Oficerowie pod przykryciem

Z dr. Tadeuszem Witkowskim, publicystą, badaczem akt przechowywanych w
Instytucie Pamięci Narodowej, byłym pracownikiem Służby Kontrwywiadu Wojskowego
i członkiem Komisji Weryfikacyjnej ds. Wojskowych Służb Informacyjnych, rozmawia
Bogusław Rąpała

Trwa proces odtajniania materiałów dotyczących zagranicznych rezydentur
wywiadu PRL. Czy mógłby Pan opisać struktury tych rezydentur oraz wskazać
instytucje, w których były one szczególnie aktywne?

– Do niedawna były to rzeczywiście materiały objęte klauzulą tajności, toteż o
pracy rezydentur można było wnioskować w zasadzie tylko na podstawie lektury
konkretnych teczek obiektowych zachowanych w postaci mikrofilmów Departamentu I
MSW, tudzież na podstawie innych opracowań i instrukcji tego resortu, a niektóre
z teczek zostały przecież zniszczone. Przy tym nie wszystko podlegało
mikrofilmowaniu. Teczki rezydentur mówią znacznie więcej o ich działalności,
oprócz konkretnych raportów przesyłanych w szyfrogramach do centrali w Warszawie
zawierają bowiem dość szczegółowe plany pracy i sprawozdania, a także informacje
o strukturze organizacyjnej wywiadu. Wiadomo, że na czele każdej rezydentury
stał szef, zwany rezydentem. Podlegali mu oficerowie operacyjni rozmieszczeni na
terenie różnych placówek przy ambasadach, konsulatach, instytutach kultury i
spółkach handlowych. W dokumentach występują oni z reguły pod pseudonimami, te
jednak dają się rozszyfrować choćby przez zestawienie dat nominacji i odwołań z
danymi, które figurują w "instytucjach przykrycia", takich jak Ministerstwo
Spraw Zagranicznych czy też Ministerstwo Handlu Zagranicznego i Gospodarki
Morskiej.

Gdzie kierowano oficerów operacyjnych i ilu?
– To mogło wyglądać różnie. Rezydentura wiedeńska, np., liczyła w drugiej
połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku 14 pracowników rozmieszczonych w
siedmiu placówkach. Liczba ta obejmowała rezydenta, jedenastu oficerów
operacyjnych, szyfranta i kierowcę. Czterech pracowników (rezydent, jeden z
oficerów, szyfrant i kierowca) rezydowało na terenie ambasady, jeden w
konsulacie, pięciu (w tym dwóch oficerów II linii) w Biurze Radcy Handlowego.
Jeden oficer zatrudniony był w Instytucie Polskim, jeden w przedstawicielstwie
PRL przy ONZ, jeden (oficer II linii) w jakiejś innej organizacji
międzynarodowej. O siódmej placówce dokument milczy. Tak czy inaczej to duża
liczba, trzeba wszakże pamiętać, że Wiedeń był zawsze uznawany za raj dla
szpiegów i w innych rezydenturach liczba pracowników mogła być znacznie
mniejsza.

Kogo wyznaczano do pracy w rezydenturach?
– To byli kadrowi oficerowie wywiadu cywilnego. Ci z kolei kierowali pracą
pozyskanych agentów. Niektórzy z pozyskanych mogli być wcześniej tajnymi
współpracownikami Departamentu II MSW (kontrwywiadu cywilnego) bądź Departamentu
III, który zajmował się rozpracowywaniem opozycji politycznej w kraju. Gdy ktoś
taki wyjeżdżał na Zachód, Departament I "przejmował go", nadawał mu nowy
pseudonim i wyznaczał nowe zadania. Oficer rezydentury nawiązywał z nim wtedy
kontakt i wdrażał go do nowej roli. Oczywiście, agentów werbowano również
spośród osób mieszkających stale poza granicami PRL, takich trzeba było jednak
najpierw opracować i wciągnąć do współpracy, co nie zawsze kończyło się
sukcesem.

