Podatki – kraina nieporozumień

Podatki są obszarem największych nieporozumień
i medialnych manipulacji. Jeśli dokonują ich różne grupy interesu, można to
zrozumieć, bo tam, gdzie gra idzie
o duże pieniądze, wkłada się wiele wysiłku finansowego i organizacyjnego
w przekonywanie opinii publicznej do rozwiązań, które dla ogółu mogą być bardzo
niekorzystne, ale bardzo opłacalne dla wąskiej grupy zainteresowanych osób
i instytucji.

Typowym przykładem takich manipulacji była podana w Wiadomościach TVP (2.05)
informacja, że Polacy pracujący w Wielkiej Brytanii, zarabiający średnio
100 tys. zł, zapłacą tam podatek 19-procentowy, a w Polsce muszą płacić 40-procentowy.
Było to oczywiste kłamstwo, bo każdy może sprawdzić, że w rzeczywistości
podatek
ten wyniesie 27 502 zł, czyli 27,5 proc., co jest kwotą zasadniczo różną
od 40 procent. Podatku dochodowego 40-procentowego nikt zresztą w Polsce
nie płaci,
łatwo obliczyć, że nawet zarabiający rocznie 500 tys. zapłaci najwyżej 37,5
proc. Stawka 40 proc. jest przecież, o czym redaktorzy TVP z pewnością wiedzą,
stawką obciążającą dochody po przekroczeniu progu 74 048 zł, czyli w przypadku
zarabiających 100 tys. obejmuje tylko kwotę 25 952 zł.
Wiadomości przyłączyły się zatem do kampanii przeciwko płaceniu podatków,
prowadzonej wbrew interesowi państwa przez niektórych polityków i grupy interesu
wykorzystujące
media, jak widać – także media publiczne. W kampanii tej lansuje się kłamliwą
tezę, jakoby podatki w Polsce były "horrendalnie wysokie" (podobną
absurdalną tezę sformułowano w artykule w "Przekroju" biadającym
nad ciężką dolą polskich emigrantów). Co jednak ciekawe, Ministerstwo Finansów,
które powinno być zainteresowane prostowaniem takich błędnych informacji, nie
wywiązało się ze swego ustawowego obowiązku. Prezes Jan Dworak na mój list
w tej sprawie nie odpowiedział, bo wkrótce "wyleciał" (na szczęście)
z posady, a potem dołączył do niego szef Wiadomości Robert Kozak.
Przypadek tego podatkowego klinczu, w jaki wpadają rodacy zmuszeni w wyniku
źle prowadzonej od 16 lat polityki gospodarczej do pracy na obczyźnie, jest
znakomitym przykładem problemu, który można było łatwo rozwiązać, stosując
odpowiednie narzędzia polityki podatkowej, gdyby tylko kierownictwo Ministerstwa
Finansów miało rzetelną, profesjonalną wiedzę i wolę działania.
Przede wszystkim trzeba sobie zdać sprawę z tego, że ta konfuzja podatkowa
wynika nie z tego, że podatki w Polsce są wysokie, lecz z tego, że dochody
są niskie. Po przeliczeniu według rynkowego kursu euro, dolara czy funta
nasze krajowe zarobki są bardzo niskie – faktycznie okazuje się, że jesteśmy
nędzarzami.
Z tych niskich dochodów państwo ściąga podatki według stóp podatkowych nieróżniących
się zasadniczo od zachodnich, w przypadku górnych stóp – nawet relatywnie
niskich, ale te dochody, które u nas zaliczamy do wysokich, w Londynie, Madrycie
czy
Paryżu są dochodami niskimi, opodatkowanymi według skal najniższych. Gdy
więc Polacy, ciężko pracując na obczyźnie, zwykle w nisko płatnych zawodach,
często
za najgorsze wynagrodzenia, przeliczają swe dochody na złotówki, to okazuje
się, że muszą w Polsce dopłacać podatek – i to budzi ich jak najbardziej
uzasadniony sprzeciw.
Sposobem na to mogłaby być bardzo prosta recepta – zaliczenie ich pracy do
kategorii upoważniającej do wyższych kosztów uzyskania przychodów, jak dochody
z praw majątkowych i praw autorskich. Jest oczywiste, że pracujący na emigracji
ponoszą bardzo wysokie koszty – nie tylko finansowe, ale emocjonalne, społeczne,
rodzinne – nie trzeba tu wiele tłumaczyć. Gdyby mogli odpisać 50 proc. kosztów
uzyskania przychodów – problem by zniknął.
Niestety, minister Zyta Gilowska, nieznająca się na ekonomii podatków (podpisywała
się przecież pod kompletnie bezsensowną i kompromitującą koncepcją Platformy
Obywatelskiej podatku liniowego 3×15, której nie mógł przyklasnąć żaden szanujący
się ekonomista), dała się skołować przez doradzających jej dyletantów i zapowiada
likwidację tego ważnego instrumentu, jakim są zróżnicowane koszty uzyskania
przychodów.
Zwiększone koszty uzyskania przychodów pełnią ważną funkcję w systemie podatkowym.
Jak wiadomo, działalność twórcza jest w Polsce bardzo nisko opłacana, ponieważ
z powodu słabości gospodarki i zasadniczo małego, wątłego rynku na produkty
pracy twórczej uzyskanie godziwej ceny za taką pracę jest bardzo trudne.
Wprowadzając możliwość podwyższenia kosztów uzyskania przychodów, poprawiono
pozycję rynkową
twórców. Likwidacja tej możliwości spowoduje zatem, że twórcy (w tym naukowcy
i nauczyciele akademiccy) zażądają za swoją pracę wyższego wynagrodzenia.
Spowoduje to wzrost cen – na przykład w szkolnictwie płatnym, zatem za cofnięcie
ulgi
zapłacą studenci wyższym czesnym.
Pojawi się presja na podwyższenie rachunków za działalność naukową albo spadek
i tak niskich realnych wynagrodzeń ze wszystkimi negatywnymi skutkami – dla
i tak słabo wynagradzanego szkolnictwa wyższego – i niedorozwój nauki. By
im zapobiec, państwo będzie musiało zwiększyć nakłady na naukę bardziej,
niż mogłoby,
gdyby zachowane zostały wyższe dla naukowców koszty uzyskania przychodów.
Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że w świecie stosuje się nawet stuprocentowe
koszty uzyskania przychodów od dochodów uzyskiwanych ze zleceń rządowych
– nazywa się to "dochodem nieopodatkowanym z tytułu pracy dla rządu".
Wynagrodzenie jest traktowane jako pokrycie kosztów, nie podlega zatem podatkowi.
Państwo zmniejsza w ten sposób swoje wydatki budżetowe, pozyskując taniej
pracę ekspertów.
Motywację minister Gilowskiej można zrozumieć, bo strona dochodowa budżetu
została w wyniku nieodpowiedzialnej polityki poprzednich rządów bardzo osłabiona.
Jednak źródeł dochodów trzeba szukać nie tam, gdzie powinno się zwiększać
nakłady – bo tworzy się sytuację ekonomicznie absurdalną – lecz tam, gdzie
dochód narodowy
jest drenowany i tworzy bezproduktywny, jałowy obrót pieniądzem.
Minister Gilowska z pewnością najlepiej by zrobiła, gdyby pozbyła się niezbyt
kompetentnych, ideowo bliskich opozycji doradców, którzy od jakiegoś czasu
podsuwają jej niezbyt dobre pomysły.

prof. Jerzy Żyżyński

drukuj