, a odwróceniem dotychczasowych priorytetów
ich polityki zagranicznej (a to uważane jest za zrozumiałe samo przez się!),
oznacza to strategiczne wyrównanie wschodnich granic obszaru NATO w Europie.
Z polskiego punktu widzenia oznacza to oddzielenie Polski od Rosji, a więc
wychodzi naprzeciw tej samej potrzebie bezpieczeństwa która w okresie międzywojennym
dyktowała tzw. program federacyjny. Dlatego przeciąganie Ukrainy i Białorusi
na stronę Zachodu budzi w Polsce nawet euforię, która powoduje przeoczenie
słonia w menażerii. Polska bez zastrzeżeń poparła np. Wiktora Juszczenkę,
jakby nie zauważając, że twardym jądrem jego politycznego zaplecza – Naszej
Ukrainy, której Juszczenko jest zakładnikiem, są nacjonaliści kultywujący
tradycję OUN, zawsze antypolską i zawsze proniemiecką. Polska przyczyniła
się do postawienia znaku równości między tym właśnie nurtem nacjonalistycznym
na Ukrainie a całym ukraińskim narodem.
Jednak od czasów międzywojennych sytuacja polityczna nieco się zmieniła. Po
pierwsze, Polska przyłączona do Unii Europejskiej siłą rzeczy staje się elementem "niemieckiej" części
Europy, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Po drugie, elementem kształtującym
europejską politykę obecnie i w przewidywalnej przyszłości jest strategiczne
partnerstwo rosyjsko-niemieckie. Po trzecie wreszcie, jest niestety prawdopodobne,
iż Amerykanie próbują łączyć geopolityczne wypieranie Rosji z Europy z ocieraniem
łez ofierze złego Putina.
Co zadowoli "filantropa"?
Jak wiadomo, nie ma takiej rzeczy, której słynny "filantrop" George
Soros nie zrobiłby dla "społeczeństwa otwartego". Termin ten nie
jest zbyt jasny, więc równie dobrze może oznaczać otwarcie społeczeństw na
penetrację "filantropa" i jego agentów. Dzięki tej penetracji nasz "filantrop" może
robić dobre, a nawet bardzo dobre interesy, z których czerpie środki na dalsze
wspieranie "społeczeństwa otwartego", nazywane przez jego agentów "filantropią".
I tak dalej.
Taki właśnie mechanizm zastosował również w Rosji, gdzie pod rządami prezydenta
Jelcyna żyło się jak na Dzikim Zachodzie. Rosyjską centralą "społeczeństwa
otwartego" była Fundacja Sorosa, dzięki czemu jak grzyby po deszczu zaczęli
się w Rosji niemalże na kamieniu rodzić biznesmeni "z korzeniami":
Borys Abramowicz Bieriezowski, drugi magnat medialny Władimir Gusiński, magnat
mineralny Michaił Chodorkowski i wielu innych, pomniejszych oligarchów. Prezydent
Jelcyn miał co prawda osobliwą zapamiętałość do trunków, ale jednak na zakup
takiego, dajmy na to, Rosyjskiego Niklu, trzeba było trochę dolarów mieć. I "filantrop" miał,
dzięki czemu stosunkowo tanim kosztem stał się niemal właścicielem Rosji, oczywiście,
poprzez biznesmenów "z korzeniami".
Prezydent Jelcyn stracił ten fart, kiedy KGB złożyło mu propozycję nie do odrzucenia
i w rezultacie jego miejsce zajął zimny czekista Putin. Ten wkrótce naszpikował
Fundację Sorosa swoimi agentami, aż wreszcie "nieznani sprawcy" skradli
z komputerów wszystkie twarde dyski, na których zapisane było całe "społeczeństwo
otwarte". Na podstawie tych zapisów Putin zaczął biznesmenów "z korzeniami" stopniowo
rozbierać, a oni, widząc, co się święci, czmychnęli za granicę, poprzysięgając
zemstę. Na razie jednak nie wolno im było nawet jęknąć. Kiedy został aresztowany
robiący w niklu i nafcie Michaił Chodorkowski, "filantrop" nie mógł
już ścierpieć utraty tylu alimentów i zwrócił się o interwencję do prezydenta
Busha. Ten jednak miał powiedzieć, że nie będzie narażał stosunków z Putinem
dla każdego grandziarza.
