Pismem Janickiego powinien zająć się prokurator

Z płk. Andrzejem Pawlikowskim, szefem Biura Ochrony Rządu w latach
2006-2007, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Z meldunku szefa prezydenckiej ochrony, sporządzonego po locie 2 maja 2008 r.
na trasie Skopie – Warszawa, wynika, że BOR kontestowało procedury zapięcia
pasów. W samolocie paliła się czerwona lampka, załoga nie zezwoliła na rozpięcie
pasów. Ochrona sugerowała, że pilot nie wyłączył kontrolki.

– Sam bardzo dużo latałem, zarówno z prezydentem Kaczyńskim, jak i z innymi
osobami ochranianymi. Nigdy nie zdarzyło się, żeby oprócz stewardes lub
stewardów, po zapaleniu się czerwonej kontrolki: proszę zapiąć pasy, zająć
miejsca, ktoś chodził po pokładzie samolotu. Wszyscy wykonywali polecenia
kapitana. Osobiście byłem tego świadkiem i mogę to potwierdzić. Z całym
szacunkiem, pan ppłk Olszowiec nie jest ekspertem w dziedzinie bezpieczeństwa
czy transportu lotniczego, nie był też dowódcą na pokładzie tego samolotu.
Jeszcze raz podkreślę: to kapitan decyduje o tym, kiedy pasażerowie mają zapiąć
pasy, kiedy swobodnie mogą poruszać się po pokładzie, jak również kiedy mają być
wydane posiłki. To, że w opinii pana ppłk. Olszowca nie było zagrożenia, bo lot
był wyrównany, o niczym nie przesądza, bo nie posiada on wiedzy z dziedziny
lotnictwa i nie dysponuje danymi na temat pogody, które ma pilot.

Ale na pokładzie doszło do incydentu Olszowiec miał obowiązek meldować?
– Napisał meldunek do gen. Janickiego, w porządku. Nie wiem, czy wynikało to z
powodów służbowych czy z niechęci pana ppłk. Olszowca do 36. SPLT. Jeśli jednak
prezydent był niezadowolony z danej sytuacji, to wykonałby na pewno telefon do
pana generała lub poprosił go o spotkanie i przedstawiłby swój punkt widzenia. Z
tego, co wiem, nie miało to miejsca. Załoga 36. SPLT, która nie zezwoliła na
rozpięcie pasów bezpieczeństwa, gdy paliła się czerwona kontrolka, zachowała się
właściwie.

Generał Janicki wysłał jednak pismo do gen. Błasika, w którym napisał, że
"dogmatyczne przestrzeganie zasad nie może godzić w potrzeby, oczekiwania i
interesy najwyżej usytuowanych w hierarchii państwowej osób".

– Jeśli pan generał napisał takie pismo, to według mnie zrobił niewłaściwie.
Rozumowanie pana generała łamie wszelkie zasady bezpieczeństwa. Kto jak kto, ale
pan gen. Janicki powinien dbać o bezpieczeństwo i przestrzegać zasad
bezpieczeństwa. Jestem wielce zdziwiony, że obecny szef Biura Ochrony Rządu gen.
Marian Janicki jawnie wręcz gani pana gen. Błasika, dowódcę Sił Powietrznych, za
to, że kapitan i załoga tupolewa zachowali się właściwie, przestrzegając
procedur bezpieczeństwa. Odbieram to jako nawoływanie do łamania przepisów i
zasad bezpieczeństwa. To pismo nadaje się do zbadania przez prokuraturę. To
niedopuszczalne, by szef Biura Ochrony Rządu, a więc dowódca jednostki, która
powinna dbać o bezpieczeństwo osób ochranianych, wytykał wysokiej rangi
oficerowi, że przestrzega przepisów ruchu lotniczego i przepisów bezpieczeństwa.

Można odebrać sentencję tego pisma jako wezwanie do łamania procedur
bezpieczeństwa?

– Oczywiście, że tak. Jak wiadomo, to kapitan statku powietrznego, w tym wypadku
samolotu Tu-154M, decyduje o wszystkim i rządzi na pokładzie. Zgodnie z
procedurami wszyscy pasażerowie, włącznie z panem prezydentem, muszą się do tego
dostosować. Chodzi bowiem o kwestie bezpieczeństwa, by nie stwarzać sytuacji
niepotrzebnego zagrożenia. Mogłoby bowiem dojść do nieprzewidzianych sytuacji, w
których osoby niezapięte w pasy narażałyby siebie i innych na utratę zdrowia, a
nawet życia.

