Czerwone osocze

Były prezydent Aleksander Kwaśniewski zostanie najprawdopodobniej przesłuchany
przez warszawską prokuraturę w śledztwie dotyczącym tzw. afery osocza. Jednocześnie
prokuratura bada sprawę zniszczenia w 2002 r. w UOP dokumentów operacyjnego
rozpracowania afery Laboratorium Frakcjonowania Osocza i to, jak poinformował
Janusz Kaczmarek, prokurator krajowy, jest główny przedmiot śledztwa. Na warszawski
proces w tej sprawie czeka już Wiesław Kaczmarek, oskarżony przez tarnobrzeską
prokuraturę o to, że jako minister gospodarki w rządzie Cimoszewicza wydał
nierzetelną opinię, która zdecydowała o poręczeniu kredytu prywatnej spółce
LFO przez Skarb Państwa. Zygmunt Nizioł, prezes spółki LFO, podejrzany o zawłaszczenie
ponad 20 mln USD na szkodę Skarbu Państwa, czeka w Wielkiej Brytanii na ekstradycję
do Polski. Są po latach szanse, że tzw. afera osocza, jeden z przekrętów ekipy
postkomunistycznej, będzie wyjaśniona, a winni ukarani.

O budowie fabryki przetwarzania osocza w Mielcu zdecydowano w 1997 roku. Fabryka
miała ruszyć w roku 1999. Miał to być jedyny w Polsce i jeden z najnowocześniejszych
zakładów tego typu w Europie. Jednak mimo udzielenia za rządu Cimoszewicza
pożyczki na budowę fabryki przez konsorcjum bankowe, na którego czele stał
Kredyt Bank i poręczenia kredytu przez Skarb Państwa spółce Laboratorium Frakcjonowania
Osocza należącej m.in. do przyjaciela państwa Kwaśniewskich Włodzimierza Wapińskiego,
fabryki nie ma do dziś i nie ma też śladu po pieniądzach.
21 milionów dolarów jest kwotą nieporównanie mniejszą od tych, jakie Polacy
stracili na aferze PKN Orlen albo aferze PZU. Jednak, co istotne, przetwarzanie
osocza to pewny biznes i taka fabryka to kura znosząca złote jaja, nie mówiąc
o tym, ile Polacy mogliby zaoszczędzić na wytwórni leków z krwi, nie sprowadzając
drogich krwiopochodnych medykamentów z zagranicy. Nie jest to więc "jedynie" 21
mln dolarów niezwróconego kredytu, ale kwota wielokrotnie większa. Znamienne,
że i w tej aferze przewijają się te same nazwiska prominentnych działaczy obozu
postkomunistycznego, co w innych skandalach: Aleksandra Kwaśniewskiego, Włodzimierza
Cimoszewicza, Marka Ungiera, Mariusza Łapińskiego, Wiesława Kaczmarka, Zbigniewa
Siemiątkowskiego.

Ludzie "Pierwszego" mają pierwszeństwo
Początki afery sięgają roku 1994, kiedy pojawiła się koncepcja budowy przetwórni
osocza w Polsce. Fabrykę chciało budować kilka firm, komisja międzyresortowa
wybrała spośród nich spółkę Nedepol (późniejsze LFO), należącą do Zygmunta
Nizioła, Roberta Lewisa, Dawida W. Minnotte’a, Björna Hedberga i Włodzimierza
Wapińskiego. "Firmę Nedepol wybrała dopiero druga komisja, gdyż pierwszą,
powołaną przez ministra zdrowia, rozwiązano. Druga była już międzyresortowa,
jej szefa (Marka Hołownię, wicedyrektora Departamentu Administracji Publicznej
Urzędu Rady Ministrów) wyznaczał już nie minister zdrowia, ale ówczesny szef
URM Marek Ungier, jeden z najbardziej zaufanych współpracowników prezydenta
Kwaśniewskiego" – pisał tygodnik "Wprost" w czerwcu 2004 roku.

