Orzeł i reszka – swąd totalitaryzmu

Oficjalne wypowiedzi przedstawicieli nomenklatury unijnej dowodzą, że eurokraci, by móc funkcjonować, muszą mieć jasno określonego „wroga publicznego”. Na takiego „czarnego luda” zawsze można zwalić wszelkie niepowodzenia, a przy okazji ukryć fakt, że Bruksela preferuje moralność Kalego. Pamiętamy z „Pustyni i puszczy”, że jak Kali kraść krowy, to dobrze, jak Kalemu ukraść krowy, to niedobrze. Dla unijnych oficjeli demokracja jest wtedy, kiedy całkowicie kontrolują sytuację „jedynie słuszni”. Wyraził to jasno José Manuel Barroso, przewodniczący Komisji Europejskiej, w wywiadzie dla Polskiego Radia: „Szanuję wszystkie polityczne wybory, jeśli są oczywiście proeuropejskie”. Zupełnie podobnie jak w słynnym haśle Forda: „Możesz otrzymać samochód w każdym kolorze, pod warunkiem że będzie to kolor czarny”.

„Wróg publiczny” to znakomity instrument władzy. Można przecież świetnie organizować opinię publiczną, wykorzystując do tego tak zdefiniowanego przeciwnika. Oświeceni przedstawiciele obozu „postępu i demokracji” zawsze bardzo chętnie wskażą, kto jest „niesłuszny” i z rewolucyjnym zapałem zainicjują – przy wsparciu gorliwych demoliberalnych mediów – kampanię nienawiści z rytualnymi okrzykami o konieczności obrony „europejskich wartości”. Oczywiste jest, że przed wyborami do Parlamentu Europejskiego taką „czarną owcą” są eurosceptycy z naczelnym straszakiem „politycznie poprawnych” salonów – prezydentem Czech Vaclavem Klausem. Wściekłość eurokratów wzbudza krytyka traktatu lizbońskiego, który oznacza oddanie władzy nad Europą zakulisowym strukturom, z całkowitym pogwałceniem zasad demokracji.

To eurosceptycy, jak najbardziej zasadnie, przestrzegają Europejczyków, że wprowadzana jest bocznymi drzwiami eurokonstytucja. Przy jej wdrażaniu nie odwołano się do opinii publicznej, bo (poza Irlandią) utrącono referenda w krajach członkowskich, dając zielone światło dla przekształcenia UE w rządzone niedemokratycznie superpaństwo kontrolujące w sposób totalny wszystkie obszary życia. Tendencje już są widoczne. Słynna jest już dyrektywa o krzywiźnie banana czy o schodzeniu po drabinie „tyłem do niej”. W mijającym tygodniu w Brukseli trwały prace nad ocenzurowaniem internetu. Nowe przepisy w intencji Komisji Europejskiej mają nadać operatorom prawo do zablokowania lub filtrowania dostępu do stron internetowych według ich widzimisię, z pogwałceniem praw użytkowników płacących za dostęp do sieci. Ponieważ już niedługo każda formalność urzędowa będzie załatwiana jedynie drogą internetową, więc każdy mieszkaniec UE przymusowo będzie skazany na posiadanie, a więc i płacenie za internet, z jednoczesnym ograniczeniem korzystania z tego medium.

Na razie mamy zaledwie namiastkę tego, co nas czeka. A co będzie dalej w Europie, nad którą zaczyna się unosić swąd totalitaryzmu? W poprzednim felietonie wspomniałem o planowanym zakazie hodowli ziół i stosowania medycyny naturalnej. Jak twierdzą krytycy tej bardzo groźnej propozycji: „Wszystko wskazuje na to, że przygotowywane przez Komisję Kodeksu Żywnościowego WHO oraz Unię Europejską rozwiązania prawne, mające na celu faktyczną delegalizację od 1 stycznia 2010 r. naturalnych preparatów oraz związanych z nimi terapii, są elementem starannie zaplanowanych działań”. Daniel Hannan, członek parlamentu brytyjskiego, wyraził to następująco: „Jeśli widzimy z pozoru szaloną dyrektywę Brukseli, oznacza to, że ktoś gdzieś na niej zyskał”. Według niego, dyrektywy ograniczające naturalne leki czy zakazujące ich są rezultatem lobbingu ze strony wielkich spółek farmaceutycznych.Jak poucza mądrość ludowa, jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Z historii natomiast już wiemy, że w czasach tendencji totalitarnych najwięcej zarabiają na tym duże korporacje. Oczywiście kosztem zwykłych ludzi i praw obywatelskich.

Jan Maria Jackowski
drukuj