Państwo – pierwsza pomoc

„Nasi bracia komuniści”, którzy przejęli władzę w Polsce w 1945 roku,
nie byli głupcami. Wiedzieli bardzo dobrze o czymś, o czym stopniowo, w miarę
jak trwał PRL, zapominały kolejne pokolenia Polaków. Że mianowicie nie są oni
żadną legalną władzą. Że są w Polsce elementem wrogim jako formacja całkowicie i
bez reszty obca polskiej kulturze i tożsamości chrześcijańskiej. Wiedzieli też,
że Polacy, których mentalność i sumienia ukształtowała II Rzeczpospolita, nigdy
ich nie zaakceptują.

Dystans, który dzielił przedwojenne elity państwowe i elity okresu wojny od
aparatczyków, których zainstalowano na najwyższych stanowiskach w PRL, był nie
do pokonania. Dlatego pamięć o nich w PRL usiłowano całkowicie pogrzebać, ich
rysy wymazać. Dziś dopiero, po pięćdziesięciu latach, oczom współczesnych
rodaków – w dużej mierze dzięki publikacjom IPN – ukazały się ich twarze oraz
oblicza zwykłych ludzi przez te elity wychowanych. Tych, którzy rozumieli, że
jest większa i świętsza rzecz niż własne życie, za którą warto, a nawet trzeba
przelewać krew.
Tuż przed agresją Niemiec na Polskę w 1939 roku minister
Józef Beck mówił do Polaków o honorze i wynikających z niego obowiązkach
niepodległego polskiego państwa. Był przez wszystkich dobrze rozumiany. Czy dziś
wszyscy rodacy rozumieliby przywódcę, który w takiej sytuacji mówi o honorze, a
nie na przykład o „opcjach” albo „wyborze mniejszego zła”?
A jednak pojawił
się w naszym kraju człowiek, który siedemdziesiąt jeden lat później, właśnie ze
względu na honor i pamięć o polskich zapomnianych bohaterach, wsiadł do
wysłużonego samolotu. Wsiadł wraz z ludźmi, z którymi łączyło go coś więcej niż
zwykła relacja przełożony – podwładny. Był świadom wrogości, jaka będzie mu
towarzyszyła w tej podróży, wrogości wygenerowanej w jego własnym państwie. Tę
lekcję – lekcję jego decyzji i lekcję tragicznej śmierci – ogromna część Polaków
zrozumiała. Aż nad podziw dokładnie. Co z tego faktu wynika dla nas dzisiaj, w
przededniu wyborów?

Wizerunek, czyli „kup pan cegłę”

Daniel Passent, jeden z najważniejszych „głosów” PRL, autor tygodnika
utworzonego specjalnie po to, by polską inteligencję przekonać do nowej władzy,
nieraz w swojej publicystyce próbował to napięcie między rządzącymi a rządzonymi
osłabić. W jaki sposób? Mówił: „Krytykujecie władzę? Nie macie racji. Władza
jest taka, jacy wy jesteście. Możecie przejrzeć się w niej jak w lustrze. Jakie
społeczeństwo, takie elity”.
Ta próba wyperswadowania postaw niezależnych,
czyli „pogodzenie” obywateli niegdyś ważnego dla Europy kraju z uzurpatorską
władzą, pod hasłem: „Na nic lepszego nie zasługujecie”, miała po 1989 roku swoją
znamienną kontynuację. Jej wcieleniem był medialny wizerunek Aleksandra
Kwaśniewskiego, miłego, „cywilizowanego” komunisty, który ma elegancką żonę,
mówi po angielsku, promienieje bezpośredniością. Nie wylewa za kołnierz. Jest
swojak. Ten wizerunkowy cud-miód, w wyniku którego dawny aparatczyk „naturalnie”
przedzierzgnął się w zupełnie niekoturnową postać, nieukrywającą swych słabości,
nie pozostał bez echa. Dla sporej grupy ludzi okazał się ważkim argumentem
przeciw lustracji. Jednocześnie ruszył medialny walec, którego zadaniem było
przerobienie tych Polaków, którzy z „Solidarnością” łączyli nadzieje na
odzyskanie własnego państwa, na ludzi bez reszty zajętych osobistą karierą,
materialnym sukcesem. W wyniku bardzo przemyślanych socjotechnicznych zabiegów,
rozmiękczania postaw, deprawowania sumień, degenerowania myślenia, otrzymaliśmy
jako nasze „odnowione” państwo – typową oligarchię, raj dla różnego rodzaju
cwaniaczków podwieszanych u klamek politycznego establishmentu. I zarazem jeden
z najgorzej zarządzanych krajów w Europie. Zafascynowani medialnym show,
udającym prawdziwą politykę, obywatele naszego kraju wybrali na premiera rządu
postać łudząco przypominającą Aleksandra Kwaśniewskiego. Uwodzącą aktorskim
wdziękiem, grającą z „widownią” swoim dopracowanym do perfekcji wizerunkiem,
kokietującą „opcjami”. Rząd, który reprezentuje, posiada taką „transparentność”
– czyli zdolność do walki z korupcją, stopniowo zżerającą go od środka – jaką
symbolizują realia komisji hazardowej. A prawdziwą kondycję państwa pod tym
rządem ujawniają wszystkie znane okoliczności katastrofy smoleńskiej. Te
okoliczności ukazują Polskę jako antypaństwo. W normalnym państwie takich
wypadków – i takiego przebiegu ich wyjaśniania – nie ma.

