Pieśń i piosenka
Ewa Polak-Pałkiewicz
„Polska międzywojenna to także wielkie sukcesy w kulturze…” – zauważył prezydent Lech Kaczyński w przemówieniu podczas uroczystej gali w rocznicę odzyskania niepodległości, wymieniając zasługi dwudziestolecia. Trudno ukryć, że na ten temat – w takim dniu – chciałoby się usłyszeć więcej, dużo więcej.
To właśnie kultura tamtej Polski – obok entuzjazmu towarzyszącego odbudowie państwowości i postawy służby wobec Ojczyzny łączącej wszystkie stany – jest tym, co tak bardzo ją wyróżnia; sprawia, że Polacy niezależnie od różnic politycznych związanych z sympatiami do tego czy innego międzywojennego polityka są w jakiś sposób tamtą Polską zafascynowani.
Kultura tak różna od tej, która została zadekretowana w 1945 roku na naszych ziemiach. Bezlitośnie, krok po kroku, narzucano ją wszystkim instytucjom, całemu oficjalnemu życiu państwa przez propagandę i najgorsze wzorce czerwonych komisarzy, brutalnych cenzorów prawdziwej kultury. Kultury odziedziczonej po przodkach, którzy szczycili się wspaniałymi osiągnięciami w tej mierze. Kultury tworzonej przez artystów o światowym rozgłosie i przechowywanej ze czcią w domach rodzinnych. Tchnienie tej kultury, w czasach międzywojnia, przeniosło się także do instytucji. Promieniowało nią radio, teatr, film, jej duch towarzyszył codziennej prasie i wydawnictwom książkowym, szkołom i uniwersytetom. Dziś, po wielu latach, jest ona nadal dla wielu z nas ważnym punktem odniesienia. Jest jakimś wspaniałym ideałem, prawdziwą Ojczyzną, o której myśli się ze wzruszeniem, szacunkiem, podziwem – choć współczesnym pokoleniom jest znana dość pobieżnie, jedynie z lektur, podniszczonych kopii przedwojennych filmów, skąpo z teatru, a najobficiej z rodzinnych przekazów. I z powodu rangi, jaką ma w naszej świadomości tamta kultura – której nie należy mylić z sentymentem, bo jest czymś daleko więcej – gotowi jesteśmy spierać się do upadłego, czy dzisiejsze formy świętowania rocznicy niepodległości są wystarczająco godne. Czy nie urągają naszej pamięci i miłości do owej wysokiej – zapewne częściowo we wspomnieniach wyidealizowanej – kultury codziennego życia oraz życia artystycznego, stanowiącej tak istotne podglebie całego dorobku II Rzeczypospolitej.
W miejsce patosu…
Kontrowersje są w tej sytuacji czymś naturalnym. Trudno sobie wyobrazić, że mogłoby ich nie być. Wzbudziła je ostatnio owa gala w Teatrze Wielkim w Warszawie, transmitowana przez telewizję. Nie przez fakt zbojkotowania jej przez Donalda Tuska, bo jego maniery, prezentowane dobitnie w oficjalnych sytuacjach, stanowią część – wypracowywanego starannie w laboratoriach – wizerunku; pan premier już nie jest w stanie nikogo niczym zaskoczyć. Kontrowersje wynikały z koncepcji programowego uniknięcia patosu w rocznicowym koncercie. Podniosłość, uroczysta tonacja zostały zastąpione przez prostotę, współczesne brzmienie i lżejszy, popularny repertuar. Hymn państwa był zaprezentowany jako wdzięczny mazurek, nie było poloneza ani marsza – poza wplecionymi przez wirtuozerskie popisy dwóch pianistów motywami „Pożegnania Ojczyzny”. Pieśni legionowe, w zaskakujących nowoczesnych interpretacjach, mieszały się z piosenkami z czasów PRL zaśpiewanymi bezpretensjonalnie (poza popisem Ireny Santor). Stroje wykonawców programowo ascetyczne, pozbawione ozdób – znów wyjątkiem był przerysowany, kabaretowy kostium Maryli Rodowicz, dostosowany do jej charakterystycznej, na granicy tragizmu, interpretacji piosenki „Ty to masz szczęście”. Całość, pozbawiona scenicznych i estradowych blasków, do których przyzwyczaiła nas telewizja, kojarzyła się bardziej ze zgrzebnym realizmem krwawej, nieupoetyzowanej walki o Polskę, o każdy dom i drzewo niż z fanfarami, dzwonami katedr czy np. z parkietem, na którym kręcą się eleganckie pary w przedwojennych tangach i walcach, by świętować niepodległość w radosnym nastroju. Bardziej z okopami, ich kurzem i pyłem, i z dramatem samotnych w walce niż ze świętem, towarzyszącym mu szampanem, wzniosłością. Wyraźnie w zamierzeniu miał być to hołd złożony anonimowym często bohaterom, walczącym z determinacją, ale i często tragicznie niezrozumiałym przez własnych braci. Zrezygnowano nawet z symbolicznego nawiązania do malowniczej „wojenki”, płócien Kossaka i ułańskiej fantazji. Czy słusznie? – o to można się spierać, i ten spór może być twórczy i niebanalny.