Przyjaciel państwa Kwaśniewskich
Wybór właśnie LFO jako przetwórcy osocza, a następnie uzyskanie gwarancji rządowych
dla kredytu przypisywano koneksjom udziałowca spółki LFO Włodzimierza Wapińskiego
z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim. "Pan Wapiński to stary przyjaciel
państwa Kwaśniewskich, wspomagał nas też w czasie kampanii prezydenckiej
w 1995 roku, wtedy go poznałam" – opowiadała Danuta Waniek, a sam Wapiński
wielokrotnie publicznie powoływał się na przyjaźń z Kwaśniewskim i z prezydenckim
ministrem Markiem Siwcem. Jak pisała "Rzeczpospolita", "Wapińskiego
łączyły też bliskie więzi z Wiesławem Kaczmarkiem, który gościł u niego w
Szwecji".
Aleksander Kwaśniewski miał użyczyć właśnie Wapińskiemu swego mieszkania w
warszawskim Wilanowie, gdy po wygranych wyborach w 1995 r. przeniósł się z
rodziną do Pałacu Namiestnikowskiego. Później, w 1999 r., Kwaśniewski odznaczył
swego przyjaciela Wapińskiego Złotym Krzyżem Zasługi. Prezydentowi Kwaśniewskiemu
nie przeszkadzał fakt, że – jak pisały m.in. "Wprost" i "Gazeta
Polska" – Wapiński został wcześniej skazany w Szwecji za handel narkotykami
na dużą skalę, ani to, że posługiwał się sfałszowanym paszportem.

Zdążyć przed wyborami
Nie przypadek, ale najprawdopodobniej perspektywa przegranych przez SLD wyborów
przesądziła o tym, że to w 1997 r. zapadła decyzja o budowie w Mielcu fabryki
frakcjonowania osocza i dlatego tak bardzo spieszono się z uzyskaniem rządowych
gwarancji.
Spółka Laboratorium Frakcjonowania Osocza, zaciągnęła w 1997 r. kredyt w wysokości
32 mln dolarów, z czego wykorzystała 21 mln dolarów, ale zamiast fabryki wybudowano
jedynie dwie hale. Gwarancji w 60 proc. udzielał ówczesny rząd Włodzimierza
Cimoszewicza (wicepremierem i ministrem finansów był Marek Belka) na podstawie
nierzetelnej, jak twierdzi prokuratura, opinii wydanej przez ministra gospodarki
Wiesława Kaczmarka, jedynego, jak dotąd, oskarżonego w tej sprawie.
Produkcja nigdy nie ruszyła, a spółka LFO kredytu nie spłaciła. Bank wezwał
rząd do zapłaty 14,3 mln dolarów. Tarnobrzeska prokuratura zarzuca Zygmuntowi
Niziołowi, prezesowi i głównemu udziałowcy LFO, wyłudzenie 21 mln dolarów kredytów
oraz przywłaszczenie
8 mln dolarów i ponad 1 mln euro z tej kwoty. Oprócz malwersacji finansowych
prokuratura zamierza mu też postawić zarzut poświadczenia nieprawdy w dokumentach.
Innym podejrzanym jest Wapiński, który miał pomagać Niziołowi w przywłaszczeniu
mienia spółki.

Wojna w "rodzinie"?
"
Idea była wzniosła – na polskiej krwi miała zarabiać Polska. A jeśli nie zarabiać,
to przynajmniej oszczędzać. Sporo. Z naszych wyliczeń potwierdzonych przez
prof. Wiesława Jędrzejczaka, krajowego konsultanta ds. hematologii, wynika,
że tylko w latach 2001-2002 na frakcjonowaniu osocza w Szwajcarii traciliśmy
co najmniej 15 mln dol. Dostarczane tamtejszej firmie ZLB-Bioplasma AD osocze
Instytut Hematologii wycenił na 60 dol. za litr, podczas gdy podległa Instytutowi
publiczna służba krwi sprzedawała go w tym samym czasie polskim szpitalom o
30 dol. drożej! – pisał w grudniu 2005 r. tygodnik "Ozon".
Jeśli więc fabryka miała być kurą znoszącą złote jaja, to dlaczego LFO nie
zrealizowało inwestycji, co bardziej by się przecież opłacało niż domniemane
wyłudzenie pieniędzy z banku na budowę fabryki?
Być może więc projekt, jak spekulowała prasa, "położyła" walka o
pieniądze z frakcjonowania osocza wewnątrz obozu SLD: między frakcją Kwaśniewskiego
(z prezydenckimi ministrami Siwcem i Ungierem oraz biznesmenami Niziołem i
Wapińskim) a frakcją Millera z b. ministrem zdrowia Mariuszem Łapińskim i biznesmenem
Jerzym Starakiem, współwłaścicielem firmy farmaceutycznej Polpharma.
Według Nizioła, projekt LFO utrącono celowo, gdyż chciał go przejąć Starak,
mający układ biznesowy z Ministerstwem Zdrowia (kierowanym przez uważanego
za człowieka Millera Mariusza Łapińskiego) oraz Kredyt Bankiem. Jego zdaniem,
plajta LFO leżała też w interesie Instytutu Hematologii i Transfuzjologii w
Warszawie, zainteresowanego przedłużaniem niekorzystnych dla Polski umów na
przetwórstwo osocza w Szwajcarii.
W Ministerstwie Zdrowia za Łapińskiego, według Nizioła, miały być nawet, fałszowane
dokumenty dotyczące budowy w Mielcu LFO. To właśnie m.in. na podstawie zawartych
w nich danych resort zerwał umowę ze spółką, która miała wybudować LFO.

