Parulski – strażnik smoleńskiej pieczęci
Generał Krzysztof Parulski jest prawnikiem od ponad 30 lat. Kim jest
prokurator, który nie dość, że skrytykował prokuratora generalnego, to jeszcze
zyskał ciche wsparcie Bronisława Komorowskiego?
Parulski studiował na wydziale prawa Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.
W 1981 r. ukończył również Centrum Szkolenia Oficerów Politycznych – Szkoły
Oficerów Podchorążych Rezerwy w Łodzi im. Ludwika Waryńskiego (kurs w tej szkole
ukończył także Janusz Kaczmarek, były szef MSWiA). Szkoła ta kształciła
politruków, najbardziej zaufaną kadrę oficerską, która indoktrynowała żołnierzy.
W 2007 r. Parulski wydał oświadczenie w tej sprawie. Twierdził, że 1980 r.
zapisał się do "Solidarności", w tym roku skończył studia i rozpoczął aplikację
sądową, którą przerwało powołanie do wojska: "Nie byłem działaczem politycznym
ani partyjnym ani wówczas, ani w późniejszym okresie".
Jednak w wypowiedzi dla "Gazety Wyborczej" z 2002 r. odmiennie wspominał tę
decyzję, według tej wersji, sam zdecydował się na wybór prokuratury: "Dostałem
się na dwie aplikacje – sędziowską i prokuratorską. Wybrałem tę pierwszą i
trafiłem do ówczesnego Sądu Wojewódzkiego. Stwierdziłem po trzech latach, że
zawód sędziego nie do końca mi odpowiada. Ojciec był oficerem, stąd chyba miłość
do munduru".
Prokurator od lotnictwa
Faktem jest, że na samym początku stanu wojennego, w 1982 r., Parulski rozpoczął
służbę wojskową w Prokuraturze Wojsk Lotniczych w Poznaniu. Rok później zdał
egzamin prokuratorski, a w 1985 r. otrzymał nominację prokuratorską.
W prokuraturze wojsk lotniczych służył aż do 1996 roku. Przez tak długi okres
badał także wykroczenia, przestępstwa, błędy, wypadki w lotnictwie (np. zajmował
się kolizją w 1991 r. MIG-ów 21 w Tarnowskich Górach oraz katastrofą "Iskry"
podczas Święta Niepodległości w 1998 r.). Dlatego musiał nabyć doświadczenia,
rutyny i fachowej wiedzy z tej dziedziny. Co więcej, powinien również dokładnie
znać polsko-rosyjskie porozumienie z 1993 r. o lotach samolotów wojskowych i
badaniu katastrof lotniczych. Tymczasem podczas badania katastrofy smoleńskiej
polscy prokuratorzy pod jego kierunkiem nie zabezpieczyli np. miejsca, oddali
Rosjanom kluczowe dowody.
Po likwidacji prokuratury wojsk lotniczych Parulski był zastępcą wojskowego
prokuratora garnizonowego w Poznaniu. W latach 2003-2005 zajmował stanowisko
wojskowego prokuratora garnizonowego w Warszawie, potem wrócił do Poznania.
W 2002 r. został prezesem Stowarzyszenia Prokuratorów RP, pełnił również funkcję
redaktora naczelnego kwartalnika "Prokurator". Uczestniczył w pracach nad
kodeksem etycznym Stowarzyszenia. Starał się nie antagonizować z prawicą.
Jeszcze przed wyborami w 2005 r. wskazywał, że postulaty PiS w wymiarze
sprawiedliwości są "bardzo zbliżone do naszego programu. Z jednym niestety
wyjątkiem – utrzymania funkcji ministra-prokuratora generalnego. Ten model w
warunkach polskich zupełnie się skompromitował".
Zła kondycja prokuratury? Parulski: Nie!
Sytuacja zmieniła się po przejęciu władzy przez PiS. Parulski negatywnie odnosił
się do rządowych propozycji: "Kołem zamachowym ostatnich zmian jest teza, że
prokuratura jest w bardzo złej kondycji. Ja się z tym nie zgadzam".
Krytykował wypuszczenie z aresztu mężczyzn podejrzanych o lincz we Włodowie.
Twierdził, że był to przykład sterowania przez świat polityki działaniami
prokuratury, dlatego domagał się rozdzielenia funkcji ministra sprawiedliwości i
prokuratora generalnego.
