Po nas choćby potop
Z Janem Filipem Staniłką, ekspertem ds. polityki ekonomicznej z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Paweł Tunia
Jak Pan ocenia plany prywatyzacyjne rządu?
– Nie bardzo jest jasne, dlaczego w ogóle planuje się tę sprzedaż. Nie wierzę, że różni działacze PO nie chcą zasiadać w radach nadzorczych spółek. Dotykanie tego tematu jest pośrednią oznaką bardzo złego stanu polskiego budżetu. Nie widzę tu innego uzasadnienia. Planuje się sprzedaż firm, które w Europie cały czas pozostają państwowe, ale jeśli były kiedykolwiek prywatyzowane, to w taki sposób, że wciąż pozostawały państwowe. Poza tym większość firm tego typu nie ma szans rozwoju bez wsparcia państwa. Natomiast polskie państwo pomału chce się wycofać z tego wsparcia, ponieważ doktrynalnie uważa, że prywatne jest lepsze, a to wcale nie jest takie oczywiste. Nie ma prywatnych firm tej branży w Europie, które by się dynamicznie rozwijały.
Dlaczego wobec tego, Pana zdaniem, rząd chce koniecznie prywatyzować?
– W czasie kryzysu nie powinno się w ogóle prywatyzować, a jeśli rząd chce to zrobić, to dlatego, że bardzo szybko chce wypełnić budżet, dla którego nie potrafi znaleźć dochodów, lub nie potrafi zmniejszyć wydatków. Ewentualnie, tak jak mówiłem, doktrynalnie chce się pozbyć przedsiębiorstw, które, jego zdaniem, powinny być prywatne. Rząd w ogóle nie chce zabrać się za stronę wydatkową budżetu, a przecież to jest i tak konieczne. Nawet jeśli sprzedamy te firmy, to wątpliwe, żeby w kolejnych latach znalazły się środki, aby pokryć wydatki budżetowe. I nie wiem, co wtedy będziemy sprzedawać. Jeśli sprzedamy akcje dziś, nawet za cenę jednorocznej dywidendy, co byłoby czymś niezwykłym, to tracimy ją w następnych latach, a posiadając wszystkie dotychczasowe udziały, dywidenda zostaje u nas w kolejnych latach.
Jakie inne argumenty mogą się kryć za planami rządu?
– Można też odnieść wrażenie, jakby zazdroszczono, że pracownicy spółki KGHM dobrze zarabiają. A przecież to chyba dobrze, że tak jest. Z tego czyni się zarzut. Oglądałem w TVN 24 program i rozmawiających dwóch panów, których interesowało głównie to, jakie przywileje mają pracownicy KGHM. Jakby im zazdrościli, iż pracują w dobrej firmie, dużo zarabiającej dla państwa, z czego sami pracownicy też korzystają. Nie rozumiem takiej postawy. Czy to oznacza, że dobrze by było, gdyby prywatny właściciel, na przykład z Australii, Południowej Afryki czy Niemiec, przechwytywał te pieniądze? Jest to dla mnie niejasne.
Dziękuję za rozmowę.
