Państwo jako przeżytek?

Zawsze można – liberałom to by się pewnie spodobało – rozpisać przetarg na
zarządzanie terytorium III RP. "Do Wisły" wygraliby pewnie Niemcy, a "od Wisły
na wschód" – Rosjanie. Ale jeśli takiego przetargu nasi liberałowie nie
rozpiszą, nie mamy innego wyjścia, jak budować polskie państwo.

Miniony rok, nie tylko z powodu upokarzającej bezradności polskiego państwa
wobec katastrofy smoleńskiej, przypomniał nam o ważnej, nigdy nieprzeprowadzonej
debacie nad zakresem kompetencji i odpowiedzialności struktury władzy zwanej
potocznie państwem. Janusz Korwin-Mikke i jego uczniowie, którzy swoje poglądy
uważają za modelowe dla prawicy, postulują ograniczenie uprawnień państwa do
poziomu nocnego stróża. Nie wiem, czy zgodziliby się z tym Rosjanie, Niemcy czy
Francuzi, ale dla części moich rodaków, a na pewno dla części naszych elit,
państwo jest czymś w rodzaju kłopotliwego przeżytku.
Przyczyny tej zdumiewającej postawy tkwią w przeszłości. Do dzisiaj bowiem nie
ustaliliśmy podstawowej sprawy, czy PRL była, czy nie była polskim państwem. Bo
jeśli była, to wielu uważa, że trzeba III Rzeczpospolitą ograniczyć tak dalece,
by w niczym nie przypominała PRL. Ale jeśli PRL polskim państwem nie była, to
nasze zadanie jest zupełnie inne. Musimy swoje państwo dopiero zbudować,
uprawomocnić i powierzyć mu kompetencje pozwalające zapewnić bezpieczeństwo i
rozwój społeczno-gospodarczy wszystkim obywatelom, a przede wszystkim narodowej
wspólnocie Polaków. Przypominam o tej najważniejszej wspólnocie, ponieważ to
Polacy przez dwieście lat (licząc zabory i PRL łącznie) uporczywie domagali się
prawa do posiadania własnego państwa i to ich zasługą jest jego odzyskanie w
1918 i w 1989 roku.
I to ta wspólnota polityczna i narodowa jest dzisiaj odpowiedzialna za kształt,
kompetencje oraz sprawność swojego państwa.
Obywatele potrzebują bowiem nie tylko nocnego stróża, lecz także struktury
zapewniającej im bezpieczeństwo w ciągu dnia, gdy np. nadciąga fala powodziowa.
Kiedy pociągi jeżdżą, jak chcą, w kolejce po zdrowie stoi się coraz dłużej,
bezrobocie rośnie, dzieci rodzi się coraz mniej, a przestępcy różnego kalibru
nie boją się ani policji, ani kary, to racjonalne żądania obywateli o zmianę tej
sytuacji kierowane są – słusznie – do władz państwa.

Polska jest jedna
Własne państwo mamy po to, by płacąc podatki – nie haracz, tylko obywatelską
składkę na jego rzecz – oczekiwać, że wypełni swoje zadania; "zapewnienie
bezpieczeństwa narodowego i osobistego obywateli, elementarnego bezpieczeństwa
socjalnego, bezpieczeństwa zdrowotnego, podstawowych przesłanek dla rozwoju
rodziny, (…) bezpieczeństwa obrotu gospodarczego i podstawowych warunków dla
rozwoju gospodarki (…) wykonywanych zarówno w mieście, jak i na wsi. Polska
jest jedna i wszystkie środowiska muszą mieć możliwość awansu i rozwoju" (z
orędzia Lecha Kaczyńskiego po objęciu urzędu Prezydenta RP 23 XII 2005 r.).
Tak widział państwo tragicznie zmarły w smoleńskiej katastrofie prezydent śp.
Lech Kaczyński. Wśród wielu nonsensownych zarzutów kierowanych pod jego adresem
był także ten o "lewicowość" w postrzeganiu państwa. Może więc warto
przypomnieć, co myślał o państwie, by pokazać, jak nie tylko niesprawiedliwe,
lecz także niemądre były to zarzuty.
W wystąpieniu 3 marca w Belwederze na konferencji "Państwo jako wyzwanie" Lech
Kaczyński wspominał 1990 r. i tworzenie ustawy o policji, kiedy to nie udało się
wrócić do przedwojennej nazwy "policja państwowa" i poważnie rozważano przepis,
który policjantowi zakazywał legitymowania obywatela na ulicy. Jak mówiono,
"policja jest opresorem, państwo jest opresorem, zdobyliśmy wolność, a więc
opresję należy zlikwidować". Tak jakby ruch "Solidarności" marzył o likwidacji
polskiego państwa.
Zmarły tragicznie prezydent w liście z okazji 70. rocznicy powstania Polskiego
Państwa Podziemnego (27 IX 2009 r.) sformułował swoją wizję państwa tak:
"państwo jest dla narodu wartością najwyższą. Wiemy, że osłabić, zdeformować,
odebrać państwo znaczy wyrządzić narodowi jedną z największych krzywd. I że
żadna namiastka nie może zastąpić tej gwarancji bezpieczeństwa i suwerenności,
tej szkoły samodzielności i odpowiedzialności, tego źródła dumy, jakim jest
własne państwo".
Kiedy czytam wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego o państwie, uświadamiam sobie, jak
wielu "celebrytów" powinno prosić swoich rodaków o wybaczenie, bo swoim
szyderstwem i kpiną "zablokowali" możliwość poznania i przedyskutowania
prezydenckich refleksji. Oczywiście wiem, że "celebryci" o wybaczenie nigdy nie
poproszą, musimy więc poradzić sobie z tym sami.
Socjologowie powiadają, że państwo to najwyższa zorganizowana władza w
społeczeństwie. Jeśli władza "zorganizowana", to nie narzucona (!) przez np.
sąsiadów lub zbrojny zamach stanu. Dalej, jeśli państwo to władza w (!!!) w
społeczeństwie, to nie nad (!!!) nim, co oznacza, że trzeba ją zorganizować tak,
by obywatele mieli możliwość wyłaniania, kontrolowania, opiniowania i
odwoływania tej władzy. System polityczny, który to umożliwia, zwiemy
demokracją. PRL nie była naszym własnym państwem, nie była państwem rządzonym
demokratycznie, nie mieliśmy na rządzących tym państwem takiego wpływu jak
władze ZSRS. Tak więc budowa sprawnego własnego państwa jest wciąż zadaniem do
wykonania.
Nasze państwo jest słabe, a ostatnie lata pokazały, że jego słabość obejmuje
nawet tak podstawową funkcję jak zapewnienie obywatelom bezpieczeństwa. Dobrym
przykładem jest, niestety, porwanie i zamordowanie Krzysztofa Olewnika. Mimo
tylu lat śledztwa, mimo pracy komisji sejmowej wciąż nie znamy wszystkich
sprawców i wciąż docierają do nas nowe, zaskakujące fakty o skandalicznym
działaniu policji i prokuratury. Tak jakby w naszym państwie nie było
profesjonalnych, odważnych i uczciwych funkcjonariuszy, zdolnych do rzetelnego
prowadzenia śledztwa i postawienia sprawców przed sądem. Co więcej, odnoszę
niepokojące wrażenie, że mamy "za to" zbyt wielu nieprofesjonalnych,
nieuczciwych i tchórzliwych ludzi, którzy są w stanie nie dopuścić do ujawnienia
prawdy.
Mam nadzieję, że polskie państwo, niezależnie od raportu MAK, w kwestii
ustalenia przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem okaże się bardziej sprawne,
uczciwe i odpowiedzialne. I to pomimo dotychczasowych kompromitujących błędów. W
większym stopniu liczę na ludzi niż na państwo, ale wciąż mam nadzieję.