Stawki w grze

Polakom zaśmiecono głowy fałszywymi ideami, które zostały efektownie podane.
Przede wszystkim wmówiono im, że liberalizm to prywatna własność i wolny rynek.
A socjalizm to wszystko poza nim. Tymczasem dzisiejsze partie, które są „za
liberalizmem” – PO, SLD, PSL – de facto prezentują neosocjalizm. Współczesny
socjalizm nie musi już walczyć z wolnym rynkiem i własnością. On je z całej
duszy popiera. Nowej lewicy zależy nie tyle na odebraniu nam własności, co na
przekuciu naszych umysłów, by odebrać nam tożsamość. Przynależność do samych
siebie. Byśmy zaakceptowali relatywizm jako nową wiarę. Taki „liberalizm” buduje
ideologię „prawa do wolnego wyboru”, „róbta, co chceta”. Na tej podstawie
skonstruowana została fałszywa etykieta Lecha i Jarosława Kaczyńskich jako
„socjalistów”. Tych, którzy wyrażali sprzeciw wobec wyprzedawania całej polskiej
własności państwowej, okrzyknięto chóralnie – od PO, SLD po UPR –
„socjalistami”. Słowo „socjalizm” uruchamia w polskiej świadomości najgorsze
skojarzenia, budzi strach i odrazę; spece od propagandy dobrze o tym
wiedzą.
Jaki jest tego skutek? Liczni pretendenci do fotela prezydenckiego
prześcigają się w kreowaniu „programów” wyborczych. Co to oznacza? To, że w
gruncie rzeczy pogardzają własnym państwem. Najdziwniejsze nieraz postaci biorą
udział w czymś, co nazywają kampanią wyborczą, a co jest w ich wydaniu rodzajem
operetki. Ktoś w tym spektaklu będzie mówił o „programie” likwidacji pasów
bezpieczeństwa w samochodach. Inny wystąpi z „programem” internetu w domu i
zagrodzie. Inni – niczym wędrowni kuglarze – będą obnosić się z cudownymi
miksturami na gwałtowne uzdrowienie wszystkiego w Polsce lub z hasłami, które
brzmią bardziej niż wszystkie inne „katolicko”. I będzie to jak zwykle – już
jest – zwykła licytacja, kto piękniejszy, kto ładniej dobiera słowa i krawaty,
kto lepiej „wypada” na wizji.
Prezydent nie jest osobą od kreowania
„programów”. On ma stać na straży niepodległości Polski, jej suwerenności,
dobrze pojętego bezpieczeństwa państwa i jego obywateli oraz ma chronić pamięć
historyczną Polaków. Ma chronić wartości podstawowe.
Tam, gdzie nie chce się
mówić o istocie sprawy, mówi się zawsze o czymś innym. Gdy prawda przeszkadza,
wprowadza się poboczny wątek, by odciągnąć od tego, co ważne. Ugrupowania
niechętne suwerennej Polsce zwalczają dziś Jarosława Kaczyńskiego z różnych
pozycji, ale tymi samymi metodami. Dla jednych będzie on „socjalistą”. Dla
drugich „populistą”. Dla „Gazety Wyborczej” i pokrewnych jej formacji będzie
„brzydki”, „gruby”, „mały”; będzie też typem, który „nie lubi ludzi”, który –
wbrew pozorom, pomimo przeżytej tragedii utraty brata – „wcale się nie zmienił”
i można nim nadal straszyć dzieci. Dla niektórych będzie za mało wiarygodny jako
katolik. Ale to wszystko nic. W tej kampanii jego najstraszniejszą „winą”
okazuje się to, że jego brat, prezydent RP, zginął. To krzycząca
niesprawiedliwość. Przecież Jarosław Kaczyński stał się podobno w ten sposób –
jak ujął to jeden z komentatorów „Rzeczpospolitej” – „beneficjentem tej
śmierci”. Tak jak „beneficjentem śmierci Papieża” stało się – analogicznie, po
odejściu Jana Pawła II – Prawo i Sprawiedliwość.

