Obudzimy w Polakach ambicje
Z dr. Arturem Górskim, posłem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Paulina
Jarosińska
Jakie plany prac sejmowych na 2011 r. ma Klub Parlamentarny Prawo i
Sprawiedliwość?
– Mamy świadomość, że to będzie trudny rok dla Polaków. Możemy spodziewać się
znacznego wzrostu cen, w tym żywności. Przez Europę ma przejść druga fala
kryzysu i trudno przewidzieć, w jakim stopniu dotknie ona Polskę. Pamiętajmy
jednak, że to rząd, mający większość parlamentarną, odpowiada za sytuację Polski
i kondycję gospodarczą kraju. Opozycja może i powinna korygować i uzupełniać
działania rządu tam, gdzie rządowi brakuje pomysłów lub odwagi działania, ale do
wyborów rządu nie zastąpi. A wiemy, że rządowi PO – PSL brakuje i pomysłów, i
odwagi w reformowaniu państwa, choćby w naprawie finansów publicznych, że
podejmuje on działania właściwie ograniczające się do łatania dziury budżetowej,
co ekonomiści powszechnie krytykują. Dla nich ważne są cyferki, a nie ludzie. My
jednak myślimy przede wszystkim o ludziach, o ich pracy i warunkach codziennego
życia, o przyszłości i rozwoju naszego kraju. Dlatego przygotowujemy projekty
ustaw, które będą odpowiedzią na wyzwania gospodarcze i które będą łagodziły
społeczne skutki kryzysu.
Konkretnie jakich spraw będą dotyczyły te inicjatywy ustawodawcze?
– Planujemy na początku roku ogłosić pakiet projektów ustaw dotyczący spraw
gospodarczych i ważnych ze społecznego punktu widzenia. Nie zapowiadamy, jak
swego czasu rząd PO, jakiejś szczególnej ofensywy legislacyjnej, ale obiecujemy,
że będziemy na bieżąco reagować na wyzwania trudnej rzeczywistości.
Najważniejsze są sprawy gospodarcze, ale jako partia zasad musimy też podejmować
inicjatywy mające na celu ochronę porządku moralnego. Mogę zdradzić, że wraz z
posłem Jarosławem Sellinem przygotowujemy projekt ustawy o ochronie małoletnich
przed szkodliwymi treściami prezentowanymi w środkach społecznego przekazu.
Oczywiście w obliczu kryzysu gospodarczego to nie będzie kluczowa propozycja,
ale kryzys gospodarczy nie może przesłaniać nam prawdy, że pogłębia się także
kryzys moralny i deprawacja młodego pokolenia, na co także trzeba reagować
równie stanowczo, jeśli chcemy, aby nasze społeczeństwo było moralnie zdrowe.
Miniony rok to według Pana okres dużej aktywności parlamentarnej Prawa i
Sprawiedliwości?
– Tak. Złożyliśmy na ręce marszałka Sejmu bardzo wiele projektów ustaw.
Wspomnę choćby o projektach ustaw zakazujących przeprowadzania zapłodnienia
pozaustrojowego metodą in vitro, o corocznym dodatku pieniężnym dla niektórych
emerytów i rencistów, o dodatkach mieszkaniowych, a także o prawie
energetycznym, gdzie proponowaliśmy ograniczenie możliwości odcięcia gazu czy
energii elektrycznej do gospodarstw domowych. W innym projekcie proponowaliśmy
wzmocnienie skuteczności roszczeń pracowniczych wobec Funduszu Gwarantowanych
Świadczeń Pracowniczych w razie niewypłacalności pracodawcy, a w proponowanej
nowelizacji ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy
zaproponowaliśmy rozwiązania, które miały pomóc osobom po 50. roku życia w
konkurowaniu na rynku pracy. W listopadzie wraz z innymi posłami PiS złożyliśmy
projekt ustawy, który ma ograniczyć tzw. podatek Belki, czyli zlikwidować
opodatkowanie zysków z kont osobistych. Ponadto zdecydowanie sprzeciwialiśmy się
podwyżce podatku VAT czy rządowym propozycjom w sprawie OFE, uznając je za
kradzież pieniędzy obywateli w świetle majestatu prawa. Przedłożyliśmy bardzo
wiele projektów ustaw i tylko można ubolewać, że wiele z nich koalicja rządząca
odrzuciła bez dalszego procedowania, czyli bez refleksji nad sprawami ważnymi
dla ludzi.