Krytycznie odnosił się do nowych nominacji w prokuraturach: "Prawdopodobnie
nominacje tych ludzi okazały się nietrafione i środowisko dało teraz temu swój
wyraz".
Kiedy koalicja rządowa przyjęła nowelizację ustawy o prokuraturze pozwalającą
delegować cywili do prokuratury wojskowej, Parulski pytał: "Jakie społeczne
racje za tym stoją, skoro istniejące już przepisy na to pozwalają?". Nie
wystarczały mu argumenty, że doprowadzi to do uelastycznienia skostniałej
struktury. Parulski odpowiadał: "Prokuratorzy wojskowi zostaną zepchnięci do
roli pariasów. Cel nowelizacji jest niejasny i pozorowany. Mogę się domyślać, że
chodzi o stanowiska dla ludzi z politycznego nadania, bo zmian kadrowych poza
odejściami w prokuraturze wojskowej dotąd nie było".
Postawa Parulskiego była de facto protestem przeciwko przeprowadzeniu
gruntownych zmian w prokuraturze.
Wybiórcza krytyka "partyjnych programów"
Jednak prawdziwą wojnę z kierownictwem Ministerstwa Sprawiedliwości wywołał apel
Stowarzyszenia Prokuratorów z 23 czerwca 2007 roku.
Organizacja Parulskiego jednoznacznie oceniła sytuację w kraju: "Jesteśmy
prokuratorami Rzeczypospolitej Polskiej, a nie partii, rządów czy ministrów. Dla
kariery nie ulegajmy politycznym naciskom. Nic nie może zdjąć z prokuratorów
obowiązku pracy rzetelnej, obiektywnej, opierającej się wyłącznie na przepisach
ustawowych, bezstronnej i wolnej od spełniania politycznych czy partyjnych
oczekiwań. Takiej też prokuratury oczekuje społeczeństwo. Stąd krytyczne oceny
wszelkich działań lub zaniechań, które sytuują prokuraturę w roli wykonawcy
partyjnych programów i politycznych decyzji".
W rozmowie z "GW" Parulski twierdził, że apel nie miał związku z polityką, ale
jednocześnie negatywnie oceniał podjęte zmiany: "Wszyscy obserwujemy życie
publiczne i widzimy m.in. wybiórczo prowadzone postępowania, zmiany ustawy o
prokuraturze, zmiany na stanowiskach prokuratorów wojewódzkich czy
apelacyjnych".
W dodatku organizacja Parulskiego wskazywała, że rządowe zmiany prawa o
prokuraturze "prowadzą do patologii i nadużyć tej instytucji. Godzą wręcz w
niezależność prokuratorską". Jednak minister Zbigniew Ziobro sugerował, że
"uchwała do prokuratorów była zemstą Parulskiego za to, że miał stracić
stanowisko".
Po publikacji apelu prokuratura wojskowa wszczęła wobec Parulskiego postępowanie
dyscyplinarne, czy sygnatariusze dokumentu nie przekroczyli swoich uprawnień.
Jednak on sam złożył wypowiedzenie z pracy. Tłumaczył: "Bo chodzi o honor".
Potem jeszcze bardziej zintensyfikował apele o rozdzielenie stanowiska
prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości, przedstawiał propozycje
bardzo zbliżone do obecnych przepisów.
Pochwały dla SLD
Po wyborach w 2007 r. już bez żadnych zahamowań Parulski mówił "o naruszaniu
standardów niezależności prokuratorów w ostatnich dwu latach". Określił mianem
hańby zmiany w tych instytucjach: "Mamy w prokuraturze krajobraz po burzy.
Zburzone zostały więzi między prokuratorami, szacunek dla przełożonego. Zaczęło
się od totalnej wymiany kadry (…). Ta gremialna wymiana kadry kierowniczej, i
to w haniebnym stylu, gdy ludzie o odwołaniu dowiadywali się z faksu lub z
gazet, naruszała godność ludzi".
Już wtedy padały słowa o konieczności powołania komisji śledczej w tej sprawie.
Jako pozytywne przykłady Parulski podawał czasy SLD, w których nie było
nacisków: "Od 2003 r. mieliśmy ten luksus, że prokuratorami generalnymi były
osoby ze środowiska prawniczego, np. sędzia Barbara Piwnik, która nie ingerowała
w postępowania. (…) Był Grzegorz Kurczuk (SLD). (…) To były epizody. Nie
było całej machiny nacisków. Był Andrzej Kalwas, który w ogóle nie ingerował w
śledztwa. To lata rozkwitu prokuratury".
