Odsłonić „układ trzymający banki”
Rozmowa z dr. Januszem Szewczakiem,
ekspertem bankowym
Jaki jest bilans prywatyzacji polskiego sektora bankowego? Czy jakaś instytucja
próbowała dokonać podsumowań, czy też zadanie to spadnie na sejmową komisję
śledczą?
– Przez te piętnaście lat układ rządzący polską prywatyzacją, a zwłaszcza układ
trzymający prywatyzację rynku finansowego, dbał o to, aby nie ukazało się żadne
merytoryczne, pogłębione opracowanie na temat skutków i przebiegu procesu prywatyzacji
banków. Są przyczynkarskie opracowania, publikacje prasowe, podejmowaliśmy
takie tematy z prof. Jerzym Żyżyńskim, z prof. Stefanem Kurowskim i czasem
udawało się przebić. Dzisiaj bilans ekonomiczny jest już oczywisty. Przez 15
lat z prywatyzacji gospodarki osiągnęliśmy zaledwie ok. 70 mld zł. Jest to
1/10 wartości tego, co sprzedaliśmy! W tych 70 mld zł z prywatyzacji zaledwie
25 mld zł, czyli ok. 7 mld USD, to wpływy z prywatyzacji sektora bankowego.
To wręcz kompromitujące dla tych, którzy decydowali o sprzedaży. Sam zysk netto
banków komercyjnych w latach 2004-2006 wyniósł około 25 mld zł.
Politycy, którzy tym transakcjom patronowali, twierdzą, że właśnie dlatego
banki osiągają dziś tak wysokie zyski, że po prywatyzacji lepiej pracują…
– Jednak przy ich wycenie należało wziąć pod uwagę, że bank przynosi zysk nie
przez rok, ale przez lata. Bank, który sprzedawaliśmy za 0,5-1 mld USD, czyli
1,5-3 mld zł, dzisiaj w ciągu roku daje 1,5 mld zł zysku rocznie, a aktywa
takiego banku wynoszą od kilkunastu do 90 mld zł, jak w przypadku PKO BP. Mimo
to sprzedając połowę tego banku, wyceniono akcje na kwotę zaledwie 7 mld zł.
To tak jakby sprzedać kopalnię złota za worek złota. A i ten skromny miliard
złotych, jaki otrzymywaliśmy za jeden czy drugi bank, często był płacony na
raty, w kilku transzach.
Czy to znaczy, że obejmowano bank, zarabiano na nim, a następnie z zysku spłacano
Skarb Państwa?
– Jeżeli Pekao SA i BPH zostały sprywatyzowane łącznie za jakieś 3 mld USD,
tj. 8-9 mld zł, a aktywa tych banków są dziś warte 115 mld zł, to ta rozpiętość
jest porażająca. Bilans ekonomiczny prywatyzacji wypada wyjątkowo niekorzystnie.
Banki kwitną, przynoszą rocznie czystego zysku tyle, za ile zostały sprzedane,
mają rosnące aktywa, a jednocześnie ceny usług bankowych w Polsce należą do
najwyższych w Europie. Opowieści o tym, że tak nie jest, są kłamliwe. Tylko
3-4 kraje w Europie mają wyższe ceny usług. Ma więc rację przewodniczący komisji
śledczej poseł Artur Zawisza, kiedy mówi, że trzeba się tej sprawie przyjrzeć.
Czy porównanie to dotyczy cen bezwzględnych usług bankowych, czy ich relacji
do zarobków?
– Chodzi o ceny bezwzględne. W relacji do dochodów porównanie wypada jeszcze
gorzej: mamy najwyższe ceny w Europie i jedne z najwyższych na świecie.
Z czego to wynika?
– Z tego, że stworzono eldorado dla właścicieli banków, nie zachowując sobie
możliwości oddziaływania na ten sektor. Nie widać nawet chęci takiego oddziaływania.
Ile jest banków komercyjnych?
– Kilkanaście liczących się i kilkadziesiąt mniejszych.
