Panie premierze, ilu agentów organizowało wizytę?

Premier Donald Tusk przekonywał posłów, że rząd zadbał, aby prawda w
sprawie katastrofy rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem była kompletna. Ogłosił, iż
do końca lutego ogłoszone zostaną rezultaty prac polskiej komisji badającej
przyczyny tego zdarzenia. Sejm wysłuchał wczoraj informacji premiera o
działaniach rządu w sprawie katastrofy.

Tak jak można się było spodziewać, debata w sprawie informacji rządu o
działaniach podjętych po katastrofie smoleńskiej była burzliwa.
Wiele dowiedzieć się jednak nie było można. Oprócz tego, że nikt do żadnej winy
się nie poczuwa, mimo iż Rosjanie przyjęli własną wersję tego, co wydarzyło się
10 kwietnia, i że "rząd uczynił maksymalnie wiele, by prawdę o katastrofie
ujawnić".
Donald Tusk, który przedstawiał Sejmowi informację, ogłosił, że rząd dopilnował,
by wiedza w sprawie katastrofy smoleńskiej była kompletna. – Po materiale, jaki
udało się skompletować, mogę powiedzieć, że niezależnie od tego, ile to będzie
kogo kosztowało, rząd polski zadbał o to, żeby prawda była kompletna i widzimy
dzisiaj, że jest niewygodna – mówił premier.
– Nam nie wystarczy część prawdy. Rząd miał świadomość, że prawda o tej
katastrofie musi być niewygodna i dla Rosjan, i dla Polski – zaznaczył.

Zdanie odmienne
Gdy premier mówił o swoim rządzie, że jest przekonany, że "sprostaliśmy
oczekiwaniom", z sali sejmowej rozległy się głosy: "hańba", "zdrajca" – także z
galerii przeznaczonej dla osób obserwujących obrady Sejmu, gdzie wczoraj
zasiadali członkowie rodzin ofiar katastrofy.
Według premiera na katastrofę wpłynął cały kompleks przyczyn. – Nie będzie dla
nikogo wygodnej prawdy. Będzie taka prawda, jaką udokumentują prace naszej
komisji – mówił Donald Tusk.
Komisja pod kierunkiem ministra spraw wewnętrznych i administracji Jerzego
Millera ma być gotowa do przedstawienia swojego raportu nawet w ciągu miesiąca.
– Liczymy na to, że efekt końcowy komisji poznamy jeszcze w lutym, z końcem
lutego. Jeśli potrwa to trochę dłużej, to proszę o wyrozumiałość, ale na pewno
nie będzie to wyraźnie później – powiedział premier.
Tusk przekonywał, że badanie sprawy na podstawie konwencji chicagowskiej dało,
zwłaszcza w pierwszym okresie po katastrofie, możliwość pełnego dostępu do
wszystkich interesujących nas materiałów. Według premiera, dzięki zastosowaniu
"takich, a nie innych procedur" udało się polskiej stronie skompletować
dokumentację pozwalającą na pokazanie całościowego obrazu okoliczności, w jakich
doszło do katastrofy. Przeczy temu jednak obszerny wykaz dokumentów, których
strona polska nie dostała.
Szef rządu stwierdził, iż katastrofa smoleńska mimo "życzeń niektórych
polityków" nie miała być wstępem do rozpętania z Rosją zimnej wojny. –
Wyjaśnianie katastrofy smoleńskiej nie może być pretekstem do politycznej
awantury tych, którzy wokół katastrofy smoleńskiej głównie awanturą się zajmują
– mówił.
Premier oceniał, że "od pierwszych godzin po katastrofie potęgowało się
wrażenie, że nie wszyscy byli zainteresowani tym, aby katastrofa smoleńska nie
przerodziła się także w katastrofę w relacjach pomiędzy Polską a Rosją".
– Wówczas i dzisiaj nie mam wątpliwości, że dla Polski lepiej znać prawdę i nie
mieć wojny, niż nie znać prawdy i mieć wojnę – mówił premier.
Tusk tłumaczył, że po katastrofie rząd miał obowiązek zadbania, aby nie doszło
do wstrząsu naszej demokracji i aby państwo polskie przetrwało krytyczny moment,
choć – jak zaznaczył – "niektórzy liczyli, że katastrofa będzie kluczem do
radykalnej zmiany politycznej".
Donald Tusk poskarżył się, iż wyjaśnianie katastrofy opozycja zamieniła w
"gonitwę za premierem".