Za epizody uznał aferę Rywina czy zatrzymanie prezesa Orlenu Andrzeja
Modrzejewskiego. Nie odniósł się do innych afer, np. paliwowej, w którą mieli
być zamieszani niektórzy prokuratorzy.
Oskarżenia o mobbing
W listopadzie 2007 r. Parulski został powołany przez nowego ministra Zbigniewa
Ćwiąkalskiego w skład zespołu ekspertów, który miał opracować koncepcję
rozdzielenia funkcji ministra i prokuratora generalnego. Projekt zmian zakładał
również wprowadzenie kadencyjności prokuratorów funkcyjnych. Parulski nie
ukrywał, że będzie dążył do zmian personalnych. Mówił: "Zakładamy pełną wymianę
kadry".
Parulski wycofał też swoje wypowiedzenie z prokuratury wojskowej, a w lutym 2008
r. premier Tusk powołał go na stanowisko naczelnego prokuratora wojskowego.
Wkrótce w jego instytucji zaczęły się zmiany kadrowe. Początkowo dotknęły
prokuratorów zajmujących się sprawą Nangar Khel, a potem również tych, którzy
trafili do prokuratury wojskowej za czasów ministra Ziobry. W 2009 r.
"Rzeczpospolita" informowała, że dwóch prokuratorów, Grzegorz Ocieczek i Tadeusz
Tuszyński, odchodzi z pracy. Natomiast trzeci, Jarosław Hołda, złożył
zawiadomienie w sprawie mobbingu ze strony przełożonych do ówczesnego
prokuratora generalnego Andrzeja Czumy.
Śledczy bezpośrednią odpowiedzialnością za mobbing obciążali właśnie szefa
Naczelnej Prokuratury Wojskowej Krzysztofa Parulskiego. Twierdzili, że działał
tak, by sami rezygnowali z pracy. Jeden z zarzutów dotyczył celowego
nieprzydzielania żadnej pracy. Cywilni prokuratorzy ponad rok czekali na
przydział służbowych komputerów. Delegowano ich też do prokuratur niższego
szczebla i cofnięto im zgody na zamieszkiwanie poza siedzibą miejsca pracy oraz
zgodę na przejazdy do miejsca zamieszkania I klasą, choć inni prokuratorzy
posiadali ten przywilej. Parulski nie komentował treści zawiadomienia, jedynie
potwierdził, że wpłynęło. Tymczasem po złożeniu przez Hołdę zawiadomienia
wszczęto wobec niego postępowanie dyscyplinarne. Dwa lata później podobnym
szykanom został poddany prokurator Marek Pasionek, który ostał się w
prokuraturze wojskowej i nadzorował śledztwo smoleńskie.
Według doniesień medialnych, Parulski miał mieć także problem z zaakceptowaniem
sytuacji, w której jego podwładny – zastępca szefa NPW gen. Zbigniew Woźniak –
miał wyższy stopień wojskowy niż on. Lech Kaczyński odmówił nominacji
generalskiej dla Parulskiego, dopiero Bronisław Komorowski podpisał wniosek w
sprawie jego awansu.
Smoleńska "jawność"
Po katastrofie smoleńskiej Parulski miał wielką szansę rozpocząć nowy etap
działalności, intensywnym śledztwem mógł zmyć z siebie odium komunistycznego
prokuratora posłusznego woli partii oraz przeciwnika zmian w prokuraturze.
Już dwie godziny po katastrofie prokurator generalny Andrzej Seremet na wniosek
ministra sprawiedliwości powołał zespół prokuratorów do wyjaśnienia tej
tragedii. Jej szefem został właśnie Parulski, który bezpośrednio kierował grupą
polskich prokuratorów w Smoleńsku.
W nocy z 10 na 11 kwietnia Parulski uczestniczył w naradzie prokuratorów
rosyjskich. Przedstawiciele polskiej prokuratury zgodzili się ze stroną
rosyjską, że nie trzeba domagać się zbadania innych wersji niż błędy pilotów i
obsługi naziemnej, pogoda i stan techniczny samolotu. Polscy prokuratorzy
przyjęli stwierdzenie Rosjan bez odpowiedzi.