Dlaczego nie biją się o klienta, zbijając ceny usług? Czy jest ich za mało?
– Nie prowadzą między sobą konkurencji, bo nikt ich do konkurencji nie zmusza.
Nie wpuszcza się nowych podmiotów na rynek, lecz chroni te, które już na
nim są.
Jaki jest udział kapitału zagranicznego w tym sektorze?
– Ten udział, początkowo niewielki, w pewnym momencie zaczął lawinowo narastać.
W 1995 r. udział kapitału zagranicznego w kapitale zakładowym banków komercyjnych
wynosił ok. 600 mln zł, tj. 18 procent. W 2000 r. nastąpił gigantyczny skok
– do 4,5 mld zł, tj. o ponad 50 procent. W 2003 r. było to już prawie 7 mld
zł, tj. 60 procent. W 2004 r. przekroczono ten pułap i po sprzedaży przez
duet Belka-Socha 50 proc. akcji PKO BP praktycznie ok. 80 proc. sektora bankowego
jest w rękach kapitału zagranicznego. To jest wielkość praktycznie niespotykana
w rozwiniętych krajach UE.
Węgry mają więcej.
– Pani Gronkiewicz-Waltz zawsze przywołuje ten przykład. Ale Węgry, Słowacja
to są małe kraje, ich sektor bankowy nie odgrywa większej roli. W większości
krajów UE udział kapitału obcego waha się od kilku do maksymalnie 20-30 procent.
Rozwinięte kraje potrafią dbać o własny rynek. Niedawno miała miejsce awantura
we Włoszech, bo prezes banku centralnego blokował wejście innych banków na
rynek włoski.
Lewicowo-liberalne partie i media robiły wszystko, aby komisja śledcza ds.
banków nie powstała. Kto się jej boi?
– Na pewno boją się – i mają do tego podstawy – kolejni prezesi NBP, czyli
Hanna Gronkiewicz-Waltz i Leszek Balcerowicz, kolejni szefowie nadzoru bankowego
działającego jeszcze w ramach NBP – pani Ewa Śleszyńska-Charewicz, która piastowała
ten urząd przed obecnym szefem GINB, panem Wojciechem Kwaśniakiem. Sądzę, że
boją się również szefowie Ministerstwa Finansów, odpowiedzialnego za prywatyzację
banków, a konkretnie były wielokrotny minister finansów Leszek Balcerowicz,
wiceminister Alicja Kornasiewicz, minister Marek Borowski, wiceminister Stefan
Kawalec, Jarosław Biernacki – były dyrektor departamentu systemu bankowego
w Ministerstwie Finansów, Sławomir Cytrycki – szef resortu skarbu, i inni.
Wiele z tych osób będzie zapewne zeznawać przed komisją śledczą. Zagranicznych
inwestorów trudno potępiać za to, że chcieli coś kupić tanio i ciągnąć z tego
zyski. Natomiast jeśli praktycznie zlikwidowało się narodowy sektor bankowy
i władza nie ma żadnych instrumentów oddziaływania na rynki finansowe, a jednocześnie
chce jakoś poruszyć te tłuste karpie, musi wpuścić szczupaka na rynek – np.
jakiś bank azjatycki, który podyktowałby warunki konkurencyjne, albo też odkupić
to, co zostało sprzedane głupio i tanio, a często w sposób aferalny, i utworzyć
własną narodową grupę bankowo-ubezpieczeniową. Skoro Niemcy mają swój Allianz,
skoro Włosi mają swoją Generali, skoro Holendrzy mają swój ING, to dlaczego
Polacy nie mieliby mieć dużej instytucji składającej się z PKO BP, BGK, BOŚ,
Banku Pocztowego, ewentualnie PZU?
Jest jeszcze trzecia droga – zadbać o dobry, scentralizowany nadzór finansowy.
