Partia Głosów Nieważnych

Stawiam hipotezę, że wybory samorządowe mogły zostać sfałszowane. Wskazuje na
to zdumiewająca liczba prawie 2 milionów głosów nieważnych. Niewykluczone, że
ktoś je unieważniał już po głosowaniu.

Po wyborach samorządowych wszystkie partie się cieszą – jedne bardziej, drugie
mniej, cicho natomiast siedzi partia, której sukces jest najbardziej zaskakujący
i tajemniczy. Mam na myśli PGN – Partię Głosów Nieważnych, która w wyborach
samorządowych osiągnęła prawdziwy sukces.
W wyborach do sejmików wojewódzkich wyborcy oddali prawie dwa miliony głosów
nieważnych, co stanowi ponad 12 procent osób biorących udział w głosowaniu.

Skąd tyle nieważnych głosów
W tych wyborach większość wyborców pozostała w domu. Frekwencja wyniosła
czterdzieści kilka procent. A z tej mniejszości, która poszła głosować, co ósmy
nie potrafił zagłosować tak, aby jego głos był ważny.
To wielki sukces Partii Głosów Nieważnych.
I wielka klęska polskiej demokracji.
Ciekawie wygląda kwestia lokalizacji głosów nieważnych. W wielkich miastach – w
Warszawie, w Łodzi, w Krakowie, było ich niewiele – ledwie trzy, cztery procent.
Ale w okręgach wyborczych poza wielkimi miastami, w okręgach wiejskich, liczba
takich głosów sięgała nierzadko dwudziestu procent.
Tak było na przykład w okręgu płockim na Mazowszu, gdzie gigantyczny sukces
odniosło PSL i marszałek Adam Struzik, zdobywając prawie połowę głosów (ponad 48
procent). Na drugim miejscu za PSL znalazła się w tym okręgu Partia Głosów
Nieważnych z imponującym wynikiem 19 procent wszystkich osób biorących udział w
głosowaniu. Dlaczego głosów nieważnych było aż tak wiele? I dlaczego liczba
głosów nieważnych była największa w okręgach wiejskich, tam, gdzie walka
wyborcza toczyła się głównie między PSL i PiS?
Dlaczego w Warszawie głosów nieważnych było 3-4 procent, a w okręgu płockim aż
19 procent?
Słyszę na to pytanie odpowiedź: system był skomplikowany, wyborcy nie potrafili
się w tym rozeznać, zwłaszcza na wsi. Do sejmików była wielka płachta z listami
kandydatów, ludzie, zwłaszcza na wsi, nie byli w stanie się w tym rozeznać.
Odrzucam to wyjaśnienie. Owszem, część wyborców mogła mieć problem z właściwym
zagłosowaniem, bo do sejmiku rzeczywiście była płachta z nazwiskami kandydatów.
Ale takich "nierozeznanych" wyborców mogło być właśnie 3-4 procent. Tak jak w
Warszawie. Na wsi nie mogło być ich więcej.
Kategorycznie odrzucam tezę, że wyborcy na wsi są głupsi od tych z miasta i nie
potrafią głosować. Są może, średnio biorąc, mniej wykształceni, ale mechanizmy
wyborcze nie są dla nich nieznane. Wręcz przeciwnie, na wsi wybiera się częściej
niż w mieście (np. wybór sołtysa) i ludzie wcale się nie gubią w mechanizmach
wyborczych.
Poza tym ci, którzy nie chcą albo nie potrafią głosować, zostają w domu. Idą do
wyborów zainteresowani i mający pewne społeczne wyrobienie. Nie chce mi się
wierzyć, żeby co piąty z nich nie potrafił prawidłowo oddać głosu!

