Podpuszczanie załogi to bajka
Piloci: Śladów mogących mieć znaczenie dla śledztwa w postaci np. części
silnika Tu-154M należy szukać nawet kilka kilometrów przed lotniskiem
Przedstawiciele rządu, nie czekając na wyniki śledztwa, winą za
spowodowanie katastrofy prezydenckiego Tu-154M obarczyli pilotów
Sugerowanie, że załoga Tu-154M mogła być przez kogoś rozpraszana,
naciskana, to bzdura. Kiedy jesteśmy w fazie podejścia, w kabinie panuje
maksymalne skupienie na przyrządach. Nikt nikogo nie „podpuszcza”. To, że się
mówi, iż pasażerowie mieli świadomość tego, że katastrofa jest nieuchronna,
tylko potwierdza, że piloci z jakiegoś powodu nie mogli sterować maszyną –
twierdzą piloci, z którymi rozmawiał „Nasz Dziennik”.
W ocenie lotników, obarczenie odpowiedzialnością załogi, której członkowie
także ponieśli śmierć w katastrofie i nie mogą się obronić, jest najprostszym,
ale równocześnie niedopuszczalnym rozwiązaniem – wygodnym także dla strony
rosyjskiej. Jeśli bowiem przyczyną tragedii okazałaby się usterka samolotu,
skompromitowany zostałby rosyjski producent tupolewów, który pod koniec
ubiegłego roku zakończył remont generalny rozbitej maszyny. Właśnie ten samolot
– świeżo po przeglądzie – tuż po nowym roku odnotował awarię, która opóźniła
wylot polskich ratowników pracujących na Haiti.
Polscy śledczy, nie znając
nawet szczegółowych zapisów czarnych skrzynek, przyjmują rosyjską wersję,
zgodnie z którą w Smoleńsku urządzenia w prezydenckim Tu-154M pracowały do
chwili zderzenia samolotu z ziemią. Takim sposobem „informowania” oburzeni są
piloci, którzy przyjmują, że jest to próba przygotowania opinii publicznej na
przyjęcie wersji błędu pilota.
W dniu katastrofy w Smoleńsku urządzenia w
prezydenckim Tu-154M pracowały do chwili zderzenia samolotu z ziemią –
potwierdził wczoraj Andrzej Seremet. Prokurator generalny – jak sam przyznał –
swoją wiedzę oparł na informacjach uzyskanych od strony rosyjskiej. Na ile były
to wiarygodne informacje i czym były one podparte? Nie wiadomo.
Prokurator
Andrzej Seremet opowiadał wczoraj o śledztwie dotyczącym ustalenia przyczyn
katastrofy prezydenckiego samolotu z 10 kwietnia br. na antenie radia RMF FM.
Zapytany o hipotezę awarii samolotu prokurator odpowiedział, że „z informacji,
które uzyskaliśmy od strony rosyjskiej”, można wnosić, iż „urządzenia pracowały
do chwili zderzenia samolotu z ziemią”. Jak dodał, także badania systemu TAWS
prowadzone w Stanach Zjednoczonych mają wskazywać na to, że system był sprawny.
Warto tu zaznaczyć, że strona polska wciąż czeka na zapisy czarnych skrzynek, a
ostatnie doniesienia wskazywały, iż badania mogą się przeciągnąć z uwagi na zły
stan nagrań. Nasuwa się więc wniosek, że prokurator, z dużą pewnością zakładając
sprawność maszyny, bazował jedynie na relacjach Rosjan. Taką tezę wzmocniło
dodatkowo stwierdzenie Seremeta, który dopytywany o atmosferę w samolocie tuż
przed katastrofą i świadomość nieuchronności zderzenia z ziemią uznał, że
musiałby ujawnić treść czarnych skrzynek, której… nie zna. – Ja treści rozmów,
które są zarejestrowane w tym urządzeniu, nie znam – mówił. Prokuratura zamierza
dokonać analizy psychologicznej załogi i jej odporności na stres.
Taki sposób
informowania opinii publicznej oburza środowisko pilotów. Jak przyznają w
rozmowie z „Naszym Dziennikiem”, jeśli nie ma pełnej i pewnej wiedzy na temat
stanu samolotu tuż przed wypadkiem, to nie można mówić, że był on do końca
technicznie sprawny. Jak przyznali, tego typu informacje – powtarzane od dnia
katastrofy, najpierw przez wysokich urzędników rosyjskich, a następnie polskich
– niejako przygotowują opinię publiczną na przyjęcie jako oficjalnej wersji o
błędzie pilotów. – Odpowiedzmy na pytanie, jakim cudem pilot znajdowałby się tuż
nad ziemią na kilometr przed pasem? Sugerowanie, że załoga mogła być przez kogoś
rozpraszana, naciskana, to bzdury. Kiedy jesteśmy w fazie podejścia, w kabinie
panuje maksymalne skupienie na przyrządach. Nikt nikogo nie „podpuszcza”. To, że
się mówi, iż w samolocie była świadomość, że katastrofa jest nieodzowna, tylko
potwierdza, że piloci z jakiegoś powodu nie mogli sterować maszyną. W mojej
ocenie, działo się to już przed uderzeniem w drzewo – ocenił nasz rozmówca. Jak
dodał, oryginalne zapisy czarnych skrzynek z pewnością zawierają informacje na
temat stanu samolotu i powinny zarejestrować ewentualną awarię maszyny, która
była przyczyną utraty sterowności. Być może śladów – w postaci części silnika
Tu-154M – można by też szukać kilka kilometrów przed
lotniskiem.
Marcin Austyn