Kasa potrzebna, nie fabryka
Zygmunt Nizioł, który w spółce LFO miał pakiet kontrolny (8 proc. udziałów
posiadał Wapiński, a po 16,5 proc. należało do dwóch inwestorów amerykańskich),
broni się, że nie chodziło o wyłudzenie pieniędzy.
Tymczasem według dziennika "Życie" (11.06.2004): "W 1997 r.,
kiedy Ministerstwo Zdrowia podpisało z firmą LFO kontrakt na wybudowanie wytwórni
pochodnych osocza (…), pomysł negatywnie zaopiniował Instytut Hematologii
i Transfuzjologii. Produkcja, zgodnie z podpisaną umową, miała ruszyć w lipcu
1999 roku. Do 2000 r. spółka przesuwała termin zakończenia inwestycji trzy
razy. W czerwcu 2000 r. rząd AWS podpisał drugą umowę, z której wynikało, że
wytwórnia osocza w Mielcu ma zacząć funkcjonować w ciągu trzech lat. Umowa
miała wejść w życie na początku 2001 roku. Pół roku później – w lipcu – Jan
Wojcieszczuk, generalny inspektor finansowy, złożył do prokuratury doniesienie,
by zbadać nieprawidłowości przy budowie przetwórni osocza. Kontrolerzy skarbowi
dotarli do dokumentów, z których wynikało, że pieniądze z kredytu trafiły do
holenderskiej spółki Zygmunta Nizioła".
Kiedy SLD doszedł do władzy, sprawą więc zajmowała się już prokuratura. Mariusz
Łapiński, minister zdrowia w rządzie Millera, nie chciał wydać rozporządzeń
umożliwiających realizację projektu, zielonego światła dla inwestycji nie zapalili
też jego następcy: Marek Balicki i Leszek Sikorski.

Tropy prowadzą do Pałacu Prezydenckiego
Mało prawdopodobne wydaje się, by nie chodziło więc o wyłudzenie, a odpowiedzialność
za to, że w Mielcu stoją zamiast fabryki niszczejące hale, ponosiła ekipa
Millera, a nie swoiste "państwo w państwie", jakim był ośrodek
prezydencki. Tym, co obciąża rząd Millera i Siemiątkowskiego, p.o. szefa
UOP w latach 2001-2002, jest na pewno zniszczenie w Urzędzie Ochrony Państwa
dokumentów związanych z aferą osocza.
Jednak to w otoczeniu byłego prezydenta zrodził się pomysł budowy fabryki leków
z osocza krwi, a rząd Cimoszewicza udzielił gwarancji kredytowych, przy czym
Wiesław Kaczmarek wydał pozytywną opinię w sprawie poręczenia pożyczki dla
LFO przez Skarb Państwa, choć rząd nie powinien przecież żyrować kredytów dla
prywatnych firm.
Spółka Nizioła i Wapińskiego była jednak z jakichś względów uprzywilejowana. "W
umowie kredytowej zobowiązano LFO do doręczania kopii dokumentów za zakupione
maszyny. Choć LFO tego nie robiło, bank aż do
31 grudnia 1999 r. uruchamiał kolejne transze kredytu. W ten sposób wypłacono
21 mln dolarów, dokładnie tyle, ile poręczył skarb państwa. Dopiero wtedy bank
wstrzymał realizację wypłat. Przypadek? – pisał "Wprost" w czerwcu
2004 roku.