– Funkcjonowanie nadzoru bankowego to jeden wielki skandal. Jego szefowie chwalą
się regularnie w mediach, jaki to doskonały nadzór zbudowali. A ten nadzór
dziwnym trafem nie zauważył wielu aferalnych prywatyzacji w Polsce po 1990
r., nie zauważył, że banki regularnie łamały umowy prywatyzacyjne… Przypomnę
umowę dotyczącą prywatyzacji Pekao SA, która zakazywała UniCredito nabywania
innych banków na polskim rynku. UCI złamało ją, zarówno nabywając BPH, jak
i wcześniej – przy nabyciu akcji Wschodniego Banku Cukrownictwa. Mało tego
– nie było widać interwencji nadzoru bankowego w stosunku do dużych banków
komercyjnych, kiedy te generowały gigantyczne straty. Taki Kredyt Bank wygenerował
swego czasu, już po przejęciu przez Belgów, prawie 1,5 mld zł strat. To powinno
obligować nadzór do interwencji, co nie miało miejsca. Nadzór zajmował się
wyłącznie małymi bankami, które mógł łatwo karać, natomiast w sprawach bankowych
gigantów nie reagował na nieprawidłowości.
A jak podchodził do prywatyzacji?
– Moim zdaniem, prawie przy każdej prywatyzacji w sektorze bankowym dochodziło
do poważnych naruszeń prawa. O prywatyzacji banków decydował układ jeszcze
bardziej wyselekcjonowany niż o prywatyzacji w ogóle. Nie było możliwości
krytyki prywatyzacji, a ci, którzy próbowali to robić, byli zawzięcie atakowani.
Nie przebierano w środkach – od wyzywania od oszołomów po grożenie procesami.
Dostęp do informacji był praktycznie żaden, nawet dla pracowników banków
czy związków zawodowych. Co więcej – organa ścigania nie reagowały na doniesienia
o przestępstwie składane przez środowiska, które zauważyły nieprawidłowości.
Wiele spraw z inicjatywy pracowników bankowości lub związków zawodowych trafiło
do prokuratury, ale nigdy nie ujrzały światła dziennego. Ponad 90 proc. takich
zgłoszeń zostało umorzone lub nie nadano im biegu. Najlepszym przykładem
jest sprawa powstania Polskiego Banku Inwestycyjnego i jego prywatyzacji
na rzecz Kredyt Banku.
Nie pamiętam tej sprawy.
– To jest sprawa z 1997 roku. Są bardzo istotne zarzuty co do sposobu powołania
tego banku przez NBP, wywianowania go, a potem sprywatyzowania na rzecz bardzo
słabego finansowo podmiotu, jakim był Kredyt Bank. Gdy to wszystko miało
miejsce, PBI był dwudziesty na liście banków, a Kredyt Bank – dziewiętnasty.
PBI był na dwunastej pozycji pod względem sumy bilansowej (4,2 biliona starych
złotych), a Kredyt Bank na siedemnastej. Wynik finansowy PBI był przeszło
dwukrotnie wyższy niż Kredyt Banku. Dlaczego zatem NBP pod wodzą Hanny Gronkiewicz-Waltz
zdecydował się na tę prywatyzację? Nawiasem mówiąc, bank centralny nie powinien
być jednocześnie założycielem banku i nadzorować jego sprzedaży. A sprzedaż
tę nadzorował wówczas wiceprezes NBP Witold Koziński, prawa ręka pani Gronkiewicz-Waltz.
NBP zastosował transakcję wiązaną – sprzedał bardzo rentowny PBI z notującym
straty Prosper Bankiem. To my – podatnicy, Skarb Państwa, NBP – zapłaciliśmy
za tę sprzedaż. O kupno tego banku zabiegał austriacki Credit Anstalt, ale
przegrał z Kredyt Bankiem…
Dlaczego nagle okazało się, że wygrał bank o polskim kapitale, i to dość słaby?
Zazwyczaj preferowany był silny kapitał zagraniczny.