Ale gen. Janicki tłumaczy dziś, że gen. Błasik źle go zrozumiał, bo sprawa
nie dotyczyła procedur lotniczych, a zachowania personelu lotniczego.

– Z pisma wynika co innego. A z przekazów medialnych słyszałem, że próbował w
prokuraturze obciążać gen. Błasika. By uciec od odpowiedzialności, obciąża nią
osoby, które nie są już w stanie same się bronić. Dla mnie jest ważny dokument,
nie to, co teraz twierdzi gen. Janicki. A pismo Janickiego do gen. Błasika mówi
wprost o odejściu od przestrzegania reguł bezpieczeństwa na pokładzie statku
powietrznego.

Jak zareagowałby Pan jako szef Biura Ochrony Rządu w przypadku podobnego
meldunku?

– Na pewno nie wystosowałbym takiego pisma do dowódcy Sił Powietrznych. Jeżeli
jednak już otrzymałbym taki meldunek od podległego mi funkcjonariusza, to na
pewno poprosiłbym dowódcę o wyjaśnienie opisanego zdarzenia na pokładzie
samolotu. Ale na pewno nie namawiałbym do łamania przepisów bezpieczeństwa.

Uważa Pan, że gen. Janicki nie potrafi ocenić realnego niebezpieczeństwa,
chyba dyskwalifikuje go to jako szefa BOR?

– Uważam, że wypadek z maja 2008 r. to kolejny przypadek, który dyskwalifikuje
gen. Janickiego. Boli mnie, gdy widzę i słyszę, co się dzieje w BOR, że nie są
zachowywane podstawowe procedury, które miałyby zapewnić bezpieczeństwo osobom
ochranianym. Tych przypadków, które dyskwalifikują gen. Janickiego, jest wiele,
począwszy od sytuacji gruzińskiej, poprzez Smoleńsk, skończywszy na
zabezpieczeniu wizyt pana prezydenta w różnych miejscach czasowego pobytu.
Wielokrotnie nieżyjący już kpt. Paweł Janeczek mówił mi, że ich współpraca z
Biurem Ochrony Rządu pod kierownictwem pana Janickiego przy bezpośredniej
ochronie pana prezydenta układa się bardzo źle. Kierownictwo BOR nie pozwalało
na wykorzystanie całego potencjału formacji do ochrony prezydenta.

Mówi Pan, że BOR źle zabezpieczyło wizytę w ubiegłym roku w Smoleńsku. To
samo jednak zarzucił panu Janicki, twierdząc, że zabezpieczenie przez Pana
wizyty w Katyniu w 2007 r. to jeden wielki skandal.

– Panie redaktorze, gen. Janicki kolejny raz mija się z prawdą. Wówczas strona
rosyjska odmówiła stronie polskiej pomocy przy realizacji zabezpieczenia tej
wizyty. Problemy miało wtedy zarówno MSZ, protokół dyplomatyczny, Kancelaria
Prezydenta, jak i Biuro Ochrony Rządu. Generał Janicki może opowiadać sobie
różne rzeczy, ale fakt jest taki, że musieliśmy wysłać do Rosji własny sprzęt,
własne samochody i własnych ludzi, żeby tę wizytę zabezpieczyć. Funkcjonariusze
BOR pojechali do Rosji i zrealizowali zabezpieczenie bez uszczerbku na życiu i
zdrowiu prezydenta. Według mnie, ta wizyta była bardzo dobrze przygotowana.
Proszę porównać fakty. Fakty bowiem są takie, że BOR pod moim kierownictwem
zrealizowało cel, dla którego formacja ta funkcjonuje – ochroniło prezydenta
Rzeczypospolitej Polskiej. Natomiast gen. Janicki tego celu nie zrealizował.
Podczas wizyty w 2007 r. wszystkie ochraniane osoby przeżyły, a w 2010 r. doszło
do katastrofy, więc nie wiem, jak można krytycznie ocenić zabezpieczenie wizyty
prezydenta w 2007 roku.

Kogo Pan wówczas informował, że Rosjanie odmówili współpracy? Prezydent
wiedział o tym, jakie były kroki zaradcze?