Tej samej nocy Parulski brał udział w oględzinach zwłok śp. prezydenta Lecha
Kaczyńskiego. Po jakimś czasie lekceważąco odpowiadał na głosy słusznego
oburzenia dotyczące niegodnego potraktowania ciała śp. Lecha Kaczyńskiego: "Gdy
przybyłem na miejsce, ciało prezydenta było na noszach, przykryte białym
płótnem. Leżało w rzędzie innych zwłok wydobytych z miejsca zdarzenia. (…) Nie
można powiedzieć o jakichś zaniżonych standardach". Tymczasem okazało się, że w
czasie procedury badania zwłok śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, w której
uczestniczył Parulski, na stole sekcyjnym znajdowały się szczątki ciała innej
osoby z fragmentem munduru generalskiego.
Już na początku śledztwa doszło do wyraźnych różnic w przekazie Parulskiego i
Seremeta. Seremet zapowiadał ujawnienie treści rozmów z kabiny pilotów. Mówił,
że chce, by prokuratura "zachowała maksymalną jawność" śledztwa, aby ujawniona
została cała "prawda o przyczynach i przebiegu tej katastrofy”. Natomiast
Parulski dawał do zrozumienia, że tylko on jest uprawniony do informowania.
Według niego, śledztwo najpierw muszą skończyć Rosjanie, a polscy prokuratorzy z
analizą wszystkich istotnych dowodów – zwłaszcza czarnych skrzynek, szczątków
samolotu – muszą czekać na formalne przekazanie ich przez Rosjan. Parulski
dodawał: "O ujawnieniu najchętniej bym mówił po zakończeniu śledztwa”.
Klucz do 17 sekund
Parulski wielokrotnie udawał się do Moskwy. Pod koniec maja 2010 r. uczestniczył
w podpisaniu w Moskwie przez ministra Jerzego Millera polsko-rosyjskiego
memorandum o przekazaniu Polsce zapisów czarnych skrzynek. Na podstawie tego
dokumentu polskie czarne skrzynki zostały przekazane Rosjanom na nieograniczony
czas.
To również Parulski posiadał klucz do sejfu w MAK, gdzie przechowywane są
oryginalne taśmy trzech rejestratorów pokładowych tupolewa. Był upoważniony do
otwierania i zamykania sejfu, potem znowu go pieczętował. Stemplował swoją
pieczęcią sejf, w czasie pobytów w Moskwie sprawdzał pieczęć – dlatego nazywany
był "strażnikiem pieczęci". Parulski nie stwierdzał naruszenia pieczęci. Jednak
zadziwiające jest, dlaczego kilka razy musiał ponownie zgrywać zapisy czarnych
skrzynek. W tym celu po raz kolejny poleciał z ministrem Millerem do Moskwy w
czerwcu 2010 roku. Okazało się, że na kopiach brakowało 17 sekund nagrania.
Oficjalnie tłumaczono, że miał nastąpić tzw. rewers, przez moment taśma zaczęła
biec w nieco innym tempie i nie było wiadomo, czy nagranie jest dokładne. Potem,
w sierpniu, ponownie badał w MAK czarne skrzynki. Mówił, że musi je znowu
sprawdzić z "przyczyn technicznych”.
Rozgrywka z prokuratorem Pasionkiem
W maju 2010 r. prokurator generalny Andrzej Seremet wpłynął na to, żeby śledztwo
smoleńskie nadzorował Marek Pasionek, jedyny cywilny prokurator w wojskowej
prokuraturze okręgowej. Wcześniej był bliskim współpracownikiem ministra
Zbigniewa Wassermanna. Prokurator Pasionek prowadził czynności w Moskwie i w
Smoleńsku. Badał miejsce katastrofy, dokonywał oględzin szczątków. Za te
czynności był sekowany, w czasie wyjazdu do Moskwy zwlekano z oficjalnym
potwierdzeniem z Polski, że jest on przedstawicielem prokuratury. Podobno
prokurator Pasionek chciał, by w śledztwie smoleńskim prokuratura postawiła
zarzuty ministrowi obrony narodowej i szefowi kancelarii premiera.
Jednak doprowadzono do wykluczenia prokuratora Pasionka. W czerwcu 2011 r.