– Szefową Prosper Banku była koleżanka Hanny Gronkiewicz-Waltz – pani Martyna
Lisecka-Klinz, o czym rozpisywała się wówczas prasa. Kredyt Bank obiecał dokapitalizować
PBI, ale nie miał swoich pieniędzy. Już w lutym tego roku, gdy miała miejsce
prywatyzacja, wystąpił do PKO BP o 60 mln zł pożyczki i 4 kwietnia 1997 r.
ją otrzymał. W ten sposób prywatny bank kupił bank państwowy częściowo za kredyt
zaciągnięty z publicznych pieniędzy. Dziś Kredyt Bank jest w rękach Belgów.
Sprawa tej prywatyzacji trafiła do prokuratury na wniosek związku zawodowego
pracowników NBP i PBI. Nosi on datę 28 kwietnia 1997 roku. We wniosku podniesione
zostały bardzo poważne zarzuty. I do dziś nie wiemy, co z tą sprawą. Kolejna
kwestia, która wymaga zbadania, to prywatyzacja Banku Śląskiego w latach 1994-1995.
Powstała nawet wtedy quasi-komisja śledcza, która miała tę transakcję prześwietlić.
Jej szefem został poseł Bogdan Pęk, a ja byłem doradcą. W ciągu jednej nocy
na akcjach tego banku uzyskano 13-krotne przebicie. Była tam słynna specjalna
lista osobistości ze świata polityki i mediów, które otrzymały akcje z rezerwy.
Do dzisiaj nie wiadomo, kto znalazł się na tej liście. Dysponował nią nieżyjący
już Lesław Paga, szef Komisji Papierów Wartościowych. Po tej prywatyzacji postawione
zostały zarzuty prokuratorskie.
Kto je otrzymał?
– Stefan Kawalec – wiceminister finansów, Henryk Chmielak – urzędnik MF, i
Sławomir Sikora z MF. I cisza. Nie wiadomo nawet, czy sprawa trafiła w końcu
do sądu. Mało tego – wszystkie te osoby do dzisiaj piastują poważne stanowiska
w sektorze finansów. Ministrem finansów odpowiedzialnym za tę prywatyzację
był Marek Borowski. Został on zdymisjonowany, a więc poniósł wyłącznie odpowiedzialność
polityczną.
Gdzie dzisiaj zasiadają te osoby? Borowski jak wiadomo jest szefem SDPL, a
reszta?
– Stefan Kawalec jest dyrektorem strategicznym w PZU, Sikora – prezesem Citibanku,
tego, który przejął Bank Handlowy, a Chmielak działa w prywatnej firmie ubezpieczeniowej.
Jedną z najszybciej i najciszej przeprowadzonych prywatyzacji była prywatyzacja
Banku Handlowego. Przemknęła prawie bez dyskusji. Mówiono, że forsował ją sam
prezydent Kwaśniewski.
– To bardzo poważna sprawa. Tę prywatyzację przeprowadzono w 1997 roku. Została
dokonana w sposób odbiegający od stosowanych wówczas mechanizmów. Polegała
na tym, że Skarb Państwa nie dostał akcji, lecz zamienne obligacje, czyli papiery,
które odzwierciedlały akcje, ale nimi nie były – tzw. spozy. Bank Handlowy
był bankiem dewizowym, po 1989 r. kontrolował około 70 proc. obrotów zagranicznych
Polski i 15 proc. obsługi warszawskiej giełdy. Cieszył się dobrą renomą, miał
znakomity współczynnik bilansowy, wysoki zwrot na kapitale – na poziomie 30
procent. Wypłacalność banku wynosiła 16 procent – to wskaźnik dwa razy wyższy
niż wymagała Unia Europejska. W 1996 r. suma bilansowa BH wzrosła o 50 procent
– do kwoty około 15 mld zł, a zysk zwiększył się o przeszło 25 procent i wynosił
tuż przed prywatyzacją 530 mln zł. Tymczasem wartość BH oszacowano na miliard
dolarów, tj. około 2,5 mld zł. To absolutny skandal, oddano go praktycznie
za darmo. Prezesem NBP była w tym czasie Hanna Gronkiewicz-Waltz. W Ministerstwie
Finansów rządził SLD. Początkowo nie sprzedano tego banku inwestorowi strategicznemu.