Merytoryczna debata nie leży w interesie Platformy, a mimo to, a może
dzięki temu, cały czas udaje się Donaldowi Tuskowi budować wizerunek partii jako
skutecznej. PO bardziej dryfuje niż rządzi. Czy jednak PiS dostatecznie
rozliczało koalicję ze sposobu wypełniania mandatu władzy?
– Z tym jest poważny problem o charakterze technicznym. Wiadomo, że media
publiczne są podzielone politycznie między PO i SLD, zaś media prywatne, gdzie
dominuje tendencja liberalna, w przeważającej mierze stały się tubą władzy,
mediami broniącymi rząd. Mówi się o swoistym medialnym parasolu ochronnym
rozciągniętym nad władzą. Co to w praktyce oznacza? Otóż PiS stara się
regularnie rozliczać koalicję rządzącą – albo organizując konferencje prasowe,
albo wprowadzając odpowiednie punkty do obrad sejmowych. Jeśli jest jakiś
poważny problem, jakaś sytuacja kryzysowa w państwie, natychmiast przesłuchujemy
w Sejmie poszczególnych ministrów. Choćby na ostatnim przed świętami posiedzeniu
Sejmu pytaliśmy rząd, zresztą nie po raz pierwszy, o dywersyfikację dostaw
surowców energetycznych, dlaczego rząd uzależnił Polskę w kwestii dostaw gazu na
25 lat od jednego dostawcy ze wschodu, czy w związku z tym rząd będzie budował
gazoport, czy tylko udawał, że buduje. Pytaliśmy o wzrost cen za ciepło i
energię elektryczną, o sprzedaż za półdarmo polskiej energetyki w obce ręce, czy
Lotos kupią firmy podległe Kremlowi. Ale czy nasze konferencje, czy nasze
pytania z mównicy sejmowej docierają do obywateli? Nawet uważny obserwator
naszej aktywności medialnej może dojść do wniosku, że mówimy wyłącznie o
katastrofie smoleńskiej, gdyż w innych kwestiach jesteśmy skutecznie
przemilczani w mediach. Ja się nie skarżę, ja jedynie wskazuję na fakty, na
trudności w skutecznym rozliczaniu władzy przed opinią publiczną.
Media długo żyły roszadami wewnątrzpartyjnymi, robiąc z tego temat numer
jeden. Czy ubytki personalne, spektakularne odejścia posłanek i posłów, nie
spowodują, że klub będzie miał mniejsze szanse na powodzenie swoich pomysłów w
parlamencie? Odejście kilkunastu członków blokuje przecież Prawu i
Sprawiedliwości możliwość wpływania na ustawy dotyczące zmian w Konstytucji.
– Oczywiście straciliśmy możliwość blokowania zmiany Konstytucji, jeśli taka
wola będzie po stronie wszystkich pozostałych sił w parlamencie. Muszę jednak
zaznaczyć, że my nie jesteśmy z zasady przeciwni zmianom ustawy zasadniczej.
Mamy wiele zastrzeżeń do zapisów Konstytucji i chętnie byśmy je skorygowali,
więc jeśli pojawią się rozsądne propozycje, wpisujące się w nasze postulaty, na
pewno je poprzemy. Jesteśmy tylko przeciwni manipulowaniu przy Konstytucji dla
bieżącego efektu politycznego. A taka pokusa pojawia się po stronie polityków
PO. Jeśli chodzi zaś o powodzenie naszych propozycji ustawowych, to liczymy na
rozsądek po stronie naszych byłych kolegów, którzy zresztą w różnych sprawach
powielają nasz program, a zatem powinni głosować tak jak my. Pamiętajmy jednak,
że ich głosy nie będą decydujące. W różnych sprawach społeczno-gospodarczych
będziemy prowadzić dialog i szukać porozumienia z różnymi siłami w parlamencie,
w konkretnych sprawach nie uchylając się od rozmów z PO i SLD.
Rozłam osłabił partię Jarosława Kaczyńskiego?