– Pani minister Fotyga poinformowała mnie telefonicznie o odmowie współpracy ze
strony rosyjskiej. Tak, pan prezydent wiedział o tym. Robiliśmy wszystko,
zarówno kanałami dyplomatycznymi, jak i poprzez bezpośrednie kontakty ze służbą
rosyjską, żeby oni w miarę możliwości, tyle, ile mogą, pomogli nam w
zabezpieczeniu tej wizyty. Zapewniali nas, że nam pomogą, że dadzą samochód
pancerny do dnia przed wizytą prezydenta. Zaraz po tym, jak dowiedziałem się od
pani minister Fotygi, że Rosjanie zaprzestają współpracy z nami i nie
zabezpieczą nam wizyty – ten fakt potwierdziłem szybko naszymi kanałami –
przeprowadziliśmy analizę, czy własnymi środkami będziemy mogli tę wizytę
zabezpieczyć. Chodziło o kwestię zorganizowania samochodów, transportu
funkcjonariuszy, którzy tam pojadą, włącznie z pirotechnikiem. Okazało się, że
byliśmy w stanie to zrobić, w ciągu kilku godzin zorganizowaliśmy transport i
funkcjonariusze pojechali do Smoleńska własną kolumną. Zrealizowaliśmy więc
samodzielnie wizytę głowy państwa polskiego w obcym kraju. Tego nie udało się
dokonać gen. Janickiemu, nawet przy "współpracy" ze stroną rosyjską. Może gen.
Janicki powinien skorzystać z doświadczeń właściwie i skutecznie zrealizowanego
zabezpieczenia wizyty głowy państwa na terenie Rosji w 2007 roku?

Generał Janicki zarzucił Panu, że posłał Pan do Rosji chorążego i kapitana,
którzy nie znali się na rzeczy, on zaś płk. Jarosława Florczaka, swego
najlepszego specjalistę.

– Nie wiem, na jakiej podstawie gen. Janicki twierdzi, że wysłałem do Rosji
funkcjonariuszy, którzy rzekomo nie znali się na rzeczy. Prosiłbym pana
Janickiego, aby raczej powstrzymywał się od obrażania doświadczonych
funkcjonariuszy BOR. Zapewniam pana, że na przygotowania i realizację działań
ochronnych wysyłałem doświadczonych funkcjonariuszy, których zadaniem było jak
najlepsze przygotowanie i zabezpieczenie wizyty pana prezydenta. Wyjazd oficera
wyższego rangą ma znaczenie w przypadku, gdy ma się on spotkać z wysokimi rangą
oficerami po stronie gospodarzy w grupie przygotowawczej. W 2007 r. nie było
takiej potrzeby, bo – jak mówiłem – strona rosyjska nie chciała w ogóle z nami
rozmawiać. Były wcześniej poczynione przygotowania, ale później Rosjanie
orzekli, że nie wezmą udziału w zabezpieczeniu tej wizyty. Sami musieliśmy
wszystko zabezpieczyć, począwszy od dostarczenia własnego transportu, poprzez
przelot samolotu, skończywszy na zabezpieczeniu lotniska i wylądowaniu. Na
miejscu była grupa zabezpieczająca wizytę, wśród której był również pirotechnik.
Grupa ta dokonała odpowiednich sprawdzeń i zabezpieczenia lotniska. Nie ma
znaczenia, czy pirotechnik był godzinę przed delegacją czy wcześniej. Tam nie
było jednak problemu z wejściem funkcjonariuszy na płytę lotniska.

Inaczej te fakty podaje "Gazeta Wyborcza", która w tekście "Katyń: dwie
wizyty" powołuje się na sprawozdania BOR z wizyty prezydenta Kaczyńskiego w
Katyniu w 2007 roku.

– Nie grubość teczki świadczy o przygotowaniu wizyty, tylko jakość jej
zabezpieczenia oraz efekt końcowy, najważniejsze jest jej skuteczne
zabezpieczenie. Na marginesie, wątpliwości budzi posłużenie się przez "Gazetę
Wyborczą" dokumentami zgromadzonymi w teczce opatrzonej klauzulami niejawności.
W związku z powyższym nasuwa się pytanie o sposób przekazania dokumentów
niejawnych "GW" przez Biuro Ochrony Rządu.