Po kilku latach nabył go amerykański Citibank.
Równie tajemnicza jest prywatyzacja Pierwszego Komercyjnego Banku w Lublinie,
zwanego bankiem Bogatina. W jego oddziale warszawskim zasiadał Wiesław Kaczmarek.
I wreszcie – kwestia powstania i prywatyzacji BIG w początkach lat 90. Ten
bank, założony przez PZU, Wartę, Universal, Pocztę Polską, zasilony został
na początek sumą 65 miliardów starych złotych przez PZU. Kolejne 100 miliardów
złotych ulokował w nim FOZZ. Wszedł na giełdę, urósł, kupił większy i bogatszy
od siebie Bank Gdański. Fundusze własne BIG sytuowały go na dwunastym miejscu
w rankingu, a Bank Gdański był ósmy. Suma bilansowa lokowała Bank Gdański na
jedenastej pozycji, zaś BIG – na dwudziestej pierwszej. To był skandal, który
nie powinien był ujść uwagi nadzoru bankowego. Nadzorem kierowała wtedy Hanna
Gronkiewicz-Waltz.
Zdaje się, że praktyka kupowania dużych podmiotów przez małe nomenklaturowe
spółki była w przeszłości dość powszechna. Ten manewr powtórzył potem BIG BG,
kupując wraz z Eureko wielki państwowy zakład ubezpieczeniowy – PZU.
– Historii BIG warto się przyjrzeć także dlatego, że przewijają się w niej
ludzie, którzy później funkcjonowali w innych bankach: Stanisław Pacuk – późniejszy
prezes Kredyt Banku, wcześniej związany z Bankiem Gawriłowa; na liście pierwszych
prokurentów był Wiesław Huszcza, skarbnik SdRP, członkiem rady banku był Grzegorz
Żemek, skazany w aferze FOZZ. Jedną z ważnych rzeczy do wyjaśnienia powinna
być transakcja NBP z 1998 r. związana z długami służby zdrowia. Chodzi o tzw.
aferę sprzętową na kwotę 44 mln zł (dziś z odsetkami ok. 120-140 mln). BIG
BG skupił długi szpitali. Potem – na mocy umowy – NBP nabył od BIG BG prawa
do szpitalnych wierzytelności powstałych z rzekomych darowizn sprzętu medycznego.
Czy nie było wtedy przepisów, które blokowałyby takie przeciwne naturze połykanie
rekinów rynku finansowego przez płotki?
– Ależ były przepisy regulujące kwestię wiarygodności finansowej nabywcy banku,
jednak nagminnie je łamano! Warto by się przyjrzeć, jak sprywatyzowano Polski
Bank Rozwoju, Łódzki Bank Rozwoju, Bank Przemysłowo-Handlowy, Bank Zachodni,
który kupił Allied Irish Bank i inne.
Czy można się pokusić o zarysowanie mechanizmu rządzącego przejęciami i nabywaniem
banków?
– Przede wszystkim był to proces kontrolowany przez wybrane grono osób. Szczególne
w nim miejsce przypadło pani Alicji Kornasiewicz, wiceminister z Unii Wolności
i prawej ręce Balcerowicza. Nazywano ją nawet "Alicją w Krainie Banków".
Odpowiadała za prywatyzację banków, a także PZU, Warty, Telekomunikacji Polskiej.
To ona wraz z Balcerowiczem nadzorowała prywatyzację Pekao SA, odbywając w
tej sprawie wizyty zagraniczne. Jaki był ogólny mechanizm? Najpierw upatrywano
tłustego łupu, selekcjonowano zwierzynę, potem ją dokarmiano (bo te banki zostały
dokapitalizowane obligacjami służącymi do oddłużenia na kwoty idące w dziesiątki
bilionów starych złotych z budżetu państwa), a następnie były one tanio przejmowane
przez wybrane podmioty, wreszcie – sprzedawane w ręce zagraniczne. Pomoc na
oddłużenie przydzielał NBP, często w postaci preferencyjnych pożyczek oprocentowanych
na 1 proc. rocznie. A pamiętajmy, że wtedy, w połowie lat 90., kredyty komercyjne
oprocentowane były na kilkadziesiąt procent.
