Plany obronne dla Bałtów nie będą dla Moskwy dramatem
Z dr. Markiem Madejem, ekspertem ds. NATO oraz problemów bezpieczeństwa transatlantyckiego z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, rozmawia Łukasz Sianożęcki
NATO opracowuje strategiczny plan obronny dla państw bałtyckich, czyli Litwy, Łotwy i Estonii. Jaki jest główny cel takiego planu?
– Contingency Plan (CP) służy określeniu sposobu reakcji danej organizacji na wskazane w planie zagrożenie. Taki plan, choć jego konkretna treść jest niejawna, powinien określać, jakie jednostki zostaną użyte w danej operacji reagowania na zagrożenie, w jakim terminie, jaki będzie ogólny plan strategiczny całej operacji itp. Plany określają więc w tym wypadku, co konkretnie zamierza zrobić Sojusz w celu wykonania zobowiązań z art. 5 traktatu waszyngtońskiego w wypadku agresji lub innych działań stanowiących zagrożenie (jeśli tak określa plan, traktat waszyngtoński zobowiązuje do pomocy tylko w wypadku agresji) dla danego członka, w tym wypadku państw bałtyckich. Oprócz funkcji wojskowej plany ewentualnościowe pełnią funkcję polityczną – fakt, że są sporządzone, aktualne i zgodne z regułami sztuki wojskowej (wykonalne), uwiarygodnia zobowiązania sojusznicze (ale nie jest jedynym czynnikiem uwiarygodniającym).
Czy nie wystarczyłaby współpraca z tymi krajami na dotychczasowych zasadach obowiązujących wewnątrz Sojuszu?
– To zależy. Jak wskazywałem, CP nie są jedynym źródłem wiarygodności zobowiązań sojuszniczych, więc można bez nich funkcjonować, zwłaszcza jeśli się przewiduje nikłe zagrożenie lub brak zagrożeń dla bezpieczeństwa państw, których mogłyby dotyczyć. Jednak obecnie kraje bałtyckie uznają, że aktualne CP są im potrzebne, argumentując, że ich niepokój zwiększa obecna polityka Rosji. Poza tym to brak aktualnych CP jest odstępstwem od wcześniejszych praktyk Sojuszu, a nie odwrotnie (wciąż są np. plany reakcji na wypadek agresji na Norwegię). Wynikało to jednak z przekonania o braku zagrożeń militarnych wymagających tego rodzaju przygotowań do reakcji. Uznaje się bowiem, że ryzyko agresji zbrojnej na któregokolwiek członka Sojuszu jest tak odległe, że nie wymaga aż tak wysokiego poziomu gotowości, jak bardzo dokładne CP, i wystarczy ogólna deklaracja pomocy. NATO wychodzi z założenia, że gdy zagrożenie zacznie narastać, to przygotuje się odpowiednie plany, tymczasem ich utrzymywanie świadczyłoby o poczuciu zagrożenia i niepotrzebnie antagonizowało państwa spoza Sojuszu, zwłaszcza w tym wypadku Rosję i Białoruś, zwiększając w pewnej mierze nieufność i napięcie we wzajemnych relacjach. Nie można odmówić temu stanowisku sporej dozy słuszności, zwłaszcza że CP dotyczą z reguły zagrożeń stricte militarnych, które rzeczywiście są mało prawdopodobne, a nie reakcji na presję polityczną czy ekonomiczną, której stosowanie jest bardziej prawdopodobne. Reakcję na taką presję określa się w innych dokumentach, np. deklaracjach Rady Północnoatlantyckiej i praktyce organizacji, niekoniecznie w CP.
W wielu ostatnich wypowiedziach prominentni politycy rosyjscy dawali jasno do zrozumienia, że Gruzja i Ukraina należą do bezpośredniej strefy ich wpływów. Czy myśli Pan, że tak samo mogą wkrótce mówić o postsowieckich krajach nadbałtyckich?
– Mówić oczywiście mogą, aczkolwiek kraje bałtyckie – członkowie NATO i UE, mają inny status międzynarodowy niż „kraje pomiędzy”, takie jak Gruzja i Ukraina, nienależące do zachodnich organizacji. Poza tym Rosja w pewnym sensie już uznała „inność” statusu krajów bałtyckich, które przecież nie weszły w skład WNP. Tym samym teraz żądanie uznania jakiejś strefy wpływów w krajach bałtyckich byłoby dążeniem do jej rozszerzenia, a więc ekspansywnym. Także nawet w świetle rosyjskiej logiki strefy wpływów takie wypowiedzi byłyby wątpliwe i niezbyt uzasadnione (skoro wcześniej, np. w latach 90., nie widzieli tam strefy swoich wpływów, to dlaczego widzą ją teraz). Ale przede wszystkim sama logika stref wpływów jest niedopuszczalna i kraje NATO nie zamierzają jej akceptować, gdyż jej uznanie oznacza de facto zakwestionowanie suwerennych praw krajów zaliczonych do tej czy innej strefy wpływów do samodzielnego kształtowania własnej polityki, kwestionowanie ich suwerenności.
Rosja może się poczuć rozdrażniona deklaracjami tworzenia takiego planu?
– Rozdrażnienie to chyba nie najlepsze słowo. Oczywiście, Rosja uzna podjęcie prac nad CP, jak i informację o ich ewentualnej finalizacji, za kolejny, jej zdaniem, dowód agresywności NATO, a przynajmniej nieufności Sojuszu wobec niej. W polityce wewnętrznej może to być wykorzystywane do budowy wrażenia „wrogości” NATO wobec Rosji. Przypominam jednak, że CP to plany obronne – na wypadek, gdyby Rosja podjęła jakieś kroki wobec krajów bałtyckich; tym samym nie trzeba będzie ich używać, jeśli nie będzie naciskała lub groziła tym krajom. Tak więc używanie tych planów jako argumentu o wrogości NATO nie jest z logicznego punktu widzenia najlepsze. Ale polityka nie zawsze jest logiczna. Z drugiej strony Moskwa może też chcieć to wykorzystać jako argument przetargowy w negocjacjach z NATO, zgodnie z taką logiką: „Skoro wy przyjmujecie CP dla krajów bałtyckich, to my np. wzmacniamy naszą współpracę wojskową z Białorusią, przeprowadzamy ćwiczenia w odpieraniu ataków z terenów krajów bałtyckich itp., i nie możecie tego uważać za krok szkodzący relacjom Rosja – NATO”. Na poziomie wojskowym nie uzna jednak tego za zmianę dramatyczną i szczególnie istotną, mimo jej politycznego wymiaru.
Jakie mogą być wymierne korzy ści tego projektu dla Polski?
– Przyjęcie CP dla Bałtów umocni pozycję w Sojuszu krajów opowiadających się, jak Polska, za koncentracją na tradycyjnych zadaniach NATO. Poza tym CP dla Polski też wymagają solidnej aktualizacji, więc może się to odbywać równolegle i zwiększa zasadność postulatu polskiego o dokonanie takiej aktualizacji. Przyjęcie CP może też oznaczać przebazowanie jakichś jednostek państw natowskich do krajów wschodnich Sojuszu, budowę nowych baz i instalacji, także w Polsce. Zwiększy też wiarygodność zobowiązań sojuszniczych, co jest dla Polski priorytetem.
Dziękuję za rozmowę.
