Pochód chaosu i śmierci

25 lipca 2010 r., w dniu duisburskiej tragedii, gdy zadeptanych na śmierć
zostało 19 osób, organizatorzy Love Parade ogłosili, że impreza została odwołana
raz na zawsze. Jej finał ma znaczenie symboliczne, które powinno dać do myślenia
nie tylko samym Niemcom. Idee Love Parade skończyły się dramatem kilkuset
niemieckich rodzin. Pora zatrzymać ten marsz młodych w stronę chaosu i nicości.
Póki jeszcze czas.

Kiedy dziś władze Duisburga szukają winnych śmierci i obrażeń ludzi, warto
przypomnieć genezę Love Parade. Impreza od początku wzbudzała wiele
kontrowersji, choć wiązała się ze zburzeniem muru berlińskiego i zjednoczeniem
Niemiec.

Koniec muru. Początek Love Parade

Ossi (mieszkańcy byłej NRD) szybko się otrząsnęli z pierwotnej euforii.
Zobaczyli, że we własnym kraju stali się obywatelami drugiej kategorii. Że
tworzą klasę nowych wypędzonych z ojczyzny, mimo że jej nie opuścili. Doskonale
było to widać zwłaszcza w Berlinie, gdzie Wessi (Niemcy z zachodniej części
kraju) mogli dyktować warunki, podbijać ceny, decydować o rynku pracy, kłuć w
oczy swoim bogactwem i drażnić poczuciem wyższości. To przecież Ossi
szpiegowali, donosili na żony i ojców w trakcie współpracy ze Stasi. To przecież
na Ossi każdy Wessi musiał płacić haracz w postaci podatku na pokrycie kosztów
zjednoczenia.
Niemieccy politycy wiedzieli, że koszty zjednoczenia kraju są olbrzymie i kto
wie, czy nie najtrudniej będzie zniwelować różnice nie materialne, lecz te na
poziomie społeczno-kulturowym. Należało wypełnić czarną dziurę po komunizmie w
społeczeństwie, które nie potrafiło oprzeć się na żadnych wartościach. Należało
zapobiec tęsknotom za "starym" i rozpocząć sklejanie postenerdowskiej duszy,
zatrzymać wzrost agresji, nastrojów nacjonalistycznych i faszystowskich.
W Berlinie zatargi między Ossi i Wessi widoczne były na każdym kroku. W 1989
roku berlińscy dyskdżokeje postanowili się zbuntować, gdy właściciele klubów
techno z zachodniej części Berlina zaczęli windować ceny. Po stronie wschodniej
miasta otwierano nowe, tańsze lokale. Było to możliwe, gdyż po upadku muru na
terenach Berlina Wschodniego pojawiło się wiele pustostanów. Po upadłych
fabrykach pozostały rzesze bezrobotnych, ale też puste magazyny i olbrzymie hale
fabryczne. Właściciele dyskotek postanowili wykorzystać ten fakt. Otwierano
przede wszystkim dyskoteki z muzyką techno. Tam było najtaniej i w sam raz na
kieszeń sfrustrowanych Ossi. Wszystko to było na rękę władzom miasta, które nie
miały pomysłu na skanalizowanie rosnącej agresji i frustracji wschodnich
berlińczyków. Poza tym Berlin w perspektywie powtórnego stania się stolicą
Niemiec wyraźnie potrzebował zmiany oblicza. Zatarcie faszystowskiego odium,
przyciąganie turystów, łagodzenie antagonizmów w rytm muzyki i zabawy – to
pomysł w świetle jednoczącej się Europy.
"Obalono mur berliński, teraz musimy obalić mury w nas; mury uprzedzeń rasowych
i seksualnych. Love Parade to wspólny proces uczenia się tolerancji" – ogłaszali
swój program organizatorzy imprezy. Dyskdżokeje mogli działać, a już szczególnie
wodze fantazji puścił uznany za twórcę i pomysłodawcę samej Love Parade Matthias
Roeingh, nazywający siebie "doktorem Motte". Projekt wielkiej zabawy na ulicach
Berlina odpowiadał wszystkim, nawet enerdowskim bezrobotnym, którzy też widzieli
w tym wszystkim dla siebie interes. Niemiecki "pochód miłości" po raz pierwszy
wyruszył w 1990 roku.

Filozofia "doktora Mottego"

