Ocalony dzięki Prymasowi Tysiąclecia

Powiedzieć życiu TAK

„Ten maluczki jeszcze, ale prawdziwy człowiek pozostaje pod szczególną pieczą Ojca Niebieskiego, który sam sprawuje poczęcie ludzkie” – takie słowa Prymasa Tysiąclecia ks. kard. Stefana Wyszyńskiego przeczytałam niegdyś na ulotce pro-life w kościele, gdy byłam bardzo załamana. Dodały mi otuchy i nadziei. Były dla mnie znakiem… Dlaczego?

Ponad dwadzieścia lat temu dowiedziałam się, że jestem w stanie błogosławionym. Razem z mężem bardzo się ucieszyliśmy, chcieliśmy tego dziecka, czekaliśmy na nie. I nagle zachorowałam na różyczkę. Wiadomo, jak ta choroba wpływa na dziecko w łonie matki. Lekarze podali mi mnóstwo szczegółów, opowiadając, jak upośledzone dziecko mogę urodzić. Przeżywaliśmy dramat, oboje z mężem płakaliśmy. Tak bardzo baliśmy się, co dalej będzie… Byliśmy wtedy młodym małżeństwem i nie wiedzieliśmy, że to dopiero pierwsza burza, która zaprawi nas do przeżycia kolejnych…

W takim momencie naszego załamania jeden z lekarzy podpowiedział nam rozwiązanie – pozbycie się problemu, czyli aborcję, a dokładnie i precyzyjnie mówiąc – zabicie naszego, być może chorego, kalekiego dziecka… Gdy to usłyszeliśmy, zamarliśmy. Z jednej strony było to jakieś wyjście z sytuacji, z drugiej… właściwie nie wchodziło w grę. Byliśmy i jesteśmy ludźmi wierzącymi. Szanowaliśmy życie od poczęcia, wiedzieliśmy, że w moim łonie jest nie jakiś płód, ale nasze dziecko. Po pierwszym szoku mój mąż bez słowa podał mi płaszcz i nie mówiąc nawet „dziękuję” czy „do widzenia”, opuściliśmy gabinet. Nie rozmawialiśmy ze sobą w drodze, a nasze kroki same skierowały się do kościoła, jakby ktoś nas tam ciągnął. Do dziś nie umiem tego wytłumaczyć. Uklękłam i ze łzami w oczach się modliłam.

Nagle podniosłam głowę i mój wzrok zatrzymał się na ulotce z kolorowym zdjęciem nienarodzonego dziecka. Zdziwiona wzięłam ją do ręki i przeczytałam słowa, cudowne słowa: „Ten maluczki jeszcze, ale prawdziwy człowiek pozostaje pod szczególną pieczą Ojca Niebieskiego, który sam sprawuje poczęcie ludzkie”. To nie był przypadek… Uradowana i chyba już spokojna podeszłam do męża i podałam mu ulotkę. On także przeczytał te niezapomniane dla nas słowa. To właśnie one utwierdziły nas w przekonaniu, że dobrze wybraliśmy… Nie mogę powiedzieć, że przestaliśmy się bać, ale był to już inny strach, taki ludzki. Gdzieś w głębi serca byliśmy spokojni i czekaliśmy na nasze dziecko. Wiedzieliśmy, że jeśli nawet jest chore, kalekie, jest nasze. Czuliśmy, że Bóg chce nam coś powiedzieć, obdarzyć jakimś zadaniem. Jaka była nasza radość, gdy po raz pierwszy poczułam ruchy maleństwa…

Wreszcie przyszedł długo wyczekiwany dzień. Zaczęła się akcja porodowa i kilka godzin później usłyszałam pierwszy krzyk syna. Był zdrowy!!! Z wyborem imienia nie mieliśmy problemu – oboje wiedzieliśmy, że jest to Stefan, na cześć Prymasa Tysiąclecia. To właśnie jego już u początków życia synka poprosiliśmy o szczególną opiekę nad małym Stefankiem. Każdego dnia dziękujemy mu za to, że w tak trudnym momencie naszego życia przyszedł nam z pomocą.

Anna

Wysłuchała i spisała Małgorzata Pabis

drukuj