Hipoteza fałszerstwa
Stawiam hipotezę (nie tezę, bo dowodów nie mam żadnych, ale hipotezę) – ta
wielka liczba głosów nieważnych może dowodzić, że wybory zostały sfałszowane, a
ofiarą fałszerstwa mogły być głosy oddane na Prawo i Sprawiedliwość.
A oto moje argumenty.
W niedzielny wieczór wyborczy, tuż po godz. 22.00, TVP pokazała wyniki sondażu
przeprowadzonego przez TNS OBOP pod lokalami wyborczymi. Ludzi wychodzących z
lokali wyborczych pytano: na jaką partię pan/pani głosowali?
Z odpowiedzi wynikało, że na PiS padło 27 procent głosów i że PiS wygrało w 6
województwach: podkarpackim, lubelskim, podlaskim, mazowieckim, świętokrzyskim i
łódzkim. Pomyślałem wtedy: PiS ma naprawdę 30 procent. Znane jest bowiem
zjawisko, że ludzie niechętnie przyznają się do głosowania na partię, która jest
atakowana za polityczną niepoprawność. Zwykle wyniki sondażowe PiS były
zaniżane.
Tym razem zdarzyło się odwrotnie. Sondaż podawał 27 procent, a wynik ogłoszony
przez PKW wynosi tylko 23 procent.
Odwrotnie z PSL – sondaż dawał im 13 procent, a końcowy wynik z PKW przekroczył
16 procent.
Czy można przyjąć, że w sondażu ludzie nie chcieli przyznać się do głosowania na
PSL i wbrew prawdzie deklarowali głosowanie na PiS? Teoretycznie jest to
możliwe, ale praktycznie mało prawdopodobne. Wyobrażam sobie raczej odwrotne
deklaracje. Ludzie wychodzący z lokalu wyborczego, w gminie rządzonej przez
wójta z PSL, deklarowali raczej głosowanie na PSL, podczas gdy w rzeczywistości
oddali głos na PiS.
Co się zatem stało, że wynik sondażowy zmienił się tak diametralnie po kilku
godzinach liczenia głosów?
Pewien wąsaty Gruzin nazwiskiem Dżugaszwili powiedział kiedyś, że nieważne, kto
i jak głosuje, ważne kto i jak liczy głosy…
Według ordynacji, głos jest nieważny wtedy, gdy zostaje czysty, to znaczy
wyborca nie wybrał nikogo, albo jeśli jest podwójny, to znaczy wyborca wskazał
więcej niż jednego kandydata.
Nie znam zawartości urn wyborczych i nie wiem, jaka była struktura owych głosów
nieważnych. Nie wiem, czy to były głównie czyste kartki wyborcze, czy też
oznaczone więcej niż jednym głosem. W jednym i drugim przypadku spowodowanie
nieważności wcześniej ważnego głosu jest dziecinnie łatwe. Można to zrobić,
usuwając i niszcząc kartkę z głosem, zastępując ją czystą kartką, lub też można
podczas liczenia głosów dostawić jeden krzyżyk i w ten sposób unieważnić głos
oddany na jednego kandydata.
Można to było zrobić tym łatwiej, że głosów do liczenia było mnóstwo i trudno
było wszystko i wszystkich mieć na oku. Słyszałem relacje członków komisji
wyborczych, że liczenie głosów to było jedno wielkie zamieszanie.

Między wójtem a marszałkiem
Kto i po co miałby unieważniać głosy, zwłaszcza te do sejmików wojewódzkich?
Jaki miałby być motyw tej zbrodni?
Motyw jest prosty – zależność wójtów od władzy sejmikowej. Tam, w sejmikach, są
niemal wszystkie spływające do gmin pieniądze, zwłaszcza te unijne i te z
funduszu ochrony środowiska. Wójtowie całują marszałków województwa po rękach,
bo jak nie dostaną pieniędzy, to ich nie ma. A marszałkowie dają, komu chcą,
wedle uznania. Kontrole NIK dowodzą, że na przykład w podziale środków unijnych
istnieje pełna dowolność. Zero zasad.
Można sobie zatem wyobrazić krótką rozmowę między marszałkiem i wójtem.
Marszałek województwa mówi do wójta: – Stachu! Na co potrzebujesz pieniędzy w
swojej gminie? Na drogę, na szkołę? Dobrze, dostaniesz! Ale wiesz i rozumiesz –
ja tu muszę wygrać w twojej gminie. Ty mi masz na uszach chodzić, ale wynik musi
być!
I wójt chodzi na uszach, żeby marszałek był z jego gminy zadowolony. Bo inaczej
złotówki nie dostanie.
Marszałek Struzik z PSL jest wielki, to wiadomo, ale czy tylko jego wielkością
można tłumaczyć, że w okręgu płockim PSL dostało nagle 48 procent głosów i
zmiażdżyło konkurencję?
Myślę, że oprócz wielkości marszałka zadziałał tu wyścig wójtów o to, który z
nich dostarczy marszałkowi większego poparcia, żeby być łaskawie zapamiętanym
przy podziale kasy. I ścigało się wielu wójtów, nie tylko tych z PSL.

