Oddali życie, ratując Żydów
Z ks. dr. Józefem Barem, wikariuszem sądowym, delegatem metropolity
przemyskiego w procesie rogatoryjnym dotyczącym rodziny Ulmów, rozmawia
Małgorzata Bochenek
Czym dla Księdza było spotkanie, poprzez prowadzenie prac procesowych, z
rodziną Ulmów?
– Spotkania z bohaterami zawsze są interesujące, czasem przejmujące… A takimi
bohaterami byli Wiktoria i Józef Ulmowie, choć sami za takich nigdy się nie
uważali. We własnych oczach byli zwyczajnymi ludźmi, bo czynili to, co dyktowało
im serce, sumienie ukształtowane wiarą.
Co wybija się na pierwszy plan w zeznaniach świadków?
– Lista świadków w procesie jest długa. Trudno tu mówić o szczegółach, bo do
czasu beatyfikacji proces objęty jest tajemnicą. Ale można powiedzieć, że wśród
zeznających byli bliscy i dalsi krewni bohaterów z Markowej. Wśród świadków
znaleźli się także sąsiedzi, a nawet rówieśnicy najstarszych spośród dzieci
Ulmów. Całość zeznań dobrze opisuje środowisko, z którego pochodzili nasi
bohaterowie, ich przekonania i poglądy, pasje, aspiracje oraz życiowe ideały.
Odzwierciedla również atmosferę tamtych dni, gdy człowiek w swej godności był
upokarzany i zastraszany. Być wówczas bohaterem było bardzo trudno; często
oznaczało to po prostu śmierć. Naoczni świadkowie mordu na rodzinie Ulmów dziś
już nie żyją. Zresztą było ich niewielu. W momencie gdy zamordowano ostatnie
ofiary, na posesję Ulmów wezwano sołtysa Teofila K., który na rozkaz Niemców
musiał przyprowadzić kilka osób do grzebania zmarłych. W pośpiechu pogrzebano
ciała w ogrodzie, obok zabudowań – w jednym Żydów, w drugim Polaków.
Skąd wiemy o ich egzekucji?
– Choć w procesie beatyfikacyjnym nie zeznają naoczni świadkowie, to jednak w
miarę dokładny przebieg mordu można odtworzyć na podstawie zachowanych
dokumentów, tj. zeznań z procesu karnego przeciwko Josephowi Kokottowi, czyli
zastępcy dowódcy niemieckich żandarmów. Proces ten odbył się w 1958 r. przed
Sądem Wojewódzkim w Rzeszowie. W aktach sądowych tamtego procesu znajdują się
m.in. protokoły z przesłuchania naocznego świadka morderstwa – Edwarda N. z
Kraczkowej, który na rozkaz Niemców furmanką transportował do Markowej
żandarmów. Akta z tamtego procesu są przechowywane w Archiwum IPN i zostały
dołączone do kanonicznego dochodzenia.
Kiedy ekshumowano ciała i gdzie je złożono? Podczas przeniesienia ich
doczesnych szczątków odkryto, że pani Wiktoria była w trakcie porodu…
– Dopiero po wojnie dokonano przeniesienia ciał na miejscowy cmentarz. Wtedy też
okazało się, że wśród zamordowanych jest jeszcze kolejne dziecko Wiktorii i
Józefa. Świadek ekshumacji zeznał, że częściowo doszło do porodu siódmego
dziecka w grobie. Mordu dokonano bowiem na kilka dni przed jego planowym
narodzeniem. Ciała rodziny Ulmów spoczywają na cmentarzu parafialnym, a grób
jest otaczany pamięcią i szacunkiem. Bezpośrednio przed decyzją o beatyfikacji
przewidziana jest czynność tzw. rekognicji, czyli rozpoznania doczesnych
szczątków, co jest równocześnie urzędową ekshumacją i zazwyczaj łączy się z
przeniesieniem ciał na miejsce kultu.
Przykład rodziny Ulmów pokazuje, jak krzywdzące jest szkalowanie Polaków i
ukazywanie nas jako prześladowców Żydów. Celuje w tym choćby Jan Tomasz Gross…
– W Markowej, podobnie jak w innych naszych miastach i wioskach, nie tylko
Ulmowie ukrywali ludność narodowości żydowskiej z narażeniem własnego życia.
Zajmujący się naukowo tym zagadnieniem dr Mateusz Szpytma (krewny Wiktorii Ulmy
z domu Niemczak) ustalił ponad wszelką wątpliwość, że w samej Markowej w czasie
wojny przechowało się 17 Żydów, z których do niedawna żyło jeszcze 7. Trudno
nawet polemizować z twierdzeniami pseudobadaczy historii, którzy chcieliby
narzucić obraz Polaków właśnie jako prześladowców Żydów. Taka teza nie jest do
utrzymania choćby w świetle symbolicznego i bardzo wymownego wydarzenia z 24
marca 1944 r. w Markowej…
Dziękuję za rozmowę.