"Doktor Motte" ogłosił filozofię Love Parade: "Jesteśmy dziećmi słońca i jako
dzieci otwieramy słońcu serca. Musimy otworzyć się na światło. W ten sposób
budujemy słoneczną i szczęśliwą przyszłość. Kiedy wpuścimy promienie słońca do
naszych serc, całe zło zniknie samoczynnie, jak błysk światła przepędza
ciemność. A nasz łańcuch miłości i światła obiegnie całą ziemię" – ogłaszał
Motte. Innym razem wołał: "Skoro miłość jest boską zasadą, to róbcie, co
chcecie". W Polsce podobny slogan na początku kariery głosił Jerzy Owsiak, gdy
organizował swoje "woodstoki".
Każdoroczne zbiorowe transe, "szybkie kopulacje z odbijanym" – jak określali to
sami obserwatorzy imprezy, odbywały się pod wzniosłymi hasłami, np.: "Przyszłość
należy do nas", "Mój dom jest twoim domem, a twój – moim", "Pokój na ziemi",
"Jesteśmy jedną rodziną", "Wpuść słońce do swego serca".
Ze słońcem w sercach jest wciąż nie najlepiej. Wśród niemieckich nastolatków
coraz popularniejsze stają się hasła neonazistowskie. Młodzi ludzie częściej
ubierają się w zakazane ubrania z nazistowskimi szyframi. Okiełznanie
niemieckiej młodzieży jest znacznie trudniejsze, niż zakładano. Propozycja
"wolnego seksu", narkotyków i alkoholu bez ograniczeń okazała się drogą donikąd.
Nie przypadkiem na finał upojnej zabawy wybierano przez wiele lat Bramę
Brandenburską i kolumnę Zwycięstwa – pomnik wzniesiony na cześć wiktorii Prus w
walce z Danią, Austrią i Francją. Berlin na czas parady niemal przestawał
funkcjonować. Pociągi miały kilkugodzinne opóźnienia, na dworcach panował
kompletny chaos. Ulice tonęły w stosach śmieci. O dziwo, mieszkańcy miasta
tolerowali taki stan rzeczy. W 1997 r. na zbiorowy trans i podrygiwanie
ściągnęło ponad milion osób. Tak było niemal co roku.
Młodzi z całej Europy, choć w przeważającej części Niemcy, szaleli na ulicach
Berlina w rytmie techno, ubrani w stylu epoki "flower power". W oparach
narkotyków, wypijając hektolitry piwa i wina, zgromadzeni odprawiali rytuały
publicznego seksu, skandowali hasła radykalnego pacyfizmu i wolności dla gejów.
Wszechobecna muzyka, płynąca z gigantofonów porażała tych, którym zabrakło
pieniędzy na kolejną tabletkę ecstasy. Zatracenie… Dla postronnych
obserwatorów przerażające w swej skali i formie.
Miejscowi hotelarze i handlarze mieli swoje dni. Utargi z soboty i niedzieli
sięgały tak wysokich kwot jak normalnie w ciągu kilku miesięcy. Z czasem impreza
każdorazowo przynosiła organizatorom ok. 65 mln dolarów zysku.
Problemy z Love Parade zaczęły się w 2001 r., gdy berliński sąd odmówił imprezie
statusu publicznej. Dotychczas odbywała się ona pod szyldem publicznej i
wszelkie jej koszty musiały być pokrywane z kasy miasta. Również Sąd
Konstytucyjny w Karlsruhe ogłosił, że odbywające się w wielu miastach
niemieckich "parady miłości" odrzuciły wniosek o przyznanie imprezie statusu
publicznego, orzekając, że chodzi tu wyłącznie o imprezę masową o celach
komercyjnych.
Taki wyrok przesądził, że kolejna parada stanęła pod znakiem zapytania.
Posprzątanie pobojowiska, które po niej zostawało, wymagało wydania z kasy
miast, w których się odbywała, wielomilionowych kwot. Nie pomogło nawet poparcie
i zachwyty niektórych niemieckich polityków. Ówczesny przewodniczący frakcji CDU
w berlińskim parlamencie Klaus Landowsky nazwał tę szaleńczą imprezę
"sensacyjnym zjawiskiem", choć sam nie brał w niej udziału. Jeden z
organizatorów Love Parade proponował nawet powtórzenie pochodu w socjalistycznej
Hawanie przy okazji Światowego Zlotu Młodzieży. W 2001 r. berlińczycy odetchnęli
z ulgą. Zaprzestanie finansowania Love Parade przez miasto oznaczało jej
faktyczny koniec.

Dla niektórych świetny geszeft

Podczas każdej Love Parade foliopodobne ubrania, czapki, kolczyki, farby do
włosów zawsze szły jak świeże bułeczki. Na imprezie zarabiały także stacje
muzyczne – VIVA i MTV. Gorzej, że z roku na rok w coraz gorszym stanie znajdował
się największy berliński park Tiergarten, w którym niszczono około 3 tys.
krzewów, a w trawniki wsiąkało ok. 800 tys. litrów moczu. Wędrujący przez miasto
5-6 kilometrowy pochód pogrążał w śmieciach wszystkie główne ulice i aleje.
Centrum Berlina przez całą noc tonęło w tumulcie gwizdków, klaksonów,
nagłośnionych do oporu samochodów, alarmów i mechanicznej muzyki, którą jeden z
obserwatorów scharakteryzował jako przypominającą "skrzyżowanie dźwięku piły
tartacznej z posapywaniem lokomotywy".
Według szacunków ekologów, po imprezowiczach pozostawało rokrocznie ok. 500 ton
śmieci. Oficjalne statystyki ujawniały jedynie połowę tej liczby. Ciężkie dni w
czasie Love Parade miała również służba zdrowia. Zwykle narkotyki przedawkowało
ponad 3 tys. osób, a kilka tysięcy lądowało w szpitalach z powodu uszkodzeń
ciała, straszliwego odwodnienia (ecstasy odbiera uczucie pragnienia),
halucynacji, utraty przytomności czy zadeptania przez tłum. Rachunek za
sprzątanie głównych ulic miasta, przez które przetaczała się ta dramatyczna,
ludzka nawałnica, dochodził do pół miliona marek!
Budowanie "nowego niemieckiego porządku" na idei Love Parade skończyło się
tragedią kilkuset niemieckich rodzin. Ten marsz w stronę chaosu i nicości musi
zostać zatrzymany.
 

Dr Hanna Karp

Dr Hanna Karp jest medioznawcą i religiologiem, publicystką, autorką książek na
temat sekt i New Age

drukuj