Szef BOR dostał niedawno drugą gwiazdkę generalską.
– Przede wszystkim pan gen. Janicki został powołany niezgodnie z obowiązującymi
przepisami prawnymi. Żeby zostać szefem Biura Ochrony Rządu, należy posiadać
wykształcenie wyższe drugiego stopnia i legitymować się tytułem zawodowym
magistra. W dniu powołania na stanowisko szefa BOR gen. Janicki miał tylko
ukończone studia inżynierskie pierwszego stopnia. Nie wiem, czy generałowi w
trakcie pełnienia funkcji szefa BOR udało się uzupełnić braki w wykształceniu i
uzyskać tytuł magistra. Na marginesie, chyba wszyscy obecni szefowie służb co
najmniej tytuł magistra posiadają. Przypuszczam, że pan premier został
wprowadzony w błąd przed podpisaniem jego nominacji. Od momentu jego powołania,
poprzez te wszystkie zdarzenia, które zaszły do dziś, gen. Janicki wypada bardzo
kiepsko. To nie jest tylko i wyłącznie moja opinia, podziela ją wielu
funkcjonariuszy, nawet tych obecnie pracujących w BOR. Ci ludzie są bardzo
niezadowoleni ze sposobu kierowania Biurem przez pana generała. Ostatnio
słyszałem, jak pan poseł Paweł Poncyljusz powiedział, że posiada informacje
bezpośrednio od funkcjonariuszy BOR, iż pan Janicki szykanuje osoby, które były
związane z poprzednim szefostwem, czyli ze mną, i zabezpieczaniem osób w czasie
rządów PiS, oddelegowując je na daleko wysunięte stanowiska zewnętrzne.

Janicki twierdzi, że nie ma takich procedur, które obligowałyby go do
legitymizowania się jakimś konkretnym typem wykształcenia.

– Pan generał ponownie mówi nieprawdę, albowiem w dniu powołania na stanowisko
nie posiadał tytułu zawodowego magistra. W rozporządzeniu ministra spraw
wewnętrznych i administracji z 4 września 2002 r. w sprawie wymagań, jakim
powinien odpowiadać funkcjonariusz Biura Ochrony Rządu na stanowisku szefa
komórki organizacyjnej lub innym stanowisku służbowym, wskazano wymagania, jakie
winien spełniać funkcjonariusz na stanowisku szefa BOR, i należy do nich m.in.
wykształcenie wyższe z tytułem magistra.

Czy między Panem a gen. Janickim dochodziło wcześniej do jakichś napięć?
– Nie, żadnych spięć między nami nie było, nigdy z panem Janickim nie byłem w
żadnym konflikcie.

Szef BOR twierdzi, że to on wprowadzał Pana do służby, a nawet trzymał przez
rok w tzw. dyspozycji, by mógł dostać Pan wysoką emeryturę.

– Panie redaktorze, zaprezentowana wypowiedź pana Janickiego na temat mojej
osoby to stek bzdur i kłamstw na poczekaniu wyssanych z palca, niemających
żadnego związku z rzeczywistością ani poruszanymi sprawami. Uważam, że świadczy
ona o ogromnej desperacji pana Janickiego i braku argumentów mogących zaprzeczyć
moim wcześniejszym opiniom. Oparte są one bowiem na obowiązujących regulacjach
prawnych oraz doświadczeniu. Jednak postawa gen. Janickiego mnie nie zaskakuje,
gdyż to nie pierwszy raz pan Janicki w ten jakże nieetyczny i niegodny oficera
sposób atakuje osoby nie zawsze zgadzające się z jego niektórymi dotychczasowymi
działaniami. O ile mi wiadomo, to żyjemy w wolnym i demokratycznym kraju, gdzie
każdy obywatel ma prawo wyrażania swej opinii i nie wszyscy muszą się akurat z
tą opinią zgadzać. Ale róbmy to w sposób kulturalny i cywilizowany. To, co
osiągnąłem do tej pory w życiu zawodowym, zawdzięczam ciężkiej i uczciwej pracy.

Inaczej twierdzi szef BOR.
– Janicki uważa, że mnie trzymał przez rok w dyspozycji. To nie on mnie trzymał,
tylko musiał się podporządkować decyzji ministra przenoszącej mnie do
dyspozycji. Zgodnie z ustawą o BOR funkcjonariusze, którzy odchodzą lub są
odwołani ze stanowiska, przenoszeni są do dyspozycji na rok. Pragnę zwrócić
uwagę, że też byłem szefem BOR i też przenosiłem funkcjonariuszy do dyspozycji
na dwanaście miesięcy. W mojej dyspozycji był także gen. Janicki. Nie jest
również zrozumiałe stwierdzenie gen. Janickiego, że "załatwił" mi emeryturę.
Emeryturę, jak każdy funkcjonariusz, pobieram z Zakładu Emerytalno-Rentowego
MSWiA, a nie z Biura Ochrony Rządu. Wypowiedź pana gen. Janickiego budzi moje
zatroskanie także dlatego, że w jego ocenie emeryturę można "załatwić".