Naczelna Prokuratura Wojskowa poinformowała, że prokurator Pasionek został
odsunięty od śledztwa smoleńskiego. Powodem miały być jego kontakty z oficerami
FBI i CIA w sprawie pomocy w śledztwie smoleńskim i rzekome ujawnienie części
materiałów. Podobno prokurator Pasionek próbował przekonać USA do przekazania
m.in. zdjęć satelitarnych z miejsca katastrofy. Sprawą zajmował się właśnie
Wydział ds. Przestępczości Zorganizowanej Wojskowej Prokuratury Okręgowej w
Poznaniu, w której służył płk Mikołaj Przybył. Wobec Pasionka wszczęto również
postępowanie dyscyplinarne w NPW. W październiku 2011 r. rzecznik dyscyplinarny
postawił mu formalne zarzuty, tymczasem warszawska prokuratura cywilna umorzyła
śledztwo i obaliła wszystkie zarzuty wojskowej prokuratury.
Klimat do współpracy?
Prokurator Parulski był krytykowany przez rodziny ofiar katastrofy za to, że
wprowadzał je w błąd. Negatywnie oceniano, że do sprawy oddelegowano za mało
prokuratorów. Pomimo nieprzekazywania przez Rosjan kluczowych dowodów Parulski
twierdził po kolejnych rozmowach, że między polską a rosyjską prokuraturą
"klimat do współpracy został odbudowany".
Tymczasem szef zespołu parlamentarnego ds. katastrofy smoleńskiej Antoni
Macierewicz uznał, że gen. Parulski nie dopełnił obowiązków oraz działał na
szkodę śledztwa poprzez to, że m.in. skierował do prowadzenia postępowań
smoleńskich niewystarczające siły i środki i nie zabezpieczył miejsca tragedii.
Parulski nie doprowadził też do sporządzenia dokumentacji fotograficznej i
topograficznej terenu – wskazywał szef zespołu – nie zabezpieczył czarnych
skrzynek, przyrządów nawigacyjnych oraz nagrań ze stanowiska kontroli lotów i
nawigacyjnych urządzeń naziemnych, nie przeprowadził ekshumacji i sekcji zwłok
ofiar. Dlatego poseł Macierewicz nie wykluczył skierowania w tej sprawie wniosku
do prokuratury.
Mecenas Piotr Pszczółkowski mówił wprost w wywiadzie dla "Naszego Dziennika", że
nie ma oznak zaangażowania Parulskiego w śledztwo, z wyjątkiem tego, że
uczestniczył w kwietniu 2010 r. w czynnościach w Smoleńsku: "Analizując akta
sprawy, nie widziałem w nich ani jednej decyzji uwieńczonej podpisem pana
generała Parulskiego, jak również nigdy jako strona nie miałem okazji
porozmawiać z panem generałem Parulskim na temat merytoryczny. Mogę za to
powiedzieć, że prokuratorzy referenci wykonują ciężką pracę na rzecz śledztwa,
podobnie jak to czynił prokurator Pasionek – człowiek bardzo pracowity i
zaangażowany". Podobną refleksję wyraził mec. Bartosz Kownacki: "Pracowałem
przez pewien czas w instytucjach związanych z wojskiem, więc orientuję się, jak
wygląda tam hierarchia i system wartości. Pokrótce wygląda on tak, że o 15.30
wszyscy kończą pracę – bez względu na to, co się dzieje. Czyli nieważne, że się
wali czy pali. I podczas tego spotkania dokładnie o godz. 15.30 prokurator
Krzysztof Parulski złożył propozycję, by resztę pytań złożyć na piśmie i na tym
zakończyć spotkanie, bo wszyscy są już zmęczeni. Na szczęście nie dopuściliśmy
do tego i była możliwość zadania wielu merytorycznych pytań".
Zagadką jest, dlaczego generał Krzysztof Parulski, bardzo doświadczony
prokurator, który przez 14 lat pracował w prokuraturze wojsk lotniczych, w tak
karygodny sposób prowadził śledztwo smoleńskie.
Piotr Bączek publicysta
Autor był członkiem komisji
weryfikacyjnej WSI. Do grudnia 2007 r. pełnił funkcję szefa Zarządu Studiów i
Analiz Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Po objęciu urzędu prezydenta RP przez
Bronisława Komorowskiego został wyrzucony z Biura Bezpieczeństwa Narodowego.
