Od radykała do oportunisty
Dzięki prawyborom dokonywanym w PO marszałek Sejmu Bronisław
Komorowski i minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski są najczęściej
pojawiającymi się w mediach politykami. Ich życiorysy i poglądy rozkładane są na
czynniki pierwsze, próbuje się snuć analizy dotyczące różnic między obu
kandydatami i dywagacje, który z nich ma większe poparcie wśród członków partii
albo co będzie czynnikiem rozstrzygającym o wynikach prawyborów. Mało kto zwraca
jednak uwagę na podobieństwa między Sikorskim a Komorowskim, ich podobne drogi
polityczne, poglądy, sojusze, jakie zawierali, zanim osiągnęli stanowiska, które
obecnie piastują. Dawni ideowcy, radykałowie stali się dziś politycznymi
oportunistami. A jedyne, co ich różni, to osobowość, cechy charakteru i medialny
wizerunek.
Trzeba przyznać, że Donald Tusk po mistrzowsku rozegrał sprawę prawyborów.
Wystawił w nich dwóch kandydatów, z których żaden nie powinien zagrozić mu nawet
wówczas, gdyby wybory wygrał i na pięć lat zamieszkał w Pałacu Prezydenckim.
Oczywiście jeśli nad rządem i PO nie zawisną ciemne chmury w postaci znaczącego
spadku poparcia społecznego z powodu nagłego kryzysu politycznego. Chociaż
Komorowski ma sporo zwolenników w Platformie, to nie posiada on charyzmy, aby
przejąć stery w partii. Z drugiej strony Sikorski dla wielu członków PO wciąż
stanowi ciało obce i nie pociągnie za sobą zbyt dużo „wojska”, w przypadku gdy
chciałby utworzyć własną frakcję.
Najpierw był antykomunizm…
Pomiędzy Bronisławem
Komorowskim i Radosławem Sikorskim różnica wieku wynosi 11 lat (marszałek
urodził się w 1952 r., a minister – w 1963 r.), co wydaje się wręcz epoką,
jednak ich drogi polityczne w wielu punktach są zbieżne. Obaj długo pozostawali
radykalnymi antykomunistami. Szerzej pod tym względem znana jest działalność
szefa dyplomacji. Sikorski w 1981 r. organizował opozycję w swoim liceum w
Bydgoszczy, potem był korespondentem brytyjskiej prasy w Afganistanie i – jak
wspominał – nieraz walczył z sowieckim wojskiem z bronią w ręku. W 1992 r.
został wiceministrem obrony narodowej w rządzie Jana Olszewskiego i jak cała
ówczesna ekipa stał się obiektem ostrych ataków środowisk postkomunistycznych
oraz dawnej lewicowej opozycji antykomunistycznej spod znaku Unii Demokratycznej
(późniejszej Unii Wolności).
Bronisław Komorowski też swoją opozycyjną kartę
zaczął pisać w liceum, potem była współpraca w podziemiu z Antonim
Macierewiczem, internowanie w stanie wojennym. Zachował swój radykalizm jeszcze
w 1988 i 1989 r., gdy nie zgadzał się na rozmowy z komunistami przy Okrągłym
Stole i nie tylko kwestionował ten „historyczny kompromis”, ale nawet nie
głosował w wyborach 4 czerwca 1989 roku.
Obaj obecni politycy PO dość szybko
jednak zasmakowali we władzy, prędko też stali się częścią elity politycznej,
sprawując funkcje ministerialne i zasiadając w Sejmie. Co prawda Sikorski
budował sobie jednocześnie pozycję w świecie dyplomatycznym Europy, a zwłaszcza
w USA, a Komorowski był aktywny głównie w kraju, to jednak stopniowo ich poglądy
zaczęły się ku sobie zbliżać. Obaj porzucili radykalizm, dostosowując się do
trendów lansowanych przez salon i liberalne, mainstreamowe media z „Gazetą
Wyborczą” na czele. Obaj zerwali z ideą lustracji i dekomunizacji, rozliczenia
epoki komunizmu, a za to stali się rzecznikami obecności Polski w Unii
Europejskiej, budowania naszej „europejskiej tożsamości”, dobrej współpracy z
sąsiadami nawet kosztem ograniczenia naszych narodowych interesów.
I
Komorowski, i Sikorski kreują się na „nowoczesnych konserwatystów”, choć tak
naprawdę są przykładem wspomnianego wcześniej politycznego oportunizmu.