– Raczej jesteśmy bardziej zwarci politycznie i skonsolidowani programowo.
Myślę, że oczyszczenie szeregów PiS z "liberalnych" posłów, którzy szukali
wspólnego języka z posłem Palikotem, z czasem przyniesie wzmocnienie naszej
partii, gdyż w różnych sprawach będziemy bardziej jednoznaczni, a zatem bardziej
wiarygodni dla wyborców. Oczywiście jeszcze sprzątamy po odejściu grupy posłów i
niewielkiej liczby terenowych działaczy, liczymy straty, ale już widać, że w
terenie nie są one szczególnie duże. Odeszły "dziesiątki" działaczy, a nie
"setki" czy "tysiące". Na ich miejsce pojawiają się kolejni – zdeterminowani,
aby walczyć o odzyskanie Polski z rąk PO i PSL. Mam nadzieję, że w ciągu
najbliższych miesięcy uda nam się przygotować partię w całej Polsce do
skutecznego boju, do boju zwycięskiego. Musimy tylko bardziej wczuć się w
oczekiwania społeczne i bardziej skutecznie pokierować społecznymi nastrojami.
Przegrana prezesa PiS, który jednak uzyskał dobry wynik w wyborach
prezydenckich, miała paradoksalnie skonsolidować środowiska prawicowe. Czy przed
wyborami parlamentarnymi uda się partii zmobilizować tak, aby wygrać? Co dalej
partia będzie w tym kierunku robić?
– PiS jest partią o olbrzymim potencjale i dużym poparciu społecznym, ale nie
wygra wyborów i nie będzie w stanie przejąć odpowiedzialności za państwo, jeśli
nie skupi wokół siebie całej szeroko rozumianej prawicy. Prawica jest
rozproszona, pozbawiona znaczniejszych liderów, głosy prawicowych wyborców są
rozrzucone, wiele z nich marnuje się w poparciu dla projektów niegwarantujących
powodzenia wyborczego. PiS i na szczeblu centralnym, i na szczeblu regionalnym
musi się bardziej otworzyć na naszych potencjalnych koalicjantów, na różne
środowiska patriotyczne i na partie polityczne, które wyrastają z podobnego pnia
ideowego. Jeśli otworzymy nasze listy wyborcze na przedstawicieli innych
podmiotów społeczno-politycznych, i narodowców, i konserwatystów, i działaczy
katolickich, to zyskamy podwójnie. Z jednej strony nie będą z nami konkurowali,
czyli przestaną krytykować PiS, a z drugiej przyniosą nam dodatkowe głosy, nie
tylko te, które tradycyjnie padają na te partie, np. na Prawicę
Rzeczypospolitej, ale także dodatkowe głosy, będące swoistym bonusem za
zjednoczenie prawicy. Mówiłem już wielokrotnie i jeszcze raz powtórzę: Marek
Jurek potrzebny jest Polsce, a zatem powinien wejść w ścisły sojusz z PiS. Tylko
musi chcieć porozumieć się z Jarosławem Kaczyńskim. Może realna i możliwa do
zaakceptowania jest formuła porozumienia podobna do tej, jaką zawarto z
Ludwikiem Dornem. Jedno jest pewne, trzeba rozmawiać, bo – jak mówiliśmy w
kampanii prezydenckiej – Polska jest najważniejsza, a nie partykularne interesy
czy chore, ślepe emocje.
Czy zwornikiem dla zjednoczenia będzie również spuścizna prezydenta Lecha
Kaczyńskiego?