Kredyt jak kamfora
Kontrolerzy skarbowi znaleźli w spółce Nizioła faktury dowodzące, że w latach
1997-1998 pieniądze z kredytu na budowę fabryki w Mielcu trafiły do holenderskiej
firmy ZAN Holding BV. Firma ta, choć nie istniała od 1995 r., miała rzekomo
wykonywać usługi dla LFO warte 7,9 mln zł. Tysiące złotych z kredytu miały
pochłonąć wyjazdy zagraniczne, m.in. na olimpiadę w Sydney. Aż 13 mln zł
wypłacono w formie zaliczek, z których później się nie rozliczono. Według "Wprost", "6
mln dolarów trafiło do holenderskiej spółki Spencer Dunnewellt, której przedstawicielem
w Polsce był Zygmunt Nizioł". Miało być też kilka transferów gotówki
do Szwecji, gdzie mieszka Włodzimierz Wapiński. "Jedna z faktur, na
72 tys. zł (z czerwca 2000 r.), została wystawiona na rzecz agencji reklamowej
Andrzeja Pągowskiego – za umieszczenie znaku graficznego LFO na materiałach
informacyjnych kampanii 'Miej serce – dbaj o serce’, prowadzonej przez fundację
Porozumienie bez Barier Jolanty Kwaśniewskiej. Aż 13,4 mln zł wyniosły zaliczki
na zakup maszyn za granicą, które nigdy nie dotarły do Polski. Są też faktury
za fikcyjne usługi konsultingowe świadczone przez firmę z Australii (na 2,6
mln dolarów)" – wylicza "Wprost".
Pieniądze na budowę fabryki przetwarzania osocza wyparowały więc w dosyć zagadkowy
sposób. Trudno jednak uwierzyć, by obłowił się sam Nizioł i Wapiński, ale najprawdopodobniej
musiały być i "prowizje" dla tych, którzy im to umożliwili, co by
tłumaczyło zniszczenie dokumentów w UOP.

Kwaśniewski "naciskał"?
Sporo może wyjaśnić przesłuchanie Aleksandra Kwaśniewskiego. – Świadkowie twierdzą,
że uczestniczył w pewnych spotkaniach, wypowiadał pewne kwestie i miał wiedzę
na temat powołania Laboratorium Frakcjonowania Osocza. Jeden ze świadków
twierdzi wręcz, że prezydent stosował pewne naciski – powiedział Janusz Kaczmarek,
prokurator krajowy.
Według "Wyborczej", świadkiem, który mówi o naciskaniu na niego przez
Kwaśniewskiego, jest Mariusz Łapiński, minister zdrowia w rządzie Leszka Millera.
Łapiński miał zeznać, że na przełomie lutego i marca 2002 r. doszło do spotkania
u szefa gabinetu prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, Marka Ungiera. Mieli
być przy tym obecni: szef Kancelarii premiera Millera Marek Wagner, szef UOP
Zbigniew Siemiątkowski oraz Włodzimierz Wapiński, współzałożyciel LFO i przyjaciel
Kwaśniewskiego. Mieli oni namawiać go, by Ministerstwo Zdrowia przejęło patronat
nad LFO i doprowadzając do końca zaczętą inwestycję, zdjęło odpowiedzialność
z Wapińskiego. Na spotkanie "miał wpaść" prezydent Kwaśniewski.

Nizioł jak Rywin?
– Wszystkie afery, począwszy od Rywina przez Orlen, PZU, osocze, polskie huty
stali prowadzą do Pałacu Prezydenckiego – powiedział swego czasu Andrzej
Lepper, pytany o ocenę dwóch kadencji prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego.
Jeśli jednak Nizioł, a nie dajmy na to Kwaśniewski, miałby być głównym winowajcą,
to dlaczego zaginęły w UOP dokumenty operacyjnego rozpracowania LFO? Wiadomo,
że tarnobrzeska prokuratura zarzuca Niziołowi wyłudzenie, sytuacja jest tu
jasna.
– Tu nie chodzi o wyjaśnienie sprawy, tylko o znalezienie kozła ofiarnego.
Prokuratura szuka wyłącznie argumentów potwierdzających jej ocenę sprawy, a
na inne pozostaje głucha – ocenia powód takiego obrotu śledztwa Zygmunt Nizioł, "główny
winowajca" afery
Czy Nizioł nie pełni, uwzględniając stosowne okoliczności, w aferze LFO podobnej
roli, jak Rywin w Rywingate, czyli nie pierwszoplanowej wcale, choć tak to
na pierwszy rzut oka wygląda? Bo tak to ma pewnie, dla odwrócenia uwagi, wyglądać.

Julia M. Jaskólska

drukuj