Określenie „konserwatysta” wskazywałoby na człowieka wiernego wskazaniom swojej
katolickiej wiary, antylewicowym poglądom i ideom, bez względu na polityczne
mody i trendy, a nawet w razie konieczności przeciwstawiającego się liberalnym
naciskom. Tymczasem i marszałek Sejmu, i minister spraw zagranicznych już dawno
wyzbyli się ideałów, przestali być samodzielni w polityce, wykonują to, czego
oczekuje od nich w danym momencie partia i jej wódz. Z kolei wódz kieruje się
tym, co powie pani kanclerz, co podpowiadają sondaże, co pozwoli zdobyć
przychylność największych mediów. Ich konserwatyzm jest tylko pustym hasłem,
niewypełnionym treścią. Bo czy można nazywać konserwatystą marszałka Sejmu,
który blokuje projekt ustawy dotyczącej in vitro, nawet ten dość liberalny
autorstwa posła Jarosława Gowina (PO)? Zaś wyznacznikiem konserwatyzmu
Sikorskiego jest chyba tylko snobistyczne kreowanie się na angielskiego
dżentelmena, który ubiera się w garnitury dawnego kroju i posiada dworek pod
Bydgoszczą.
…potem miłość do wojska i WSI
Obaj kandydaci w
prawyborach znani są ze swojego przywiązania do wojska, co ma związek choćby z
tym, że obaj byli wiceministrami, a potem ministrami obrony narodowej. Co
ciekawe, Sikorski i Komorowski „mają w sobie miłość do munduru”, choć żaden nie
służył w wojsku. Komorowski dzięki protekcji Mariana Piłki trafił do rządu
Tadeusza Mazowieckiego – wcześniej pracował w Urzędzie Rady Ministrów, a w roku
1990 został wiceministrem obrony narodowej odpowiadającym za sprawy wychowawcze.
Jak sam przyznawał w wywiadach, na początku traktował wojskowych bardzo wrogo,
podobnie zresztą jak oni jego. Szybko jednak lody zostały przełamane i gdy
Komorowski obejmował tekę ministra obrony narodowej w rządzie Jerzego Buzka (w
1997 r.), po dawnej wrogości nie zostało ani śladu. Co więcej, gdy w 2005 r. PO
szykowała się do objęcia władzy, a Komorowski do powrotu do MON, Jan Rokita,
który miał być premierem, sprzeciwiał się „zarezerwowaniu” stanowiska ministra
obrony dla obecnego marszałka Sejmu. Rokicie nie podobało się „zblatowanie”
Komorowskiego z wojskowymi. Donald Tusk podzielał wtedy jego obawy i wiadomo
było, że Bronka w rządzie nie będzie.
Sikorski do Ministerstwa Obrony
Narodowej przyszedł w 1992 r. i z miejsca podpadł żołnierzom wychowanym w
komunistycznej armii. Wyszydzano np. jego decyzję o wprowadzeniu plakietek na
mundury z nazwiskami oficerów (wzorem armii zachodnich) i gdy upadał rząd
Olszewskiego, nikt w MON i armii nie żałował młodego wiceministra. Ale już w
2005 r. nastawienie generałów do nowego ministra obrony było diametralnie różne,
a sam Sikorski nie krył „miłości do munduru”. Widowiskowo – nie kryjąc przed
kamerami wzruszenia – pożegnał się on ze stanowiskiem, gdy został zdymisjonowany
na wniosek premiera Jarosława Kaczyńskiego.
Mało kto zwraca uwagę, że dawni
radykalni antykomuniści stali się teraz obrońcami Wojskowych Służb
Informacyjnych, które jako jedyne spośród organów bezpieczeństwa PRL nie zostały
poddane nawet minimalnej lustracji. Bardziej znany jako obrońca WSI jest
Komorowski, który w 2006 r. głosował przeciwko ustawie o likwidacji tych służb.
Bronił WSI, posługując się nieuczciwym argumentem, że armia II RP też korzystała
z pracy wojskowych, którzy służyli w armiach państw zaborczych. Historyk
Komorowski powinien lepiej znać historyczny kontekst i realia tamtych lat i
pewnie je zna, ale dla celów bieżącej polityki wydaje się o nich zapominać. Ta
obrona staje się zrozumiała, jeśli przypomnimy sobie, że w raporcie autorstwa
Antoniego Macierewicza, likwidatora WSI, przypomniano Komorowskiemu tolerancję
wobec przestępczych działań WSI, w czasie gdy był ministrem obrony. Wiele
wątpliwości, delikatnie mówiąc, wzbudzają też bliskie kontakty i znajomości
marszałka Sejmu z dawnymi funkcjonariuszami wojskowej bezpieki, żeby tylko
wspomnieć aferę z domniemanym zakupem aneksu do raportu z likwidacji WSI.
