Płoniemy, a nie giniemy
Z Wojciechem Wenclem, poetą, laureatem tegorocznej Nagrody
Literackiej im. Józefa Mackiewicza, rozmawia Agnieszka Żurek
11 listopada odebrał Pan Nagrodę Literacką im. Józefa Mackiewicza za "De
profundis". Po raz pierwszy nagroda ta została przyznana za tomik poetycki. Na
medalu, który został Panu wręczony, widnieje cytat z Józefa Mackiewicza –
"Jedynie prawda jest ciekawa". Tylko poezja poszukująca prawdy może być
autentyczna?
– Myślę, że szczególnie dotyczy to poezji. W prozie dążenie do prawdy często
sprowadza się do realizmu, obyczajowego czy historycznego, który jest cenny dla
kultury, ale rejestruje jedynie powłokę rzeczywistości. Dojrzała poezja sięga
głębiej, do samej istoty bytu. Zwykle posługuje się zmysłowym konkretem, ale
zarazem posiada wymiar metafizyczny. Nawet gdy odnosi się do faktów
historycznych, jednocześnie dotyka tajemnicy istnienia, cierpienia, dobra i zła.
Nieco uogólniając, można powiedzieć, że jeśli powieściopisarz przedstawia losy
człowieka czy narodu, to poeta próbuje opisać ich duszę. Jedno i drugie
świadectwo prawdy jest bardzo potrzebne, zwłaszcza tu i teraz, w Polsce – jak to
ujmuje Jarosław Marek Rymkiewicz – nierzeczywistej, zredagowanej przez media.
Trzeba jednak pamiętać, że ta nierzeczywistość jest dużo starsza niż współczesne
media. Na przykład Thomas Stearns Eliot w "Ziemi jałowej" z 1922 r. pisał o
Londynie jako Nierzeczywistym Mieście. W każdym społeczeństwie, gdzie ludzie
tracą absolutny punkt odniesienia, życie staje się wegetacją bez znaczenia,
kontrolowaną przez fantomy. Wolna literatura jest dziś jedną z ostatnich redut
prawdy o Bogu, człowieku i konsekwencjach jego wyborów.
Czy Pana zdaniem, w świecie poezji, podobnie jak w życiu duchowym,
istnieją "błędne ogniki", zjawy prowadzące na manowce, a podające się za
przewodników? Jakie niebezpieczeństwo kryje się w deprecjonowaniu roli poezji
bądź próbach jej infantylizowania czy też zamknięcia w "getcie estetyki"?
– Takich "błędnych ogników" jest bardzo wiele. Choćby przekonanie, że poezja to
wyłącznie język, izolujące ją od realnego życia i redukujące autora do roli
kuglarza słów. Wielu współczesnych poetów wierzy, że projekcje ich umysłu mają
wartość autonomiczną. Tymczasem jej główną wartością jest zdolność do opisywania
autentycznych ludzkich doświadczeń w taki sposób, żeby czytelnicy czerpali z
tego piękno, nadzieję, poczucie sensu świata i własnej godności. Język jest
ważny jak glina dla garncarza, ale jeśli się go absolutyzuje, staje się jałowy.
Po drugie, całkowita eliminacja mowy wysokiej, która jest naturalnym językiem
śmierci, miłości, wiary. Po trzecie, kult oryginalności. Niektórzy sądzą, że uda
się im stworzyć coś zupełnie nowego. Ale oryginalność w literaturze osiąga się
nie przez błysk geniuszu, lecz przez wierność prawdzie. Trzeba wyruszyć w drogę
do źródeł polszczyzny po śladach dawnych poetów, zaczerpnąć stamtąd żywej wody,
a potem długo wracać, wydeptując własną ścieżkę, która miejscami łączy się z
innymi ścieżkami, potem znów biegnie sama… Ten powrót od przedwiecznego Słowa
do słowa poetyckiego to pisarska dojrzałość. Jacques Maritain mówił wprost:
"Tradycja i karność są prawdziwymi żywicielkami oryginalności".
