Papuga, bączki i stracona prezydencja

Do pierwszej prezydencji Polski w Unii Europejskiej pozostał miesiąc.
Miesiąc trwogi. Obawy – to jest bagaż, z którym Polacy przystąpią do półrocznego
przewodnictwa w liczącej 27 krajów strukturze. Obawy uzasadnione. Szykuje się
bowiem 6 straconych miesięcy: kilka tygodni przed rozpoczęciem prezydencji rząd
PO – PSL wciąż nie ma żadnego pomysłu, jak ten okres wykorzystać dla dobra
kraju.

Oczywiście, jedna rzecz uda się znakomicie: propaganda sukcesu. W tej sprawie
ekipa Donalda Tuska będzie zapewne bardziej sprawna niż gabinet Viktora Orbána
na Węgrzech, choć akurat lider Fideszu przeprowadza epokowe dla swego kraju
reformy, a Tusk dawno już ugrzązł na mieliźnie.
Możemy się zatem spodziewać nieustającej, trwającej przez 26 tygodni,
propagandowej paplaniny w mediach i na konferencjach prasowych w Centrum
Informacyjnym Rządu, jaki to ważny w Europie jest Donald Tusk, jak bardzo
wpływową partią wśród "europejskiej rodziny partii chadeckich" jest Platforma
Obywatelska i jak bardzo wszyscy liczą się z naszym państwem. Tyle że nijak to
się będzie miało do rzeczywistości. Owe przewidywalne i już wręcz nudne slogany
o tym, jacy to jesteśmy ważni i świetni, drastycznie kontrastują z polityczną
europejską praktyką. Propagandowe gadki TWA, czyli towarzystwa wzajemnej
adoracji: prorządowych dziennikarzy, komentatorów, politologów, spin doktorów z
Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i polityków PO można określić krótko i
dosadnie młodzieżowym określeniem: "Pic na wodę, fotomontaż".
Już dzisiaj widać, jakie szanse dla Polski zmarnuje koalicja rządząca. Już teraz
wiadomo, że nasza prezydencja w Unii będzie pasywna, ograniczająca się jedynie
do administrowania Unią w imieniu Brukseli, uciekająca od walki o polskie
interesy i kompletnie nieprzygotowana do wykorzystania specyficznego,
geopolitycznego położenia naszego kraju. To cztery grzechy główne – i wszystkie
one, jak w soczewce, pokazują kompletną nieporadność i bezmyślność tej koalicji
rządowej. Albo gorzej: świadome oddanie pola krajom większym od naszego i
alergiczną niechęć do walki o polskie interesy gospodarcze i polityczne. To
drugie rzeczywiście nie spodobałoby się Berlinowi czy Paryżowi.

Grzechy główne prezydencji

Warto omówić poszczególne grzechy ciężkie polskiego przewodnictwa w UE.
Prezydencja będzie pasywna, tak jak pasywna jest polityka zagraniczna rządu
Donalda Tuska. Ten gabinet jedynie reaguje (a często nawet nie reaguje) na to,
co zdarzy się w Unii, na decyzje podejmowane przez Niemcy, Francję czy Wielką
Brytanię (w tym ostatnim przypadku, gdy chodzi o unijny budżet). Koalicja PO –
PSL nie jest w stanie wygenerować żadnego rozsądnego pomysłu, który mógłby stać
się trampoliną dla polskich ambicji czy przynajmniej windą dla polskich
aspiracji. Jedyny koncept, jaki miała, to – zgodne zresztą z polityką wschodnią
śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego – Partnerstwo Wschodnie, którego jednak nie
potrafiono przeprowadzić od fazy projektu do fazy faktycznej realizacji. Mający
rzekomo wielkie wpływy rząd Tuska nie był w stanie załatwić unijnych funduszy na
wprowadzenie idei Partnerstwa Wschodniego w życie. Dość powiedzieć, że budżet
Partnerstwa jest około 30 razy mniejszy od pilotowanej przez Francję Unii Morza
Śródziemnego.
Polska podczas swojego przewodnictwa w UE będzie pełnić funkcję jedynie
administratora, a nie lidera, będzie samoograniczać własną pozycję i potencjał
polityczny, będzie odgrywać bardziej rolę urzędniczą niż polityczną. Czytając
"priorytety" naszej prezydencji (inna sprawa, że wciąż nie wiadomo, ile ich
będzie i jakie ostatecznie one będą), ma się wrażenie, że rząd Tuska po prostu
przepisał je z unijnej agendy. Nie ma tu nic specyficznie ważnego dla Polski,
swojego. Premier Tusk jest jak papuga, która powtarza unijne zaklęcia po
kanclerz Angeli Merkel, prezydencie Nicolasie Sarkozym czy przewodniczącym José
Manuelu Barroso. To zaskakująco i żenująco mało jak na blisko 40-milionowy
Naród, szósty co do wielkości kraj Unii Europejskiej. Wizytówką filozofii tej
ekipy są wypowiedzi ministra Radosława Sikorskiego czy ministra Mikołaja
Dowgielewicza o zawieszeniu starań o polskie interesy na czas naszej prezydencji
(!!!) czy o "wycofanej prezydencji" (tłumacząc to na język polski: lepiej się
tam nie wychylać…).
Prezydencja pod rządami Tuska to zbiorowa ucieczka od odpowiedzialności za losy
państwa polskiego w Europie, która się integruje, ale równocześnie jest Europą
narodów konsekwentnie i twardo walczących o własne interesy. Państwa większe od
naszego, ale też mniejsze, wykorzystują Unię Europejską jako instrument obrony
lub poszerzania swoich wpływów ekonomicznych czy politycznych. Koalicji PO – PSL
wygodnie jest tego nie robić. Z jednej strony naraziłoby to gabinet Donalda
Tuska i Waldemara Pawlaka na zniecierpliwienie bliższych i dalszych możnych
sąsiadów, z drugiej zaś byłoby to w pewnym sensie przyznaniem racji "tym
okropnym Kaczyńskim" i PiS, że niezależnie od procesów globalizacji i integracji
trzeba walczyć o interes własnego państwa.

