Podatki czas zmienić

Propozycje podatkowe przyjęte przez rząd wzbudziły ogromne
zainteresowanie nie tylko wśród polityków i ekonomistów, ale także milionów
Polaków. Co jest
zresztą naturalne, wszak chodzi tu o nasze pieniądze. Jedni projekt zmian
chwalą, inni ganią, a te opinie najczęściej pokrywają się z sympatiami politycznymi.
Na tę sprawę trzeba jednak spojrzeć spokojnie, na chłodno przeanalizować
wszystkie
konsekwencje zmian, jeśli oczywiście wejdą one w życie. Pamiętajmy wszak,
że są to tylko propozycje. Nad odpowiednimi ustawami będą przecież jeszcze
debatował
Sejm i Senat, projekt zmian podatków musi też poprzeć prezydent. To zaś
oznacza, że zapewne rządowa wersja zostanie jeszcze zmieniona.

O tym, że polski system podatkowy wymaga zmian, nikogo nie trzeba przekonywać.
Przez ostatnie kilkanaście lat więcej w nim napsuto, niż uporządkowano. Dlatego
dobrze się stało, że rząd zabrał się do tego zadania i miejmy nadzieję, że
z dobrym skutkiem.
Już teraz jednak łatwo można dostrzec, moim zdaniem, najważniejszy zapis w
projekcie zaaprobowanym przez rząd: wprowadzenie ulg podatkowych na dzieci.
Najszybciej skorzystają z nich rodziny z trojgiem i większą liczbą dzieci,
potem także z dwojgiem pociech. I to jest chyba jeden z najlepszych sposobów,
w jaki nasze państwo przystępuje do walki o to, aby w polskich rodzinach zaczęło
się rodzić więcej dzieci.

Pierwsze kroki
Zwolenników rewolucyjnych zmian rządowy projekt rzeczywiście może rozczarować.
Nie jest to bowiem dogłębna, kompleksowa reforma. Ten argument najczęściej
podnoszą też choćby politycy PO i SLD, wyrażając żal, że parlament dostanie
do rąk zapis częściowej ledwie reformy.
Trudno nie zgodzić się z opinią, że nasze przepisy są skomplikowane, niespójne,
że utrudniają życie podatnikom. Ale też wątpię, aby ktoś, kto choć trochę zna
tę materię, wierzył, że zmiany można wprowadzić szybko. W tym przypadku metoda
stopniowych reform jest jak najbardziej wskazana. Przede wszystkim z tego powodu,
iż przygotowanie całościowej przebudowy prawa podatkowego zajęłoby jeszcze
przynajmniej kilka lat. Mamy więc do wyboru albo dalsze czekanie, albo zmienianie
tego, co najszybciej można zrobić i spokojne przygotowywanie kolejnych projektów
ustaw. Rząd wybrał drugą opcję, bo w tej chwili nie miał w zasadzie innego
wyjścia. Nie można traktować tego, co przygotowała wicepremier Zyta Gilowska,
jako zamkniętego zadania. Szefowa resortu finansów sama zresztą podkreślała,
że ministerstwo pracuje nad kolejnymi zmianami. Na razie więc trzeba ocenić
to, co już mamy, i zastanowić się nad kolejnymi krokami.