Słusznie pani zauważyła, że społeczna rola poezji jest dziś kwestionowana przez
samych poetów. Sprowadzili oni twórczość do poziomu infantylnej gry towarzyskiej
dla garstki znajomych, najczęściej też piszących. Ich ideał wiersza to
inteligentny dowcip. Występując na różnych slamach i festiwalach, chcą przede
wszystkim błysnąć humorem. Dlaczego tak się dzieje? Poeci, najczęściej młodzi
mężczyźni, cierpią na te same choroby cywilizacyjne co ich rówieśnicy. Są słabi,
ociężali duchowo, boją się trudnych decyzji, uciekają od wielkich wyzwań, bo nie
wierzą, że mogliby im sprostać. Szczytem ich marzeń jest awans w środowiskowej
hierarchii, ewentualnie Nagroda Nike, czyli odpowiednik kariery w firmie. Bronią
tej swojej małej stabilizacji, zgodnie twierdząc, że dotarcie z wierszami pod
strzechy jest już niemożliwe. To oczywiście wykręt, bo ludzie wciąż potrzebują
poezji, zwłaszcza w kontekście dramatycznych doświadczeń prywatnych czy
wspólnotowych, takich jak smoleńska tragedia. Tyle że musi to być poezja pisana
krwią, wiarygodna, a do tego poruszająca problemy istotne nie tylko dla autora.
Żeby podjąć takie wyzwanie, młodzi twórcy musieliby mieć poczucie powołania,
nieskrępowaną wyobraźnię, odporność na szyderstwa, gotowość do zmierzenia się ze
skostniałymi formami polskiej kultury, sporo cierpliwości i trochę romantyzmu.
Do nabycia tych cech niektórym moim starszym kolegom wystarcza siła woli,
zakorzenienie w tradycji niepodległościowej albo w Herbertowskim etosie
inteligenta. Dla mnie kluczowa jest relacja z Bogiem, bez której nie byłbym
zdolny do zrealizowania żadnego marzenia.
Skoro rozmawiamy o współczesnej literaturze, z czego Pana zdaniem może
wynikać paradoks zalewu literatury opisującej rozkład – czy to ten pojmowany
dosłownie, czy też ten moralny, pod warunkiem jednak, że nie będzie zawierał
otwarcia na żadną inną perspektywę – przy jednoczesnej histerycznej ucieczce od
tematu śmierci, jeśli będzie to śmierć męczeńska, śmierć za Ojczyznę?
– Genezę tej "bebechowatości" doskonale opisał Witkacy jako skutek rewolucji
bolszewickiej. Odwracając się od metafizyki, twórca skupił się na opisywaniu
własnej egzystencji na poziomie fizjologii. "Niemyta dusza" straciła swój
"rozpęd do nieskończoności", a więc czynnik decydujący o człowieczeństwie.
Przedłużeniem tego nurtu jest współczesny "banalizm". Dzisiejsi "artyści"
uwielbiają babrać się w bebechach, licząc na zaszokowanie odbiorcy, natomiast
panicznie boją się duchowego rozwoju. Dlatego odrzucają perspektywę
eschatologiczną, która przenosi doświadczenie rozkładu na wyższy poziom i może
stać się początkiem zmiany. "Śmierć męczeńska", "śmierć za Ojczyznę" – te
wartości irytują, bo kłócą się z ideą powszechnego upodlenia, wyrywają ludzi z
letargu, tłumią zwierzęce popędy. Także sztuka, która – zgodnie ze słynnym
zdaniem Arystotelesa – "oczyszcza żądze", jest dziś przedmiotem agresji. Po
opublikowaniu "De profundis" wielokrotnie byłem oskarżany o "nekrofilię", choć
każdy wiersz w tym zbiorze jest dokumentacją zwycięstwa nad śmiercią. Choćby
"Wołyń 1943", gdzie historyczna fotografia poćwiartowanej dziewczyny zostaje
porównana do obrazu Fra Angelico "Zwiastowanie". Zbrodnicza machina tego świata
potrafi zniszczyć ciało, ale nie jest w stanie odebrać człowiekowi godności
ofiarowanej mu przez Boga. Tym, co drażni dzisiejszych krytyków, nie jest
naturalizm śmierci, ale przeciwnie – ukazanie jej jako części życia.
Pana tomik poezji "De profundis" powstał w szczególnym momencie, został
wydany w 2010 roku. Jest swoistym "Apelem Poległych". Przywołuje Pan w nim
tragiczne wydarzenia naszej historii, takie jak rzeź wołyńska czy mordy dokonane
na uczestnikach "powstania antykomunistycznego", jak nazywano działalność
żołnierzy NSZ czy WiN. Czy katastrofa smoleńska była momentem, kiedy ludzie ci
na nowo "stanęli do Apelu", jeszcze raz ogłosili gotowość do obrony Ojczyzny?