Miejsca ulokowania agentów mogą wskazywać na główne obszary zainteresowań
komunistycznych służb wywiadowczych…

– Z całą pewnością. Trzeba pamiętać, że komunizm był systemem niewydolnym
gospodarczo. Dlatego żeby wytrzymać konkurencję z resztą świata, państwa bloku
moskiewskiego musiały kraść nowe technologie. W tym celu do współpracy
pozyskiwano często specjalistów z różnych dziedzin, którzy wyjeżdżali na Zachód
w ramach wymiany naukowej. Prowadzono jednak również operacje o charakterze
ściśle politycznym. Na celowniku operacyjnym Departamentu I MSW znajdowały się
instytucje i ludzie związani z kształtowaniem opinii, zagraniczne uczelnie,
organizacje, media… w tym również (a może nawet przede wszystkim) organizacje
i media polonijne, w szczególności te, które współpracowały z opozycją
demokratyczną i niepodległościową w Polsce. W języku komunistów funkcjonował w
związku z tym termin "dywersja ideologiczna". Zwalczaniem "dywersji
ideologicznej" zajmował się od roku 1978 Wydział XIX Departamentu I (wcześniej
Wydział VIII). Konkretne zadania na tym odcinku powierzano w rezydenturach
pionowi "E".

Czy rezydentury były również odpowiedzialne za zdobywanie informacji
związanych z przemysłem zbrojeniowym?

– Sprawami związanymi z wojskowością zajmowali się oficerowie attachatów
wojskowych przy ambasadach PRL podlegający Zarządowi II Sztabu Generalnego LWP.
Im z kolei podlegała cała lokalna wojskowa agentura. Struktura ta przetrwała
gdzieś do roku 1982. W momencie, kiedy po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce
część pracowników ambasad i konsulatów odmówiła powrotu do kraju, doszło do
dekonspiracji niektórych "oficerów pod przykryciem dyplomatycznym" i
prowadzonych przez nich agentów. Centrala wyłączyła wówczas pozostałą agenturę
spod kontroli attachatów. Kontrolę nad nią powierzono specjalnie utworzonemu
Oddziałowi "Y".

Instytucją, którą szczególnie interesowały się służby PRL, był Kościół
katolicki. Obecnie w Polsce rozpoczął się proces lustracyjny Tomasza
Turowskiego, który pracował jako "nielegał" w Watykanie. Czy zanim zrobiło się o
nim głośno w prasie, natrafił Pan na jego nazwisko, gdy zajmował się Pan
służbami specjalnymi?

– Nie, był przecież głęboko zakonspirowanym oficerem wywiadu nielegalnego, który
przeszedł do służby cywilnej w III Rzeczypospolitej. Akta takich urzędników
trafiają z reguły do zbioru zastrzeżonego IPN. O przeszłości Turowskiego stało
się głośno w związku z jego procesem lustracyjnym i funkcją, jaką pełnił w
Moskwie przed tragiczną katastrofą smoleńską. Dzięki temu, że w ostatnim czasie
odtajniono materiały Wydziału XIV Departamentu I, redaktor Gmyz mógł wpaść na
trop jego działalności z czasów komunizmu. W materiałach rezydentur takich
informacji nie ma. Są jedynie raporty pionu "R" oparte na doniesieniach
informatorów, którzy nie byli oficerami wywiadu nielegalnego. Raporty dotyczyły
różnych spraw, chociażby tego, jak dane państwo reagowało na niektóre posunięcia
Stolicy Apostolskiej. Takie meldunki spływały do centrali z całego świata.
Watykan znajdował się w czołówce państw, którymi interesował się wywiad
komunistyczny. Traktowano go na równi z państwami należącymi do NATO. Centralę w
Warszawie interesowały różne sprawy: pielgrzymki Ojca Świętego, jego encykliki,
homilie, ale także stan zdrowia, a niekiedy to, co zjadł na śniadanie.
Przedmiotem zainteresowania była też w równym stopniu sytuacja w Kościele
polskim, tak jak widziano ją z perspektywy Watykanu i innych państw. Co
ważniejszymi informacjami centrala dzieliła się z sojusznikami, o czym świadczą
choćby zachowane dokumenty w języku rosyjskim.