…zakradł się banał
Miało być tu miejsce i dla „opatrującego wóz Drzymały”, i dla „dumnych wierszy”, które „pisał Norwid”. Autorzy koncertu mieli zamysł wyrazisty i na swój sposób bardzo ciekawy, odchodzący programowo od koturnowości świętowania rocznic, bliższy chęci wypowiedzenia, bez ogródek, nawet twardo i drapieżnie, prawdy o konkretnym człowieku. Szkoda, że nie wytrwali przy nim do końca. Gdyby nie zabrakło im konsekwencji, mogłoby mieć w Polsce miejsce wydarzenie wielkiej miary artystycznej. Niestety, tak jak to dzieje się przy niedopracowanych estradowych składankach – gdzie idzie się na kompromisy z powodów trywialnych lub osobistych – pomiędzy bardzo dobre autorskie wykonania piosenek i pieśni przez artystów o fantastycznych głosach i wielkiej kulturze, artystów, którzy są naprawdę chlubą polskiej muzyki (Edyta Geppert, Ryszard Rynkowski, Maciej Miecznikowski – brawurowe wykonanie „O mój rozmarynie…”) wkradł się banał, by nie nazwać tego mocniej (przy takich okazjach jak świętowanie niepodległości warto jednak oszczędzić sobie bardziej gorzkich słów). Przywiązanie do wspomnień z PRL-u, może chęć skłonienia się w kierunku jakiegoś obecnego na sali dygnitarza, okazały się ważniejsze niż czystość formy. Zaprogramowany ascetyzm został nieszczęśliwie przełamany kiczem telewizyjnym – pomińmy nazwiska, zwłaszcza że wina spada w tym wypadku na autorów koncepcji, nie na wykonawców.
A mogło być naprawdę ciekawie
Mimo trudnej, zapewne dla wielu nieoczekiwanej nowości – gdy większość ludzi spodziewa się w rocznicowym świętowaniu klimatów dobrze znanych, ciepłych, nostalgicznych, w których dobrze się czują, bo niosą im one coś obliczalnego, powtarzalnego, i to zapewne jest także wielka wartość – gala mogła się udać.
Poszukiwanie nowych formuł, dobrze pojęta nowoczesność – byle na wysokim poziomie artystycznym – jeśli jest prawdziwa, niekoniunkturalna, stanowi wyjście ku ludziom odnajdującym się w nowym języku sztuki, często niepotrafiących nawiązać kontaktu z dawnymi konwencjami artystycznymi, i jest czymś cennym. Nie tu zatem, w odejściu od sztywnych zasad, leży problem.
Polakom najbardziej brakuje konsekwencji – mawiają nieraz cudzoziemcy, podziwiając nasze talenty, inteligencję, pracowitość, niezłomność w obronie zasad etc. Konsekwencji w sprawach pozornie mniejszej wagi. A jednak to one często decydują o tym, czy dobrze czujemy się „we własnej skórze”, czy uważamy w głębi duszy, że jest nam z polskością „do twarzy”, czy też jest ona kulą u nogi, worem pokutnym, który nosimy z niechęcią, z żalem do siebie i całego świata. Zadowolonym z siebie, dumnym z własnej polskości można być także wtedy, gdy patrzy się na doskonałą pod względem artystycznym aranżację rocznicową.
„Wielka gala”, która mogła tu wiele dobrego uczynić, stając się świętem sztuki, odświeżającym przez prawdę zawartą we wszystkich detalach, pozostała widowiskiem, które oglądało się z mieszanymi uczuciami.