Ale słowa, które wypowiedział Pan w ostatniej rozmowie z "Naszym
Dziennikiem", miały zbulwersować – jak twierdzi Janicki – również Pana kolegów z
BOR.

– Generał Janicki mówi, że koledzy z BOR źle odnieśli się do wywiadu. Ja mam
inne sygnały. Dzwonią do mnie zwykli funkcjonariusze, którzy na co dzień
borykają się z trudem i pracą w Biurze Ochrony Rządu. Powiem szczerze, ci ludzie
dziękują mi, że w końcu ktoś powiedział prawdę o gen. Janickim. Powodowała mną
troska o dobre imię formacji, która – pomimo błędów popełnionych przez jej
kierownictwo – nie zasłużyła na niskie oceny. Uważam, że milcząc, zgadzałbym się
z metodami stosowanymi przez obecne kierownictwo BOR. A na to zgody z mojej
strony nie ma.

Janicki był kiedyś Pana przełożonym?
– Nie był moim przełożonym – z wyjątkiem przebywania w dyspozycji – bo nigdy nie
służyłem w pionie logistyki. Ja nie szukam rozgłosu, to pani redaktor Anna
Ambroziak z "Naszego Dziennika" zwróciła się do mnie z pytaniem, a nie
odwrotnie. Reakcja Janickiego świadczy o tym, że pytając mnie o opinię, uderzyli
państwo w czułe punkty aktualnego kierownictwa Biura Ochrony Rządu i to ich
mocno zabolało. Oni się obawiają, bo są świadomi niedopełnienia obowiązków
służbowych przy zabezpieczeniu wizyty prezydenta w Smoleńsku. Zdają sobie sprawę
z nadużyć ze strony BOR podczas interwencji 10-11 kwietnia 2011 roku. Wiedzą, że
wypowiada się o tych sprawach ekspert. Po wtóre, takiej formacji, jaką jest
Biuro Ochrony Rządu, nie służy medialna frenetyczna nadaktywność jej szefa i
prezentowanie przez niego różnych, często nieprawdziwych i wewnętrznie
sprzecznych treści. Nie może być tak, aby aktywność medialna zastępowała
aktywność w realizacji służbowych zadań. Słusznie zatem powiedział gen. Polko,
że byłoby lepiej, gdyby gen. Janicki nie opowiadał, że w kwestii Smoleńska nie
ma sobie nic do zarzucenia. Wielu ekspertów, generałów, oficerów wyższej rangi
mówi jednym głosem, że było wiele zaniechań, były niedociągnięcia, zaniedbania.
Mówię tu o kwestiach samego przygotowania wizyty, jak również o rozmowie gen.
Janickiego z panem płk. Florczakiem, w której rzekomo przedstawił szefowi BOR
swoje niepokoje, a ten je zbagatelizował. To nie jest tak, że mówi o tym tylko
Pawlikowski czy gen. Petelicki, lecz wszyscy ludzie znający się na rzeczy
przedstawiają te same argumenty. Generałowi Janickiemu wydawało się, że dzięki
występom medialnym w TVN 24 czy w "Gazecie Wyborczej", gdzie przedstawiał swoje
działania przed 10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku w dobrym świetle, nikt nie
będzie stawiał mu zarzutów, że może prokuratura nie dopatrzy się żadnych
uchybień. Ale to czyny, nie słowa świadczą o człowieku. Tu chodzi o ogromną
tragedię narodową. Niestety, zginął prezydent, a wraz z nim obywatele państwa
polskiego. Mogłoby do niej nie dojść, gdyby wszystkie procedury wykonano
należycie.

Generał Janicki powiedział, że to, co amerykańskie służby mówiły o pracy BOR
przy zabezpieczaniu wizyty prezydenta Obamy, to "miód na serce".

– To pan generał tak twierdzi. Nie słyszałem, aby Amerykanie czy ktokolwiek inny
poza generałem tak mówili w mediach publicznie. Pan generał zdaje się wyznawać
zasadę: "Nikt mnie nie chwali – to sam się pochwalę".

Dziękuję za rozmowę.

drukuj