Czy "nielegałowie" byli całkowicie wyłączeni spod kontroli rezydentur?
– Z reguły nie dochodziło do bezpośredniej współpracy między oficerem
nielegalnym a rezydentem. Rezydentura wykonywała jednak niekiedy czynności
pomocnicze na rzecz "nielegałów". Należało do nich m.in. informowanie o
zaostrzającej się sytuacji wywiadowczej w danym kraju, o sytuacji na przejściach
granicznych, a także zabezpieczanie danych o ruchu wizowym czy pomoc w
organizowaniu fałszywych dokumentów. Szef rezydentury mógł mieć niekiedy dostęp
do informacji, kto jest "nielegałem", ale inni oficerowie takiej wiedzy nie
posiadali, a w każdym razie nie powinni jej posiadać. W latach 80. prowadzeniem
"nielegałów" zajmował się Wydział XIV Departamentu I MSW. Podczas gdy
korespondencja między rezydenturą a centralą w Warszawie przybierała na ogół
formę wysyłanych oficjalnie szyfrogramów, "nielegałowie" posługiwali się w
komunikacji z Wydziałem XIV metodami, które technologia informacji określa dziś
mianem steganografii i korzystali z własnych kanałów przesyłowych, najczęściej
radiowych i (w późniejszym okresie) komputerowych.

Czy zgodziłby się Pan z tezą postawioną przez byłego szefa UOP Zbigniewa
Siemiątkowskiego, że to, iż do dzisiaj nasze służby nie zostały oczyszczone z
agentów wywiadu PRL, "zawdzięczamy" Stanom Zjednoczonym, które forsowały decyzję
o pozostawieniu ich w służbie i pozyskaniu do dalszej pracy po 1989 roku?

– Oczywiście, że nie! Przedstawiciele dawnego peerelowskiego wywiadu, którzy
nadal sprawowali swoje funkcje po roku 1989, nie prowadzili rozmów w tej sprawie
z władzami amerykańskimi ani z amerykańskim agencjami rządowymi. Wiosną 1990
roku rzeczywiście doszło do nieoficjalnych rozmów z przedstawicielami CIA, ale
Centralna Agencja Wywiadowcza nie ma statusu agencji rządowej. Jest jedną z
szesnastu agencji należących do tzw. Wspólnoty Wywiadowczej (Intelligence
Community) i przy tym – jedyną agencją niezależną. W Stanach Zjednoczonych
poszczególne resorty władzy wykonawczej posiadają własne jednostki organizacyjne
zajmujące się gromadzeniem informacji związanych ze sprawami bezpieczeństwa
narodowego, wywiadu i kontrwywiadu. Departament Obrony ma ich osiem, Departament
Sprawiedliwości dwie, Departament Bezpieczeństwa Państwa również dwie. Jedna
podlega Departamentowi Stanu, jedna Departamentowi Zasobów Energetycznych, jedna
Departamentowi Finansów. Prezydenci Stanów Zjednoczonych korzystają z usług CIA
jako niezależnej organizacji cywilnej zajmującej się wywiadem zagranicznym, nie
mają jednak bezpośrednio wpływu na podejmowane przez nią działania. W książce
Zbigniewa Siemiątkowskiego "Wywiad a władza" znalazłem zresztą zdanie świadczące
o tym, iż przedstawiciele agencji świadomie dążyli do odsunięcia amerykańskich
instytucji federalnych od rozmów z delegacją wywiadu ówczesnego MSW. "Pierwotnie
planowano (…) – pisze autor, powołując się na Beardena – nawiązanie kontaktów
w Waszyngtonie, ale zrezygnowano z tego zamiaru, gdyż CIA zależało na zachowaniu
pełnej dyskrecji, a zgodnie z prawem amerykańskim do operacji tej musiałoby być
włączone FBI". Czy o strategii CIA zadecydowały jakieś partykularne interesy,
czy po prostu pragmatyka wywiadowcza, tego nie wiemy. Można jednak mieć
wątpliwość, czy z punktu widzenia FBI, której działaniom przyświeca przede
wszystkim troska o bezpieczeństwo wewnętrzne Stanów Zjednoczonych, było to dobre
rozwiązanie. Któż bowiem mógł dać gwarancje, że peerelowska agentura zamrożona
na kontynencie amerykańskim nie zostanie wykorzystana w przyszłości przez
dawnych moskiewskich mocodawców.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj