Obywatelska ściąga przedwyborcza

Dwa tłumne spotkania, w jakich miałem ostatnio przyjemność uczestniczyć, w
auli Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie i w Domu Chemika w Puławach, mogły
napawać optymizmem. Nie brakuje ludzi autentycznie przejętych tym, co dzieje się
w kraju, chcących nade wszystko znać prawdę, nawet jeśli jest ona trudna do
zaakceptowania. Czy wyborczą jesień 2011 roku będzie można jakoś przyrównywać do
roku 1980 czy 1989, kiedy to dokonywały się w naszym kraju istotne zmiany?

Przypadające raz na cztery lata wybory do parlamentu są sprawdzianem z
odpowiedzialności Polaków za własny kraj. Sytuacja polityczna, jak zwykle
skomplikowana, jest jednak w pewnym sensie prostsza, gdyż do wyborów staną
partie polityczne znane ze swojej dotychczasowej działalności, a wraz z nimi
znani w olbrzymiej większości wyborcom politycy. Rzecz w tym, aby zdobyć się na
samodzielne, obiektywne podsumowanie minionych czterech lat rządów, przypomnieć
sobie obietnice wygłaszane w czasie tamtej kampanii wyborczej, a może nawet
odtworzyć z pamięci trwające ponad 3 godziny exposé premiera Donalda Tuska w
Sejmie.
Niechęć wyborców do udziału w życiu publicznym bierze się m.in. z rozczarowania
politykami, którzy często traktują ich instrumentalnie. Zabiegają o poparcie,
gdy trzeba głosować, a kiedy znajdą się w Sejmie czy Senacie, natychmiast
zapominają o składanych obietnicach. Gdyby istniał u nas mechanizm odwoływania
przez obywateli posła czy senatora, szerszy od dotychczasowego, wówczas nie
czekalibyśmy aż cztery lata na rozliczenie deklaracji wyborczych z ich
realizacją. Posłanka Joanna Kluzik-Rostkowska musiałaby zakończyć kadencję posła
z chwilą, gdy wystąpiła z partii, z listy, której uzyskała wyborczy mandat. Jest
przecież oczywiste, że głosowano na nią jako na członka PiS, a nie PJN czy PO.
Przyszły poseł powinien złożyć publiczną deklarację, że zrezygnuje z mandatu,
gdy nie po drodze mu będzie z formacją polityczną, która wstawiła go na swoje
listy wyborcze. Politycy to nie piłkarze, w imieniu których kluby dokonują
finansowych transferów. To nie klezmerzy grający bez zamiłowania wszystko i
wszystkim za diety.
To, że większość tych samych polityków ponownie będzie się ubiegała o mandaty,
daje szansę na podsumowanie ich dotychczasowych postaw, w tym sprawdzenie, jak
głosowali w konkretnych sprawach. Tym bardziej że skala problemów, przed którymi
stoi dziś Polska, ma znacznie wyższy ciężar gatunkowy. Kandydat na posła musi
być publicznie przepytany na temat prywatyzacji majątku narodowego. Powinniśmy
wiedzieć, czy jest za prywatyzacją Lasów Państwowych czy przeciw niej, czy
popiera sprzedaż polskiego sektora paliwowego Rosjanom, czy będzie głosował za
dalszym podniesieniem podatku VAT (w myśl ogłoszonych już przez obecny rząd
planów wzrostu stawki VAT do 25 proc.). Nasz kandydat nie może lawirować z
odpowiedzią na pytanie, czy Polska powinna zaakceptować żywność modyfikowaną
genetycznie. Jasne "tak" lub "nie" musi też dotyczyć odpowiedzi na pytanie o
prywatyzację publicznej służby zdrowia i pozostałego jeszcze w dyspozycji
państwa majątku narodowego, który powinien wypracowywać nasz przyszły wspólny
dochód. Przyszły poseł musi usłyszeć konkretne pytanie, czy opowiada się za
ochroną życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Tu także nie ma miejsca na
lawirowanie. Musimy usłyszeć krótkie "tak" lub "nie". Przyszły poseł i senator
powinien mieć własne zdecydowane zdanie na temat posyłania 6-letnich dzieci do
szkół. Tym bardziej że po czterech latach kierowania MEN przez Katarzynę Hall
trzeba będzie odwrócić wiele niekorzystnych rozwiązań, jakie wprowadziła: chaos
organizacyjny i prawny, nadmierne przerzucenie finansowania oświaty na samorząd,
zwiększenie obowiązków dla nauczycieli, zmarginalizowanie nauczania historii.
Kandydat na posła musi mieć wyrobione zdanie na temat obowiązującej już niestety
ustawy o systemie informacji oświatowej, która wprowadzając inwigilację dzieci i
młodzieży (zbieranie na ich temat danych tzw. wrażliwych), nawiązuje wprost do
czasów PRL. Powinien się także ustosunkować do ustawy w sprawie przeciwdziałania
przemocy w rodzinie, która na wzór ustaw faszystowskich wprowadziła możliwość
odbierania rodzicom ich dzieci bez wyroku sądu. Pytanie o stosunek kandydata na
posła czy senatora do PRL (lustracja, dekomunizacja) można doprecyzować,
odwołując się do modelu funkcjonowania mediów publicznych wraz z istnieniem
KRRiT. Tym bardziej że postulat ich odpolitycznienia, wpisany na listę 21
postulatów stoczniowców w 1980 roku, ma już swoją długą, bo 30-letnią historię,
wciąż czekającą na realizację. Przyszły uczciwy i prawy polityk musi wyrazić
swój zdecydowany sprzeciw wobec ograniczania wolności słowa, wobec prób
ustawowego regulowania swobody wypowiedzi w internecie, na stadionach i na
ulicach.
Cztery lata rządów koalicji PO – PSL przyniosły legalizację narkotyków,
utrzymały niskie ceny alkoholu i łagodne wyroki za spowodowanie wypadków po
pijanemu. Kandydat na posła czy senatora nie powinien szukać dla siebie poparcia
wśród prawie 100-tysięcznej grupy osób skazanych i osadzonych prawomocnymi
wyrokami. Czy przykład Wielkiej Brytanii, gdzie więźniowie nie mają praw
wyborczych, nie jest właściwym rozwiązaniem?
Wraz z wyborami oddajemy naszym przedstawicielom prawo do decydowania o naszych
relacjach międzynarodowych. Warto się dowiedzieć, czy przyszły kandydat jest za
umiędzynarodowieniem śledztwa smoleńskiego i czy chce, aby Polacy w Niemczech
mieli te same prawa, co Niemcy w Polsce.
Do 9 października, do dnia wyborów, wszyscy wyborcy powinni dokładnie sprawdzić
swoich kandydatów, tak by uzyskać w miarę pełny obraz człowieka, który ma
reprezentować nasze interesy, poglądy i oczekiwania. To nasz obowiązek i po to
są takie spotkania, jak te w Lublinie i Puławach, by sobie wspólnie uświadomić
konieczność takiego właśnie działania. Dziękuję serdecznie wszystkim, którzy tam
byli, i pani poseł Gabrieli Masłowskiej.

 

Wojciech Reszczyński

drukuj