By wszystkim żyło się dobrze
Wójt ma w swoim ręku poważne instrumenty nacisku na ludzi. Zatrudnia, zwalnia,
mianuje, obsadza, rozdziela zasiłki, umarza podatki gminne. Może dzięki temu
wpływać na zachowania wyborcze ludzi.
Sprzątaczka w szkole (i jej rodzina) jest od niego zależna, bo zatrudnia ją
zależny od wójta dyrektor szkoły. Nie z miłości, ale z troski o własne miejsce
pracy sprzątaczka głosuje na wójta, gwaranta jej skromnej posady, dla której
zazwyczaj nie ma alternatywy.
Ta sprzątaczka i jej rodzina głosują na dotychczasowego wójta, a na jego
życzenie w wyborach do sejmiku głosują także na marszałka województwa, którego
wskazał wójt.
A w ostateczności w ruch może pójść i fałszowanie, które – jak wspomniałem –
jest dziecinnie łatwe. Ileż to roboty dostawić długopisem jeden krzyżyk na
płachcie.
W wielkich miastach pokusy fałszowania nie było. Pani Hanna Gronkiewicz-Waltz
nie jest zależna od marszałka Struzika. Ale na wsi wójt na łasce marszałkowskiej
wisi, a łaska marszałkowska na pstrym koniu jeździ. I tam pokusa fałszerstwa
jest wielka. Zrobić wszystko, żeby marszałek wygrał, był zadowolony i nie
zapomniał o nas przy dzieleniu kasy!
Resztę zrobi oddana kadra urzędu, mająca kontrolę nad komisją i liczeniem
głosów.
Czyje głosy mogłyby być unieważniane? Oczywiście głosy oddane na PiS. Bo to PiS
był i jest na wsi wielką konkurencją wyborczą dla PSL.

Klęska demokracji
Chciałbym bardzo, żeby moja hipoteza była nietrafna, a podejrzenia fałszowania
wyborów okazały się niesłuszne.
Ale nawet jeśli fałszerstwa w większej skali nie było, jeśli te prawie dwa
miliony głosów nieważnych było wynikiem błędu głosujących ludzi, to przecież i
tak jest to wielkie wypaczenie i klęska demokracji, klęska, którą trzeba
niezwłocznie zbadać i wyjaśnić, bo inaczej w następnych wyborach marszałek
Struzik dostanie 90 procent głosów, przy 40 procentach głosów nieważnych.
Senator Grzegorz Wojciechowski zadał w czwartek w Senacie pytania dotyczące tej
zdumiewającej liczby głosów nieważnych w wyborach do sejmików.
Po pierwsze, z jakich przyczyn w wyborach do sejmików wojewódzkich była tak
wielka liczba głosów nieważnych – prawie dwa miliony głosów, ponad 12 procent
osób uczestniczących w głosowaniu.
Po drugie, czym wytłumaczyć, że liczba głosów nieważnych była niewielka w dużych
miastach, a znaczna w okręgach poza wielkimi miastami, gdzie dochodziła nawet do
dwudziestu procent?
Po trzecie, jak liczona jest frekwencja w wyborach samorządowych, zaskakujące są
bowiem różnice we frekwencji podawanej oddzielnie w wyborach do rad różnych
szczebli oraz w wyborach wójtów, burmistrzów i prezydentów miast – w sytuacji
gdy każdy głosujący otrzymywał przecież tę samą liczbę kart do głosowania i
potwierdzał swój udział w głosowaniu jednym podpisem na liście?

 

Janusz Wojciechowski
 

Autor jest posłem do Parlamentu Europejskiego, wiceprzewodniczącym Komisji
Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

drukuj