– Takie miałem doświadczenie w trakcie pisania. Odczuwałem niemal fizyczną
bliskość dawnych bohaterów. Przychodzili w milczeniu i ustawiali się w szeregu,
jakby obrona Ojczyzny razem z nami, żywymi, była dla nich oczywistością. Tym, co
szczególnie zwracało uwagę, był ich spokój. Nie przypominali zbłąkanych duchów z
"Dziadów" Mickiewicza, nie skarżyli się na swój los, nie dziwili się też temu,
co stało się w Smoleńsku. Biło od nich jakieś wieczne światło. Zrozumiałem, że
polskość, którą wspólnie niesiemy, jest niezniszczalna, błogosławiona przez
Boga. Trzeba tylko być jej wiernym. To samo dotyczy dawnych poetów, których
głosy rozpoznawałem na poziomie języka. Razem stanęliśmy na granicy śmierci,
między światem doczesnym a wiecznym, i nawoływaliśmy się jak ptaki nad
przepaścią. Było to doświadczenie tak sugestywne, że czasami traciłem pewność,
który głos dobiega ze współczesnej Polski, a który z zaświatów. Te niezwykłe
przeżycia sprawiły, że traktuję "De profundis" jako tom, który nie należy
wyłącznie do mnie. To raczej spisana w natchnieniu, wielogłosowa opowieść o
istocie polskości, wyrażenie tego, co jest wspólne nam wszystkim. Od momentu
wydania tej książki dostałem kilkadziesiąt listów i e-maili z podziękowaniami od
czytelników. Wielu z nich odnalazło w "De profundis" własną miłość do Polski,
bliskie sobie obrazy i metafory. Niektórzy płakali w trakcie lektury, uczyli się
fragmentów na pamięć. Dzięki tym wierszom i spotkaniom autorskim otworzył się
przede mną żywioł polskiego patriotyzmu. Spotkałem setki osób, którym nie trzeba
niczego tłumaczyć, bo – w odróżnieniu od krytyków – od dzieciństwa przechowują w
sobie ikonografię polskości. "De profundis" to literacka wykładnia tego, co
istnieje w ich sercach i wyobraźni.
Istnienie tej wspólnoty, przekraczającej nie tylko ramy przestrzeni, ale
i czasu, wzbudza ogromny sprzeciw. O czym, Pana zdaniem, świadczy trwająca w
Polsce od ponad półtora roku "walka z duchami", która oznacza również walkę z
Pana poezją? Walczy się z pamięcią o poległych, a nawet z materialnymi dowodami
tej pamięci, zawartymi często w symbolice światła. Znicze nagle stały się
śmieciami, a pochodnie – atrybutem faszystów.
– Duchy ciągną nas za rękaw, burzą święty spokój, przypominają o biografiach
przodków, zmuszają do opowiedzenia się wobec wspólnotowego doświadczenia. A
większość Polaków chce wegetować, czyli bogacić się i bezrefleksyjnie korzystać
z uroków życia. Światło trzeba zgasić, żeby nie odsłaniało grozy i wspaniałości
polskiego losu. Oprócz zniczy i pochodni nośnikami tego światła bywają wiersze,
stąd Agata Bielik-Robson na łamach "Rzeczpospolitej" już dwa tygodnie po
katastrofie smoleńskiej nazwała Rymkiewicza i mnie "cholernie niebezpiecznymi
poetami". Jestem przekonany, że uczestniczymy dziś w wielkiej wojnie
cywilizacyjnej, której stawką jest nie tylko przyszłość Polski, ale i Europy.
Nasi przeciwnicy chcą całkowicie wyrugować z kultury metafizykę, patriotyzm i
pamięć o dawnych Polakach. To nowe zjawisko, bo nawet komuniści, którzy
"redagowali" historię metodą białych plam, nie odważyli się wypowiedzieć
polskiej duszy wojny totalnej. Oczywiście, mówimy tu o głębszych przyczynach
"walki z duchami", bo np. dla obecnej władzy ma ona charakter ściśle
partyjniacki. Jej celem jest niedopuszczenie do ugruntowania mitu Lecha
Kaczyńskiego – zjawiska, które mogłoby zmienić preferencje wyborcze. Ci, którzy
próbują gasić światło, zapominają o jednym. Nasze znicze i wiersze nie płoną
ludzką mocą. Odpalamy je od Chrystusowego paschału. Dopóki tak jest, światło
będzie świecić w ciemności i ciemność go nie ogarnie.