Nie straszcie nas wojną
Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński podczas debaty ogłosił, iż
jego ugrupowanie chciałoby pomóc rządowi wyjść z pułapki, w którą wpadł, i
dlatego zaproponowało odpowiednią uchwałę sejmową w sprawie raportu MAK. Kolejny
raz z dezaprobatą odniósł się do działań rządu w kwestii wyjaśniania
okoliczności i przyczyn katastrofy.
– Nie straszcie nas wojną. To nie jest w polityce tak, że jeśli ktoś jest
zdecydowany i twardy, to na tym przegrywa. Na tym się wygrywa. Żadne wojny nam
tutaj nie grożą. Rosjanie są dzisiaj słabnącym państwem, które musi się liczyć
także z opinią międzynarodową – mówił Kaczyński.
– Bywało, że traciliśmy wolność, ale nie traciliśmy godności. Pod kierownictwem
premiera Donalda Tuska idzie ku temu, że stracimy godność, a wolność też będzie
zagrożona – dodał prezes PiS. Kaczyński zauważył, iż choć rząd przekonuje, że
polskie uwagi do raportu MAK raport ten uzupełniają, to faktycznie całkowicie go
dezawuują. – Załoga samolotu podjęła rutynową procedurę. Została wprowadzona w
błąd, nieostrzeżona i to była przyczyna wypadku. Jeżeli chodzi o przyczyny
bezpośrednie, to one leżą po stronie rosyjskiej – mówił. Prezes PiS zaznaczył,
iż tę sprawę należy umiędzynarodowić.
Kaczyński dopytywał, dlaczego jeszcze w czerwcu rząd nie ujawnił zapisów z
czarnych skrzynek Tu-154M i sam sobie odpowiedział: bo było niespełna dwa
tygodnie do pierwszej rundy wyborów prezydenckich. – Jeżeli ktoś mówi o
politycznym wykorzystywaniu, to pan jest ostatnim, który może coś takiego
powiedzieć – zwrócił się do premiera.
Bezpośrednio po prezesie PiS głos zabrał poseł Mariusz Kamiński, rozpoczynając
od uwagi: "W tym samym czasie, kiedy Rosjanie kompromitowali Polskę w oczach
świata, premier polskiego rządu relaksował się na nartach w Dolomitach".
– Panie premierze, wie pan, co mnie najbardziej w tym wszystkim bulwersuje, tak,
że burzy się we mnie krew? To, że dziewięć miesięcy temu w pewnym szczególnym
momencie, a staliśmy wtedy obok siebie, widziałem w pana oczach łzy, i to były
prawdziwe łzy. To było na pogrzebie Sebastiana Karpiniuka. A dziś pozwala pan
Rosjanom szargać prawdę o ostatnim locie Sebastiana Karpiniuka – kontynuował,
przypominając nazwiska również innych parlamentarzystów PO, którzy zginęli pod
Smoleńskiem.
– Odwrócił się pan plecami do własnych przyjaciół, i dlatego zadedykuję panu na
końcu jeden cytat: "Człowiek bez honoru, to gorsze niż śmierć" – konkludował
Kamiński.

Wyrachowany rechot Niesiołowskiego
Zainteresowanie przepytaniem premiera Donalda Tuska było ogromne. Do głosu
zapisało się ponad 80 posłów. Był wśród nich Marek Suski (PiS), który pytał, czy
oprócz agenta PRL-owskich służb specjalnych Tomasza Turowskiego, także inni
agenci odpowiadali za organizację wizyty 10 kwietnia prezydenta Lecha
Kaczyńskiego w Katyniu.
Premier odpowiedział tylko na niewielką część pytań, do zapytań posłów odnosząc
się bardziej ogólnie. Do bardziej szczegółowych odpowiedzi wydelegowani zostali
poszczególni ministrowie.
Zapytany o to, kto podjął decyzję o kontynuowaniu lądowania polskiej maszyny
rządowej po komendzie pilotów "Odchodzimy!", minister Jerzy Miller powiedział,
że reakcja samolotu była spóźniona. – Nie mogę państwu w dniu dzisiejszym
wyjaśnić wszystkich okoliczności tego zdarzenia. Jest to przedmiotem dalszych
analiz. Hipoteza jest postawiona, ale nie jest to hipoteza, która musi być
ostateczną – zasygnalizował.
Już jednak samo zadanie pytania premierowi nie było takie proste – gdy na fotelu
marszałka zasiadł wicemarszałek Stefan Niesiołowski. Najpierw chichotał, siedząc
w ławach sejmowych, gdy inni pytania zadawali, później z wielką gorliwością –
jako prowadzący obrady – utrudniał zadawanie pytań członkom opozycji. "Proszę
zejść z trybuny", "nikt pana nie słucha", "to może wyjdzie pan na korytarz" –
tymi słowy "zachęcał" do jak najszybszego opuszczenia mównicy przez pytających.
W kilku przypadkach posłom została przerwana wypowiedź w pół zdania, zanim nawet
wybrzmiał ostatni sygnał wskazujący, że zakończył się czas na zadanie pytania.
 

Artur Kowalski

drukuj