O czym zapomniał Tusk?

Przewodnictwo Polski w Unii od 1 lipca do 31 grudnia 2011 roku, patrząc przez
pryzmat priorytetów, równie dobrze mogłoby być prezydencją Portugalii, Słowenii,
Grecji czy Malty. Polska bowiem nie wygenerowała żadnego własnego pomysłu,
specyficznego, regionalnego celu. Wydawałoby się oczywiste, nawet dla
licealisty, a co dopiero dla szefa rządu, że kraj mający najdłuższą w Unii
Europejskiej – obok Finlandii – granicę zewnętrzną UE, kraj, którego granica
wschodnia jest jednocześnie granicą wschodnią Unii, zdobędzie się choćby na
jeden jedyny priorytet podkreślający tę właśnie geopolityczną specyfikę i
wyraźną odrębność na tle całej Europy. Polska będąca naturalnym pomostem Unii na
Wschód i Wschodu do Unii, pełniąca rolę oczywistego "obrotowego ambasadora" w
obie strony i będąca "oknem wystawowym" UE wobec państw powstałych na gruzach
dawnego ZSRS, kompletnie zapomniała o tej swojej roli wynikającej z położenia
geograficznego. Przepraszam, to nie Polska zapomniała – to Tusk zapomniał.
Symbolem prezydencji mają być… bączki. Cóż, to wielka metafora. To, że ten
rząd zbija bąki, wiadomo od lat, ale żeby z tego akurat czynić eksportową
wizytówkę naszego kraju? Choć w zasadzie ta metafora jest głębsza. Bąk puszczony
w ruch kręci się wokół własnej osi – aż padnie. Zupełnie jak rząd PO – PSL,
który kręci się wokół własnych problemów, afer, spraw i sondaży – by w końcu z
hukiem paść.
Ale nie tylko bączki mają być symbolem polskiej prezydencji w Unii. Właśnie
ogłoszono, że ma nim być również… Jakub Wojewódzki. Oburzonych tym pomysłem
uspokajam: tak krawiec kraje, jak mu materii staje. Widocznie gabinet Donalda
Tuska stać wyłącznie na Wojewódzkiego. Ten pan doskonale odpowiada mentalnością,
stosunkiem do tradycyjnych wartości obecnemu prezesowi Rady Ministrów i jego
podwładnym. To najbardziej dobitny sygnał tego, co Donaldowi w duszy gra, z kim
jest mu po drodze i z kim jest mu raźniej. Kilkakrotny gość show Wojewódzkiego
odwdzięczył się za telewizyjne zaproszenia. Tylko Polski szkoda.

Oda do Rosji

W drugim półroczu tego roku podczas polskiej prezydencji nastąpi zapewne fala
kolejnego "ocieplenia" w relacjach i Unii, i naszego państwa z Rosją. Katastrofa
smoleńska i pozorowane śledztwo (a w zasadzie brak śledztwa) nie będą na pewno
przeszkodą w tej zagranicznej odsłonie "polityki miłości" w wykonaniu premiera i
lidera rządzącej partii. Czy to czasem nie jest zbyt ciężki zarzut? Nie.
Politycy Platformy ochoczo i, trzeba przyznać, konsekwentnie wchodzą w buty
rzeczników Rosji wobec naszego kraju. Tak było, gdy chór PO piał miłosne ody w
czasie wizyty prezydenta Miedwiediewa w Polsce, tak jest i teraz. Oto członek
ścisłych władz Platformy Obywatelskiej, szef mazowieckich struktur tej partii, a
jednocześnie, co charakterystyczne, przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych
Sejmu RP Andrzej Halicki w wypowiedzi dla "Dziennika Gazety Prawnej" (z 20 maja
2011 roku) powiedział niczym świeżo nominowany urzędnik Kremla: "Rosja dostrzega
potrzebę dialogu z Polską jako ważnym członkiem UE także w sprawach dotyczących
handlu i naszego bilansu energetycznego".
Cóż, nic dodać, nic ująć. Podczas prezydencji Polski w Unii politycy na Kremlu,
ale też w Berlinie, Paryżu czy innych europejskich stolicach mogą spać
spokojnie. Niech inni biją się o własne interesy, rząd Donalda Tuska w tej
sprawie udzielił sobie bezterminowego urlopu. I jest tylko jeden potencjalny
problem: po październikowych wyborach może zmienić się rząd.
 

Ryszard Czarnecki

Autor jest deputowanym do Parlamentu Europejskiego (Europejscy Konserwatyści i
Reformatorzy).

drukuj