Ci, którzy odeszli już do wieczności, także są z nami. W tomiku "De
profundis" nazywa Pan śp. Annę Walentynowicz "Panią Cogito". Czy Anna
Solidarność i Zbigniew Herbert, autor "Guzików" wraz z ich niemal profetycznym
wersem "i dymi mgłą smoleński las", są szczególnymi patronami tego ostatniego
czasu, jaki przeżywamy od 10 kwietnia 2010 roku?
– Powiem więcej: są wśród nas na Krakowskim Przedmieściu podczas każdej
smoleńskiej miesięcznicy. Patronami tych spotkań są bł. ks. Jerzy Popiełuszko i
bł. Jan Paweł II, a pośrednio także ks. Prymas Stefan Wyszyński. To prorocy
narodowego powstania, które – wierzę w to głęboko – doprowadzi do zbudowania
cywilizacji chrześcijańskiej, promieniującej na cały świat. Ich świadectwa, do
niedawna traktowane jako patetyczne albo niezrozumiałe, nagle stały się
zadziwiająco aktualne. Herberta właściwie trzeba dziś czytać na nowo, bo każdy
jego wiersz brzmi jak komentarz do polskiego życia po Smoleńsku. Bez niego i
Anny Walentynowicz nie potrafilibyśmy bronić spraw – po ludzku – przegranych. A
testament naszych wielkich duchownych nadaje temu wysiłkowi sens głębszy od
heroizmu. Jest zapowiedzią ostatecznego zwycięstwa nie tylko w niebie, ale już
tu, na ziemi.
"Jeszcze Polska nie zginęła, póki my giniemy" – tak zaczyna się napisany
przez Pana 10 kwietnia 2010 r. wiersz "In hora mortis". Czy oznacza on, że
Polska wciąż żyje, bo Bóg nadal uznaje ją za godną, żeby w jej imieniu przelewać
krew?
– Bóg bardzo kocha Polskę. Dlatego nie pozwala nam upodobnić się do innych
narodów europejskich. Wciąż z nami dialoguje, przeprowadza przez granicę
śmierci, żeby odsłonić głębię wieczności i wyzwolić nas z lęku. Ta miłość jest
trudna do wytłumaczenia, bo po wyjściu z komunizmu zasadniczo odwróciliśmy się
od Stwórcy, postanowiliśmy żyć po swojemu, odrzucając przygotowaną dla nas
historię. A jednak Bóg nieustannie widzi w nas potencjał, co wyjawił św.
Faustynie Kowalskiej: "Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie
woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która
przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje".
Czego, Pana zdaniem, dzisiaj, w listopadzie 2011 roku, wymaga od nas
Polska? Do czego zobowiązują nas – mówiąc Pana słowami – "wierne oczy
poległych"?
– Urodziliśmy się Polakami, żeby realizować nie tylko osobiste powołanie do
małżeństwa, kapłaństwa czy samotności, lecz także wspólnotową misję. Musimy
niezmiennie kochać wolność, stawać po stronie "poniżonych i bitych", czerpać z
romantycznej tradycji, stawiać sobie wielkie wyzwania, nie popadać w jałowy
konsumpcjonizm, bo – jak mówił Jan Paweł II – każdy z nas ma swoje Westerplatte.
Trzeba żyć na serio, w gotowości do poświęcenia życia dla Boga i Ojczyzny, tak
jak wcześniejsze pokolenia. Musimy być ofensywni: nie tylko bronić
niepodległości własnego państwa, ale także szukać wspólnych wartości z innymi
narodami, zwłaszcza w Europie Środkowej. Wreszcie musimy być pokorni wobec
własnej historii. Pamiętać, że nic, co się zdarza, nie dzieje się przypadkiem.
Dlatego nie wolno nam popadać w polityczną gorączkę, zniechęcać się przegranymi
wyborami, obrażać się na Boga, że nie dostosował się do naszego terminarza. To
my mamy dostosować się do Jego planu. Cierpliwie budować przestrzeń wolności
wokół siebie, a kiedy trzeba, stawać do walki, nie oczekując natychmiastowej
nagrody.
Dziękuję za rozmowę.