Kiedy jednak rozwścieczony taką niewdzięcznością "filantrop" zadeklarował
18 mln dolarów na zrobienie z Busha mokrej plamy, prezydent, i tak już obstawiony
przez "neokonserwatystów", zrozumiał, że jednak posunął się za daleko
i musi jakoś go przebłagać i zadowolić. Ponieważ odzyskanie alimentów rosyjskich
nie wchodziło w rachubę, postanowił oddać mu w arendę inne kraje zamieszkałe
przez małe, ale bardzo dzielne narody, rwące się ze wszystkich sił ku demokracji.
Toteż, kiedy tylko "różana rewolucja" w Gruzji zakończyła się pomyślnie,
na lotnisku w Tbilisi wylądował czarterowy samolot z Londynu, którym w towarzystwie
bogatego londyńskiego Gruzina przybył Borys Abramowicz Bieriezowski, żeby obejrzeć
tę Gruzję i zobaczyć, czy się do czego nada. To samo powtórzyło się po pomyślnym
zakończeniu "pomarańczowej rewolucji" na Ukrainie, z tą różnicą,
że ten kraj tak dalece przypadł Bieriezowskiemu do gustu, że rozważał możliwość
zamieszkania w nim na stałe.
Konflikt interesów
Tymczasem jednak walka o demokrację we wschodniej Europie jeszcze się nie zakończyła.
Naturalnie, Putin spogląda na to z rosnącą irytacją, która nie może umknąć
uwadze Niemiec. Dla Berlina strategiczne partnerstwo z Rosją stanowi kamień
węgielny aktualnej polityki europejskiej. Niezależnie od tego Niemcy niechętnym
okiem patrzą na instalowanie wpływów amerykańskich w tej części kontynentu,
którą już uważają za swoją, ewentualnie do podziału z Putinem. Dlatego też
Unia Europejska wprawdzie dla oka wysłała Javiera Solanę na pamiętny piknik
do Kijowa, ale nic poza tym, żeby, Boże uchowaj, nie stwarzać żadnych faktów
dokonanych.
Wprawdzie Polska stręczy się ze swoją "protekcją", ale w Kijowie
przecież wiedzą, że poważnie to można rozmawiać tylko z Niemcami. W kierunku
białoruskim polska dyplomacja zrobiła chyba wszystkie błędy, jakie w ogóle
można było zrobić.
Przystępując do wprowadzania tam "zmian" zalecanych przez Condoleezzę
Rice, minister Rotfeld wystawił przeciwko prezydentowi Łukaszence tamtejszy
Związek Polaków w charakterze głównego, a w pewnej chwili nawet jedynego bojowego
oddziału opozycji. Uprzejmie zakładam, że to z partactwa, a nie z wyrachowania,
tzn. z intencji wykorzenienia w interesie niemieckim wszelkiego śladu polskiej
obecności na Białorusi. Obecnie tamtejsza opozycja reprezentowana przez Aleksandra
Milinkiewicza na szczęście się trochę zbiałorutenizowała.
Wreszcie, czy ostentacja, z jaką Polska angażuje się w białoruskie wybory,
rzeczywiście działa na korzyść Milinkiewicza, czy na korzyść Aleksandra Łukaszenki?
Najwyraźniej nie wyciągamy żadnych wniosków z trafnego spostrzeżenia Mahatmy
Gandhiego, czego wymagałby nasz interes państwowy. Co innego, gdy chodzi o
prywatny interes, żeby podłączyć się do unijnych pieniędzy wyasygnowanych na
walkę o demokrację. W takim przypadku, rzeczywiście – trzeba robić jak najwięcej
hałasu.
Stanisław Michalkiewicz