Kto straci, kto zyska
Na pewno Polacy, czytając o zmianach podatkowych, zastanawiają się przede wszystkim
nad tym, czy będą się one im opłacać. I jak się okazuje, mamy powody do zadowolenia.
Po raz pierwszy od wielu lat rząd proponuje odmrożenie progów podatkowych i
kwoty wolnej od podatku, na czym zyskają wszyscy płacący podatki. Dlaczego
to takie ważne? Otóż przez kilka lat obowiązywały stawki podatku 19, 30 i 40
proc., ale nie zmieniała się wysokość dochodów, po przekroczeniu których podatnik
wpadał w drugi lub trzeci próg. Tymczasem inflacja nie stała w miejscu. Zdarzało
się więc tak, że ktoś relatywnie wcale nie zarabiał więcej, ale minimalnie
przekroczył próg i musiał płacić wyższe podatki. Teraz progi zostaną podniesione
o wskaźnik inflacji, czyli o kilkaset złotych. Podobnie będzie w 2008 roku,
przy czym w górę pójdzie przede wszystkim pierwszy próg podatkowy (30 proc.).
Wzrośnie także kwota wolna od podatku, co też wpłynie na nasze częściowe zmniejszenie
obciążeń fiskalnych. Rząd obiecuje, że nie będzie już zamrażania progów podatkowych,
czyli po prostu cichego łupienia podatników.
Poza tym od 2009 roku zaczną obowiązywać dwie skale podatkowe: 18 i 32 proc.
Będzie to w dużym stopniu krok do uproszczenia prawa i jednocześnie spore oszczędności
dla najbogatszych Polaków, płacących do tej pory podatki w wysokości 40 proc.
Jak już zdążyli policzyć eksperci podatkowi, na zmianach, które mają wejść
od 2007 roku, zarobią prawie wszyscy Polacy pracujący na etatach lub prowadzący
samodzielną działalność gospodarczą. W zależności od osiąganych dochodów, co
miesiąc w naszych kieszeniach pozostanie od mniej więcej 20 do ponad 200 złotych.
To już nie są błahe kwoty, lecz poważne sumy.
Jeszcze więcej zostanie w portfelach rodzinom, bo wreszcie doczekaliśmy się
projektu ustawy podatkowej z ulgami na dzieci. W pierwszej kolejności obejmie
ona rodziców mających troje i więcej dzieci, a od 2008 roku skorzystają z niej
także ojcowie i matki z dwojgiem dzieci. W tym przypadku nawet najmniej zarabiający
Polacy oddadzą fiskusowi mniej o 100 złotych miesięcznie. I trzeba przyznać,
że te przepisy są o wiele istotniejsze od sławnego becikowego. Bo tamten zasiłek
jest jednorazowy, tutaj natomiast rodzice będą mieli comiesięczne ulgi podatkowe.
Lepszych informacji chyba nie mogliśmy oczekiwać, bo właśnie przepisy podatkowe
są najbardziej obiektywnym probierzem polityki prorodzinnej państwa.
I tak naprawdę jest to jedna z największych wartości, jakie niesie ze sobą
projekt rządowy. Musimy sobie wszak uświadomić, że w zasadzie do tej pory ulg
prorodzinnych w podatkach nie było. Co prawda rodzice samotnie wychowujący
dzieci mają prawo do wspólnego rozliczania się z nimi z podatków, co daje też
określone korzyści, jednak korzysta z tego niedużo rodzin. Teraz państwo chce
wyraźnie i odczuwalnie pomóc rodzicom w trudach wychowania i utrzymania dzieci.
Zauważmy, że tylko 100 złotych ulgi na miesiąc oznacza możliwość pokrycia wielu
wydatków związanych np. z zakupem przyborów i materiałów szkolnych.
Jeśli zmniejszają się obciążenia fiskalne rodzin, tak jak będzie to w tym przypadku,
możemy tylko owym zmianom przyklasnąć i na pewno oczekiwać na kolejne, w tym
choćby te dotykające prawa spadkowego.
Najwięcej kontrowersji wzbudza natomiast zapowiedź zmiany opodatkowania ludzi
wykonujących wolne zawody, czyli przede wszystkim twórców, naukowców, dziennikarzy.
Ten temat był już zresztą szerzej opisywany na łamach "Naszego Dziennika",
nie będę więc powtarzał tez, które Czytelnicy już znają.