Powrót elity

Zauważmy, że żadne z tych środowisk nie werbalizuje tego, o co im naprawdę
chodzi. O co miały głęboką pretensję do Lecha Kaczyńskiego i mają nadal do jego
brata Jarosława, bo to psuje im szyki. Komplikuje interesy. Że tak naprawdę
chodzi o Rosję. O niezależną wobec niej polską politykę.
To metoda znana już
za czasów Rosji carskiej. By uporać się z potęgą polskiej kultury, zdolnością
Polaków do trzeźwego myślenia, trzeba ich „dogłupić”, jak mówił car. W ten
sposób zaciemnia się prawdziwe problemy. W myśl tej metody nigdy nie krytykowano
Lecha Kaczyńskiego wprost za to, że jest niekwestionowanym przywódcą państw
Europy Środkowo-Wschodniej. Wyśmiewano za to „dziwactwa” jego żony, która
osobiście robiła mu kanapki.
Trzeba postawić pytanie: czy możemy liczyć na
to, że przyjdzie czas, iż „nasi bracia komuniści” oraz ich ideowi spadkobiercy,
dzisiejsi neoliberałowie i neosocjaliści, uznają, że ci, których traktowano jako
najgorszych wrogów, Polacy, których zdradzono o świcie, mordowano bez litości, a
następnie wrzucano do dołów kopanych w nocy, przedstawiciele najprawdziwszych
polskich elit, to także ich przedstawiciele. Ich przywódcy? Ludzie, którzy także
za nich przelewali krew, by mogli żyć w wolnym, suwerennym państwie? Obecność
kilku osób z SLD i PO w samolocie, który runął o poranku na dno wilgotnego
wąwozu pod Smoleńskiem, mogłaby nieść na to pytanie odpowiedź pozytywną.
W
Polsce będą takie elity polityczne, jakie jest społeczeństwo. Czyżby Daniel
Passent miał rację? Nie, on nie miał racji. On wtedy – licząc na to, że Polacy
upodobnią się moralnie i kulturowo do swoich okupantów – blefował. On nie
wiedział, na czym zatrzyma się ten proces „przekuwania” chrześcijańskiego Narodu
w niewolników. Na jakie efekty „pieriekowki dusz” Polaków partia komunistyczna –
jej niezliczone propagandowe agendy oraz machina wewnętrznego terroru – może
faktycznie liczyć.
Dziś, by wywołać założoną z góry niską samoocenę Polaków,
używa się o wiele bardziej skutecznej manipulacji. Gra toczy się właśnie o tę
samoocenę. O to, jak sami siebie oceniamy. Bo tak jak siebie widzimy, takiego
też wybierzemy prezydenta. We wczesnych latach PRL Polacy wiedzieli, że są pod
okupacją. Dziś chodzi o to, byśmy sami, z własnej woli – w demokratycznych
wyborach – zaakceptowali podmienione „elity”, uznali ich prawomocność. I tylko w
ich gronie dostrzegali kandydata na urząd prezydencki. Choć one depczą historię,
kulturę, prawdę o nas samych. I wcale się z tym nie kryją, robią to jawnie, na
naszych oczach.
Katastrofa smoleńska w jednej chwili ten odwrócony do góry
nogami obraz Polaków, jaki noszą oni w sobie za sprawą skutecznej socjo- i
psychotechniki, postawiła „na nogi”. I stał się cud. Polacy dostrzegli, że to
oni sami, ci, którzy bronią prawdy, historii, kultury, wiary, którzy zachowują
się normalnie, prawdziwie, godnie, są elitą Narodu. Tego się przestraszono.
Przestraszono się Krakowskiego Przedmieścia i Wawelu. Dlatego właśnie w
kulminacyjnym momencie żałoby narodowej rozpoczęto kuriozalną medialną kampanię
przeciwko pogrzebowi pary prezydenckiej na Wawelu. Chodziło o to, by – w chwili
gdy Polacy pokazali się od najpiękniejszej strony, gdy „powrócili” w miejsca
opustoszałe po dawnych, wymordowanych elitach – kazać im znów źle o sobie
myśleć. Jakim to jesteśmy zepsutym Narodem. Co krok jatka, konflikt, niezgoda.
Jaki Naród, takie państwo. Od tego już tylko krok do następnej tezy:
niepotrzebne państwo. I to poszło w świat.
„Chciałbym oddać hołd tym ludziom,
którzy w tak wielkiej liczbie oparli się potężnej, zmasowanej, zaprogramowanej w
szczegółach manipulacji medialnej, intelektualnej i politycznej i potrafili
poprzez tę podwójną tragedię Katynia i Smoleńska zdobyć się na wręcz heroiczną
postawę godną pamięci polskich oficerów pomordowanych przez komunistów 70 lat
temu i ofiar niewyjaśnionej jeszcze tragedii pod Smoleńskiem” – powiedział jeden
z największych współczesnych autorytetów, filozof, ks. prof. Tadeusz Guz („Nasz
Dziennik”, 12 maja br.).
„Pod Pałacem Prezydenckim zobaczyłem elitę Narodu –
mówi Jan Pospieszalski – ludzi zaangażowanych, ludzi mówiących o patriotyzmie,
świadomych swej podmiotowości i siły, która w nas tkwi, świadomych tego, że
wstaliśmy z kolan i odzyskujemy głos (…). Fantastyczni ludzie, młodzi,
wykształceni, artyści. Okazuje się, że wybitny reżyser Lech Majewski ze Stanów
Zjednoczonych mówi to samo, co prosty strażak spod Radomia” („Niedziela”, 16
maja br.).

Ewa Polak-Pałkiewicz

drukuj