Ile wyniosła cała pomoc publiczna dla banków komercyjnych?
– To nie jest jasne, ale szacuję ją na co najmniej kilkanaście do dwudziestu
bilionów starych złotych.
Można więc powiedzieć, że polskie społeczeństwo, nic o tym nie wiedząc, sponsorowało
prywatyzację banków? W tym czasie bezwzględnie cięto wydatki społeczne, a rządy
lamentowały, że w budżecie brakuje środków…
– Jeden bank dostawał nawet 500-600 miliardów starych złotych
pomocy.
Celem prywatyzacji miały być tańsze usługi bankowe i większa ich dostępność.
Tymczasem dziś okazuje się, że doszło do nadmiernej koncentracji na rynku bankowym
i ceny usług idą w górę.
– Koncentracja i monopolizacja tego rynku rośnie. Po połączeniu Pekao SA z
częścią BPH będzie jeszcze gorzej. Ceny usług są bardzo wysokie. NBP dba o
to, by banki puchły od nadmiaru gotówki. Szacuje się, że nadpłynność w sektorze
bankowym wynosi ok. 30-50 mld zł.
Z czego to wynika?
– Jeżeli inflacja jest na poziomie 0,4-0,5 procent, podstawowa stopa procentowa
– 4 procent, a kredyt – 9-14 procent, to nie może być inaczej. Banki duszą
się od nadmiaru gotówki. Nie mają chęci ani bodźców, by pożyczać pieniądze
przedsiębiorstwom i pilnować wykonania inwestycji, skoro mogą bardzo dużo
i drogo pożyczyć budżetowi, lokując środki w obligacje i inne skarbowe papiery
wartościowe. Mogą też pożyczać NBP – bo żeby było śmieszniej, NBP sprzedawał
bankom komercyjnym własne bony pieniężne, wysoko oprocentowane…
Po co? Żeby ściągnąć ten nadmiar gotówki? Gdy jednocześnie dyktował wysokie
stopy?
– Tak, dawał im jeszcze dodatkowo zarobić. Po co bank holenderski ma kupować
obligacje rządu niemieckiego, oprocentowane na 2,5 procent, gdy pod bokiem
ma polskie, oprocentowane na 5 procent? To czysty zysk.
Jutro ma się zebrać komisja śledcza ds. banków, by omówić sprawy techniczne
i ustalić plan pracy. Jak się do tego zabrać? Skąd czerpać materiał dowodowy?
W jednej tylko prywatyzacji Banku Handlowego czy Śląskiego można przecież ugrzęznąć
na całe miesiące.
– Prywatyzacja banków dostarcza tak wiele przykładów ewidentnego naruszania
prawa, że praktycznie czym by się komisja nie zajęła, trafi na nieprawidłowości
i natknie się na układ, na "grupę trzymającą banki". Odsłonięcie
kulisów przemian może być ogromnym szokiem, zarówno dla społeczeństwa, jak
i grona fachowców, którzy dotąd milczeli. Poza nielicznymi wystąpieniami prof.
Żyżyńskiego, prof. Kurowskiego, Polskiego Lobby Przemysłowego, reszta przeważnie
milczała albo skłonna była twierdzić, że pan Balcerowicz jest nieomylny, a
Hanna Gronkiewicz-Waltz jest światowej klasy specjalistką. A wystarczy tylko
policzyć słupki. Tu się nic nie zgadza. Jeśli panowie Belka z Sochą musieli
na sam koniec urzędowania sprywatyzować połowę PKO BP i za bank, który ma blisko
90 mld aktywów, uzyskali niecałe 7 mld zł, gdy pod okienkami tegoż banku w
kolejkach stało kilkaset tysięcy Polaków z kredytami na kwotę 14-20 mld zł
na kupno akcji, a mimo to doradcy i minister Socha nie podnieśli znacząco ceny
akcji, to coś tu jest nie w porządku.