Drożej w domach?
Niektóre zapisy rządowego dokumentu dotyczą także sektora mieszkaniowego i
z rezerwą odnosi się do nich z tego powodu resort budownictwa. Po pierwsze,
wicepremier Gilowska zaproponowała, a Rada Ministrów to przyjęła, aby podatek
od przychodów ze sprzedaży mieszkań wzrósł z 10 do 19 proc. Przyznam szczerze,
że w pierwszej chwili, czytając komunikat po posiedzeniu rządu, miałem jak
najbardziej krytyczną opinię w tej sprawie. W końcu rynek mieszkaniowy wymaga
jeszcze raczej opieki państwa. Ale jeśli na spokojniej spojrzymy na tę sprawę,
to wzrost opodatkowania sprzedaży mieszkań wcale nie musi być odbierany jednoznacznie
źle.
Niedawno miałem okazję pisać o sytuacji na rynku nieruchomości. Mieszkania
w Polsce stale drożeją, zwłaszcza w dużych miastach. Najwięcej na tym korzystają
developerzy i zwykli spekulanci kupujący mieszkania, aby je potem z zyskiem
sprzedać. Nowy podatek przede wszystkim zmniejszy ich zarobki. To samo dotyczy
zresztą handlu innymi nieruchomościami, głównie działkami budowlanymi. Choć
zapewne ustawa wymagałaby jeszcze dopracowania. Trzeba bowiem próbować znaleźć
rozwiązania, aby jak najmniej dotykała ona osoby, które sprzedają stare mieszkanie,
aby się przeprowadzić do innego. Oni nie robią tego w celach zarobkowych i
nie muszą być karani za chęć podniesienia standardu swojego mieszkania. Ponadto
coraz więcej osób będzie się też zapewne przeprowadzać do innych miast i o
tym też należy pamiętać. Dlatego trzeba jeszcze pomyśleć nad sposobami uchronienia
zwykłych ludzi przed płaceniem wyższego podatku od sprzedaży.
Mniej natomiast powinniśmy się martwić zapisami o wzroście akcyzy na olej opałowy.
Podatek ma być bowiem zwracany osobom, które przedstawią faktury zakupu oleju
opałowego. Akurat w tym przypadku chodzi przede wszystkim o to, aby zlikwidować
czarny rynek obrotu olejem opałowym, który zamiast w piecach ląduje w bakach
samochodów osobowych i ciężarowych. Budżet traci przez to setki milionów złotych,
bo stawka akcyzy na "opał" jest o wiele niższa niż na olej napędowy. Teraz
oszukiwanie stanie się o wiele mniej opłacalne, bo przecież limity ewentualnych
odliczeń akcyzy też nie będą nieograniczone. Wysokość zwrotu będzie po prostu
zależna od wielkości ogrzewanego mieszkania.

Lżej firmom
Poprzeć należy również propozycje zmian w opodatkowaniu firm. Po pierwsze,
będą one mogły odliczać sobie wydatki na reklamę, wszak bez promocji trudno
jest zaistnieć na coraz bardziej konkurencyjnym rynku i jeszcze się rozwijać.
W koszty będą też mogły być wrzucane wydatki na opiekę zdrowotną pracowników.
W tym przypadku możemy liczyć na dodatkowe pieniądze, które zasilą polską
służbę zdrowia, bo niektóre zakłady będą wykupywać dodatkowe świadczenia
dla swoich pracowników, traktując to też jako rodzaj premii.
Z drugiej strony zmniejszenie wysokości składek na ZUS: rentowej z 13 do 9
proc. i chorobowej z 2,45 do 1,80 proc., oznacza też wymiernie obniżenie kosztów
pracy. A to jest w końcu postulat od dawna podnoszony przez przedsiębiorców.
Wypada też mieć przy okazji nadzieję, że koszty pracy będą dalej spadały, a
ta operacja przyczyni się do powstania nowych miejsc pracy.
Jednak chyba jeszcze lepszym pomysłem resortu finansów, który ulży zwłaszcza
firmom, jest rozwiązanie sprawy wiążących interpretacji podatkowych. Teraz
jest tak, że podatnik w razie wątpliwości może o taką interpretację wystąpić
do swojego urzędu skarbowego. Ale często jest tak, że urzędy różnią się między
sobą w ocenie skutków danego przepisu. Nieraz były przypadki, że przedsiębiorcy
prowadzący firmy w kilku miastach musieli stosować różne interpretacje. Jedna
pozwalała np. na zastosowanie jakiejś ulgi podatkowej, podczas gdy drugi urząd
był odmiennego zdania. Teraz interpretacje ma wydawać minister finansów i będą
one wiążące dla wszystkich urzędów skarbowych w całym kraju.
Na pewno projekt rządu nie załatwia wszystkiego. Powinniśmy przygotować reformę
fiskalną, która jeszcze bardziej ułatwi ludziom życie, a pobór danin dla państwa
stanie się skuteczniejszy. Nie osiągniemy zaś tego bez uproszczenia prawa.
I trzeba mieć świadomość, że wszystkich się zadowolić nie da, bo dzięki obecnemu
systemowi, który w wielu miejscach jest dziurawy, niektórzy czerpią z tego
ogromne korzyści, nie odprowadzając do budżetu państwa wielu milionów złotych
podatków dochodowych, akcyzy i VAT. Dlatego czekajmy cierpliwe na kolejne projekty.

Maciej
Winnicki

drukuj