Państwo nieobecne
Słabość naszego państwa jest poważna, bo jej źródło tkwi w mentalności elity
politycznej wywodzącej się z opozycji solidarnościowej. To do niej należał
obowiązek przebudowy państwa. Nie mam pretensji do elit postpeerelowskich, bo
one, moim zdaniem, nie były ani zdolne, ani chętne do przeprowadzenia tej
zmiany. PRL to było ich (!) państwo, nie miały powodu ani go zmieniać, ani
usprawniać, bo i po co. Przecież zapewniało im komfort niekontrolowanej władzy
nad społeczeństwem.
Nazywamy słabością państwa to, co jest w gruncie rzeczy jego nieobecnością, czy
raczej uchylaniem się od wypełniania podstawowych funkcji. Ekipa Platformy
Obywatelskiej sprawia wrażenie, jakby uznała tę sytuację za normalną i zgodnie
ze swoistym sposobem rozumienia liberalizmu postanowiła pozostawić krajowe
sprawy ich własnemu biegowi, a w polityce zagranicznej płynąć w "głównym
nurcie". Co w praktyce oznacza, że nadal nie mamy państwa, które swoje
zobowiązania wobec własnych obywateli wykonuje sprawnie i skutecznie.
Nasze przyszłe emerytury zależą od dzisiejszych decyzji rządu, a także od
publicznych mediów, które bądź zablokują uczciwą debatę o tym, czym grozi
pozostawienie OFE bez zmian, bądź do niej dopuszczą. To państwo odpowiada za
uczenie lub nieuczenie najnowszej historii w polskich szkołach, to państwo albo
przeznaczy pieniądze na poprawę infrastruktury zapewniającej bezpieczeństwo na
terenach zalewanych przez powódź, albo już niedługo, po raz kolejny będziemy
oglądać w mediach ludzkie dramaty i wspierać z własnych kieszeni ludzi
pozbawionych dobytku.

Cena bierności
Jak donosi prasa, polskie państwo staje dzisiaj przed nową, dość niespodziewaną
próbą. Na Śląsku zaistniały dwa pozornie niemające ze sobą żadnego związku
wydarzenia. Pierwszym jest zdobycie przez Ruch Autonomii Śląska trzech mandatów
w Sejmiku Województwa Śląskiego. Liderzy tego ruchu utrzymują, że polskie
państwo (ich zdaniem, była nim PRL!) jest odpowiedzialne za zbrodnie, represje i
ograniczanie praw "narodu śląskiego", co zwalnia zwolenników RAŚ z lojalności
wobec RP, dając zarazem prawo do żądania autonomii.
Drugie wydarzenie także sięga czasów PRL. To wtedy, nacjonalizując własność,
władze PRL uznały roszczenia spółek (tylko!) zagranicznych i za 40 mln USD
wykupiły wszystkie 172 akcje przedwojennej Giesche. Tym samym akcje te straciły
wartość. Ale nasze państwo (czyli III RP) dopuściło do wycieku tych akcji (czy
sprawcy pozostaną jak zwykle nieznani?) oraz – w 2005 roku – do sądowej
reaktywacji (?) spółki Giesche SA, która dzisiaj domaga się przyznania jej prawa
do przejęcia na własność – bagatela – jednej trzeciej Katowic.
Jak długo jeszcze będziemy płacić cenę za brak własnego państwa w czasach PRL i
za ogromne zaniedbania w jego odbudowie po 1989 roku?
 

Dr Barbara Fedyszak-Radziejowska
 

Autorka jest socjologiem, pracownikiem Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN,
przewodniczącą Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej.

drukuj