Eksperci utrzymują jednak, że nie można sprzedać dużej spółki drobnym inwestorom,
bo inwestorzy indywidualni kupują akcje, żeby szybko zarobić. Na najbliższych
sesjach te akcje i tak trafią w nie wiadomo czyje ręce.
– Ale na stole leżało 14-20 mld zł. Dlaczego sprzedano za 7 mld? Gdyby całą
pulę akcji pozwolono zakupić inwestorom indywidualnym, to sprzedając je, pięknie
by na tym zarobili i Polacy, i Skarb Państwa. Chociaż uważam, że prywatyzacja
PKO BP była zupełnie niepotrzebna.
Od czego komisja powinna rozpocząć pracę?
– Komisja musi w dużej mierze korzystać z fachowców. Na to nie powinno jej
braknąć pieniędzy.
Ale niezależnych fachowców w tej dziedzinie prawie nie ma, większość tkwi
w jakimś układzie finansowym.
– To nieprawda, są eksperci. Choćby wspomniany przeze mnie prof. Jerzy Żyżyński
z Uniwersytetu Warszawskiego, który niejednokrotnie polemizował z Balcerowiczem,
czy dr Waldemar Gontarski, ekspert prawa europejskiego, lub prof. Stefan Kurowski.
Pamiętajmy też, że w ostatnich 15 latach z sektora bankowego zwolniono 35 tys.
pracowników. Wśród nich są wybitni fachowcy, którzy bankowość mają w małym
palcu. Pierwsze, co ta komisja powinna zrobić, to zwrócić się do prokuratora
generalnego i wszystkich prokuratur wojewódzkich, do Komisji Papierów Wartościowych
i Giełd oraz do dysponentów archiwów UOP o dostarczenie jej wszelkich zawiadomień
i dokumentów, które w formie wniosków prokuratorskich wpływały do tych struktur
od pracowników banków i związków zawodowych. Tam jest zgromadzona szeroka dokumentacja
tego, co się działo. Ktoś, kto decydował się wtedy podjąć wojnę z całym rządzącym
establishmentem, musiał się do tego dobrze przygotować. Komisja powinna też
wystąpić do NIK, która badała m.in. prywatyzację Banku Śląskiego, PKO BP, a
także proces dokapitalizowania banków komercyjnych.
Czy komisja powinna skupiać się na konkretnych prywatyzacjach?
– Parę modelowych transakcji należałoby prześledzić. Warto byłoby uzyskać dokumenty
z nadzoru bankowego i NBP.
Ale to jest tajemnica bankowa.
– Nie można się zasłaniać tajemnicą bankową przy wykonywaniu uprawnień przez
organy i instytucje państwowe umocowane w Konstytucji. Tu nie chodzi o prywatne
umowy pana Balcerowicza czy pani Gronkiewicz-Waltz. Tajemnicy bankowej nadużywano,
ponieważ nie było nikogo, kto powiedziałby, że to lipa, pretekst do tego,
by zasłaniać się przed wglądem w różne niecne procedery. Komisja musi sobie
sporządzić tzw. mapę drogową. Warto na początek sięgnąć do BIG, bo tam się
rodziły pewne fortuny, tam wypracowywano ścieżki, z których później wielokrotnie
korzystano, i tam pojawiają się ci sami ludzie, którzy potem będą się przewijać
przy prywatyzacji banków: Bogusław Kott, Andrzej Olechowski (Bank Turystyki)
i cała wierchuszka SLD.
Czy coś tych ludzi łączy?
– Łączy ich przynależność do "grupy trzymającej kasę". Niedawno było
głośno o grupie trzymającej giełdę, ale jest także grupa trzymająca banki.
Dziękuję za rozmowę.
Małgorzata Goss