– Niewątpliwie jest to potencjał w ostatnich wyborach niewykorzystany, do
pewnego stopnia zmarnowany. Jeżeli w kontekście tego pytania myślimy o ludziach,
którzy spontanicznie modlili się pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu i co
miesiąc w rocznicę katastrofy smoleńskiej wciąż łączą się z jej ofiarami w
modlitwie, w całym kraju, to odpowiedź musi być jednoznacznie pozytywna. Ci
ludzie są naturalnym nośnikiem duchowego dziedzictwa prezydenta Lecha
Kaczyńskiego i chcemy, aby ich głos był słyszalny także w kolejnym Sejmie, bo
wiemy już, że w tej kadencji Sejmu raczej tajemnicy tej katastrofy nie
rozwikłamy. Jeśli jednak pyta pani o ludzi, którzy ukradli wyborcze hasło Lecha
Kaczyńskiego i powołują się na jego dziedzictwo, gdyż kiedykolwiek z nim
współpracowali, to odpowiedź musi być negatywna, gdyż widzimy wyraźnie, że jest
to ruch ludzi inspirowanych z zewnątrz, którzy nazwisko tragicznie zmarłego
prezydenta wykorzystują do własnych celów politycznych, do walki z Prawem i
Sprawiedliwością. Co będzie po wyborach, zobaczymy. Dziś nie widzę możliwości
tworzenia jednej listy wyborczej z ludźmi, którzy dla wielu wyborców PiS są po
prostu zdrajcami.
Nawiążmy do tematu katastrofy smoleńskiej – najważniejszego wydarzenia w
2010 roku. PiS jako jedyny klub powołało do istnienia zespół parlamentarny do
spraw zbadania okoliczności tej tragedii. Jak ocenia Pan prace tego zespołu?
– Przewodniczący Antoni Macierewicz konsekwentnie i umiejętnie wykorzystuje
to formalne ciało do stawiania pytań i szukania odpowiedzi w sprawie katastrofy
smoleńskiej. Zespół w swojej działalności poszedł w trzech kierunkach. Pierwszy
– to stały kontakt z rodzinami ofiar i poprzez te osoby dochodzenie do prawdy,
umożliwienie im publicznego zabierania głosu, w tym przedstawiania swoich
wątpliwości i teorii. Drugi – to analiza wszelkich dostępnych dokumentów i
upominanie się o dokumenty niedostępne i o dowody, których Rosjanie skąpią
Polakom. Wreszcie trzeci kierunek – to próba zainteresowania katastrofą
międzynarodowej opinii publicznej i próba uzyskania międzynarodowej pomocy,
szczególnie amerykańskiej, w wyjaśnieniu jej tajemnicy. Oczywiście rząd Donalda
Tuska nie pomaga, a lewicowo-liberalne media nawet utrudniają działanie zespołu,
ale determinacja przewodniczącego Macierewicza daje konkretne efekty.
Niewątpliwie dzięki działaniom zespołu zdemaskowano słabość naszego rządu i jego
niechęć w wyjaśnieniu tej katastrofy, a także pokazano dwuznaczną postawę
Rosjan. Gdyby premier Tusk uważnie wsłuchiwał się w to, co od dawna mówił
przewodniczący Macierewicz, nie byłby zaskoczony wymową raportu MAK.
Będą Państwo dążyć do powołania sejmowej komisji śledczej dla zbadania
okoliczności katastrofy smoleńskiej?
– Nie, gdyż wiemy, że sejmowe komisje śledcze nie są ciałami dążącymi do
odkrycia prawdy, tylko do jej zaciemnienia. To są ciała polityczne działające na
polityczne zamówienie. Prawdę określają nie fakty, nie obiektywizm, tylko
większość polityczna, czyli większość rządząca. Jeśli posłowie z różnych klubów
autentycznie chcieliby odkryć tajemnicę katastrofy smoleńskiej, powinni od dawna
być w zespole posła Macierewicza. Jeśli ich tam nie ma, to trudno wierzyć w
szczere intencje. Z pomysłem takiej komisji wyszli politycy grupy Polska Jest
Najważniejsza. Ciekawe jest to, że nawet gdy byli posłami PiS, trzeba było ze
świecą szukać ich nazwisk na liście członków zespołu. Wcześniej krytykowali, że
PiS jest "partią smoleńską", a teraz sami chcą grać "kartą smoleńską". Myślę, że
w kwestii dążenia do odkrycia prawdy katastrofy smoleńskiej powinniśmy zaufać
przewodniczącemu Macierewiczowi i takim niezależnym mediom, jak "Nasz Dziennik",
a nie komisji śledczej.
Bronisław Komorowski w noworocznym wywiadzie dla TVP Info powiedział:
"Nikt nie zakwestionuje, że głównym powodem katastrofy była próba lądowania w
warunkach do tego absolutnie nieodpowiednich". O czym, według Pana, świadczy ta
pewność prezydenta?