Z
kolei Sikorski w 1992 r. był przeciwny nawet tak ograniczonej lustracji, jaką
przeprowadził na polecenie Sejmu Antoni Macierewicz. Później znalazł się w
ostrym konflikcie z Macierewiczem, gdy obaj pracowali w MON za rządów PiS. Wtedy
Macierewicz, będący zastępcą Sikorskiego, likwidował stare wojskowe służby, a
minister Sikorski je bronił, a potem oskarżał wiceministra o rozbicie naszego
wywiadu i kontrwywiadu wojskowego, co miało być powodem osłabienia
bezpieczeństwa polskich żołnierzy biorących udział w misjach zagranicznych,
głównie w Afganistanie. Sikorski został zdymisjonowany, gdy postawił sprawę na
ostrzu noża, żądając odwołania Macierewicza, wtedy już szefa Służby Kontrwywiadu
Wojskowego. Tak więc obu pretendentów PO do prezydentury łączy nieskrywana
niechęć do Antoniego Macierewicza.
Byle być „na topie”
Marszałek i minister, jak
wspomnieliśmy, zamienili swój antykomunistyczny radykalizm na oportunizm,
zauważając, że aby znaleźć się i utrzymać w głównym nurcie polityki, trzeba się
przyłączyć do większości i – gdy zajdzie potrzeba – zostawić za sobą dawnych
politycznych przyjaciół, którzy niekiedy stawali się potem wrogami. Najlepszym
tego przykładem jest wrogość Radosława Sikorskiego do PiS i braci Kaczyńskich.
Choć to dzięki nim Sikorski powrócił do wielkiej polityki, co nie przeszkadzało
mu potem w publicznym poniżaniu prezydenta i wzywaniu PO do „dorżnięcia
watahy”.
Jeżeli istnieją różnice pomiędzy obu politykami, to dotyczą one
sfery wpływów politycznych w PO, osobowości, cech charakteru, ogólnie pojętego
wizerunku. Komorowski jawi się jako polityk z jednej strony bardziej stonowany,
mniej się lansujący w mediach, ale z drugiej – jako bardziej przebiegły i
sprytny gracz. Z pewnością ma on o wiele większe poparcie od Sikorskiego wśród
posłów i senatorów oraz działaczy wyższego szczebla w Platformie, a jak pokazują
ostatnie sondaże, także wśród zwykłych członków partii. Atutem ministra spraw
zagranicznych miała być młodość, obycie i kontakty na Zachodzie, perfekcyjna
znajomość języka angielskiego oraz bardziej „medialna” małżonka. Najwyraźniej
jednak dla większości ludzi PO ważniejsze jest, że Sikorski dopiero od niedawna
jest „ich człowiekiem”, a przez lata był wiązany z tym „wrednym PiS-em”. Nie
mają po prostu do niego zaufania. Komorowski zaś to swój chłop, niemal od zawsze
w PO, partia wie, czego się po nim spodziewać. Właściwie gdyby nie prawybory, to
kierownictwo PO już dawno wskazałoby na marszałka Sejmu jako rywala Lecha
Kaczyńskiego w jesiennych wyborach prezydenckich.
Można zauważyć jeszcze
jedną cechę wspólną obu kandydatów na kandydata na prezydenta: coraz słabiej
skrywana ambicja i parcie ku władzy. Gdyby nie ostre reprymendy Tuska bojącego
się o wizerunek Platformy w mediach i w oczach Polaków, mielibyśmy do czynienia
z nieprzebierającą w środkach i słowach kampanią. A tak marszałek i minister
mogą sobie co najwyżej prawić drobne złośliwości i przytyki, a tych rzeczywiście
nie brakuje.
Obaj kandydaci grają o wysoką stawkę. Zdają sobie bowiem sprawę
z tego, że to może być ich pierwsza, ale zapewne i ostatnia szansa na
prezydenturę. Tę szansę sprezentował im Tusk, rezygnując ze startu w wyścigu o
Pałac Prezydencki. Notowania dla każdego potencjalnego kandydata PO są w
sondażach wciąż wysokie, a za pięć lat koniunktura polityczna może być zupełnie
inna. Można się zresztą spodziewać, że w razie porażki prawyborczej pozycja
każdego z pretendentów zostanie w partii osłabiona i w wyborach 2015 r. mogą
grać już tylko role statystów.
Marszałek i szef naszej dyplom acji różnią się
też co do wizji prezydentury, ale ze względu na zakres realnej władzy
prezydenckiej są to różnice czysto werbalne. Dlatego, reasumując, można
powiedzieć, że dla Polski nie ma większego znaczenia, kogo PO wystawi w wyborach
prezydenckich, ponieważ obaj pretendenci są do siebie bardzo podobni, jednakowo
urobieni przez partyjną machinę. W razie zwycięstwa kandydata Platformy
Obywatelskiej w wyborach nie byłoby wielkiej różnicy czy prezydentem zostałby
Bronisław Komorowski, czy Radosław Sikorski.
Krzysztof Losz