– To niebywała wypowiedź, politycznie bardzo nieodpowiedzialna, o olbrzymich
konsekwencjach na przyszłość. Śledztwo polskiej prokuratury jeszcze nie zostało
zakończone, ale prezydent już rozstrzygnął jego efekt. Choć strona polska
zakwestionowała znaczną część raportu MAK, tę, która zdejmuje odpowiedzialność
za katastrofę ze strony rosyjskiej, prezydent swoją wypowiedzią już podpisał się
pod stanowiskiem rosyjskim, przyjął to stanowisko bez mrugnięcia okiem. Teraz
niezależnie od tego, co przyniesie przyszłość, jakie pojawią się dowody i jaka
okaże się prawda, Rosjanie zawsze będą mogli podeprzeć się tą wypowiedzią, która
tak jednoznacznie upatruje winę po stronie polskich pilotów. Okazuje się, że
Bronisław Komorowski, że polski prezydent, jest bardzo prorosyjskim prezydentem,
bo dba o dobre samopoczucie Rosjan, a nie o interes Polski i Polaków. Ale dla
mnie to nie jest żadna niespodzianka. Od samego początku wiedziałem, że ta
prezydentura będzie bardzo szkodliwa dla Polski, że okaże się jedną wielką
kompromitacją.
W ocenie prezydenta państwo polskie poradziło sobie z sytuacjami
kryzysowymi, zwłaszcza z katastrofą smoleńską i powodzią. Jak by Pan to
skomentował?
– Podziwiam urzędowy optymizm i dobre samopoczucie prezydenta Komorowskiego.
Należałoby spytać rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej, czy ich zdaniem państwo
poradziło sobie z tą sprawą, czy rząd i prezydent osobiście dołożyli wszelkich
starań, aby wyjaśnić przyczyny katastrofy, albo należy zapytać powodzian,
szczególnie tych, którzy do tej pory nie otrzymali obiecanego wsparcia
finansowego, czy w obliczu tej tragedii państwo stanęło na wysokości zadania.
Jestem przekonany, że w obu przypadkach odpowiedź byłaby negatywna, bo po prostu
pozytywna być nie może. Zatem albo prezydent uwierzył w propagandę rządu, albo
na użytek rządu sam tę propagandę uprawia. Jedno jest pewne, gdzieś w tym
wszystkim zapomniał o ludziach, o Polakach, bo upamiętnienie katastrofy
smoleńskiej traktuje jako formalność, jako obowiązkowe odegranie pokazowej sceny
miłości polsko-rosyjskiej.
Podsumowując – jaki był ten rok dla Prawa i Sprawiedliwości, a jakie
oczekiwania ma partia na rok 2011?
– To był bardzo trudny rok, dramatyczny i tragiczny. A biorąc pod uwagę
ciągły atak mediów na PiS, aż dziw bierze, że wciąż co czwarty wyborca popiera
naszą partię. Ale jestem przekonany, że to poparcie może znacznie wzrosnąć i
najbliższe wybory wygramy. Jeśli tej wyborczej bitwy nie wygramy, to dyktatura
PO pogłębi się, a ludzie z czasem przywykną do życia w stanie półwolności, który
co prawda nie jest stanem ambitnym, ani też nie jest stanem wymagającym. Jeśli
ludzie wybiorą "święty spokój" i stagnację, jeśli uznają, że kryzys, narastające
bezrobocie i rosnące ceny, a zatem pogłębiająca się bieda – to są rzeczy
niezależne od rządu i oczywiste, to tych wyborów nie wygramy. Ale jeśli obudzimy
w Polakach patriotyzm oraz polityczne i gospodarcze ambicje dużego narodu
żyjącego w środku Europy, jeśli Polacy będą chcieli przezwyciężyć
wszechogarniający marazm i zniechęcenie, jeśli zaufają Jarosławowi Kaczyńskiemu
oraz Prawu i Sprawiedliwości, to zwyciężymy i przezwyciężymy monopol PO. Wierzę,
że rok 2011 będzie lepszy i dla Polski, i dla PiS. Musi być lepszy.
Dziękuję za rozmowę.
