Obnażona fikcja badań
Z senator Alicją Zając, wdową po senatorze Stanisławie Zającu, który
zginął na Siewiernym, rozmawia Mariusz Kamieniecki.
Pani Senator, widziała Pani zdjęcia wypucowanego, odmalowanego wraku
składowanego na Siewiernym?
– Kiedy widzę czyste jak nigdy fragmenty samolotu, mam wątpliwości, czy
rzeczywiście jest to fragment samolotu, którym lecieli nasi bliscy. Zarówno sam
fakt, jak i czas, w jakim pokazano te zdjęcia, nasuwa pytanie o cel tego typu
działań. W rocznicę szczególnie wraca pamięć o naszych bliskich, o tym, co się
wydarzyło przed dwoma laty, a także wspomnienie o tym, jak Rosjanie niszczyli
wrak. Przyznam, że nie potrafię powiedzieć, czemu to wszystko ma służyć, ale na
pewno nie przybliżeniu prawdy.
Ostatnio minister Sikorski zapewniał, że jego resort wszystkie czynności
wykonuje prawidłowo, a rząd robi wszystko, żeby wrak znalazł się w Polsce.
Widać, jak mało skuteczne i mało przekonujące są te działania. Przykładem
projekt uchwały PiS zobowiązującej rząd do stanowczych działań dyplomatycznych
dotyczących wyegzekwowania od Federacji Rosyjskiej zwrotu dowodów katastrofy
smoleńskiej, który wzbudził wśród koalicji rządzącej tak ogromne kontrowersje.
Bardzo chcielibyśmy doczekać momentu, kiedy sprawa ta zakończy się w sposób
formalny, a prawda ujrzy światło dzienne. Wyjaśnienia tego, co wydarzyło się 10
kwietnia 2010 r., oraz co miało miejsce przed katastrofą i po niej, chcą także
Polacy, i to niekoniecznie sympatyzujący z PiS. Świadczy o tym chociażby ogromne
zainteresowanie, jakie wzbudziły wystąpienia w Krośnie i Jaśle przewodniczącego
zespołu parlamentarnego ds. wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej Antoniego
Macierewicza. Społeczeństwo domaga się prawdy, tylko jakoś rządowi brakuje
dobrej woli. Trudno oprzeć się wrażeniu, że zarówno Rosjanie, jak i Polacy
badający okoliczności katastrofy próbują ukryć prawdę o rzeczywistych
przyczynach tego, co wydarzyło się w Smoleńsku.
Po dwóch latach Pani, jako osobie, która straciła na Siewiernym
najbliższą osobę – męża – łatwiej jest mówić o tych wydarzeniach?
– Nie, niestety nie. Przekonałam się o tym, kiedy 10 kwietnia tego roku na
cmentarzu, przy grobie mojego męża zobaczyłam wartę honorową Wojska Polskiego.
Wszystko odżyło na nowo, wzruszenie, żal, a zarazem poczucie, że organy państwa
nie zrobiły wszystkiego, aby wyjaśnić okoliczności tej tragedii. Cóż więcej
powiedzieć…
Może Pani powiedzieć, że dziś wie Pani więcej na temat przyczyn
katastrofy niż choćby rok temu?
– W pierwszych miesiącach po katastrofie wydawało mi się, że prawdy o tym, co
wydarzyło się w Smoleńsku, nie poznamy aż do śmierci. Okazuje się jednak, że ta
prawda się pojawia, choć chwilami bywa bolesna, trudna i przykra. Choćby wtedy,
kiedy dowiadujemy się, jak w Moskwie były taktowane ciała naszych bliskich
zmarłych. Wiemy też, że w Smoleńsku na miejscu katastrofy pod ziemią wciąż
pozostają jeszcze ich szczątki, nie wspominając już o wraku samolotu, który
niszczeje, podczas gdy jako dowód dawno powinien być w Polsce.
Rozważa Pani wniosek o ekshumację ciała męża?
– Chciałabym i myślę, że w swoim myśleniu nie jestem odosobniona, żeby zmarli w
wyniku tej katastrofy odpoczywali w pokoju wiecznym. Żeby wokół tej sprawy było
mniej niepokoju, a więcej ciszy i powagi, żeby wreszcie zapanowało poczucie, że
wszystko, co było możliwe w dochodzeniu do całej prawdy o przyczynach
katastrofy, zostało zrobione, a wszelkie wątpliwości wyjaśnione, żeby móc się
skoncentrować tylko na modlitwie za dusze naszych bliskich, którzy tego od nas
oczekują. Tymczasem dzisiaj wciąż jeszcze tak nie jest. W dalszym ciągu uważam,
że ciała naszych bliskich nie powinny być ekshumowane. Zresztą według mnie sama
ekshumacja niewiele daje. Ważne są badania, a te przeprowadzone dzisiaj chyba
już nie pokażą tego, co można było zobaczyć w pierwszych dniach, tygodniach czy
nawet miesiącach po tragedii.
Uważa Pani, że polskie władze dopuściły się wtedy poważnych zaniedbań?
– Nie chciałabym obciążać sumienia kogokolwiek, ale wiem, że osoby, które
podejmowały decyzje w pierwszych godzinach czy dniach po katastrofie, dzisiaj
tego żałują. Jako rodziny smoleńskie spotykamy się, czujemy się dobrze w swoim
gronie, jesteśmy spokojni i cieszymy się swoją obecnością i tym, że zewsząd
otaczają nas życzliwi ludzie. Natomiast u ludzi władzy, którzy decydowali przed
dwoma laty i wciąż decydują, ja tego spokoju niestety nie widzę. To może
świadczyć, że nie zrobili wszystkiego, co do nich należało, co należało do
polskich władz. I to są winni prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu, który zginął
podczas pełnienia swej funkcji, i 95 towarzyszącym mu osobom.
Jak Pani skomentuje to, co dzisiaj dzieje się wokół sprawy smoleńskiej?
– Przyznam, że obserwuję to ze smutkiem. Weźmy chociażby fakt, że u jednego z
mieszkańców Smoleńska niedawno zabezpieczono szczątki samolotu i części
garderoby, która niewykluczone, że należała do ofiar. Nasuwa się pytanie, czy
jako rodziny – przez tyle miesięcy – wciąż musimy być karmieni takimi
wiadomościami, które naprawdę nie są nam obojętne. To tylko dowód, że nie
zrobiono wszystkiego, co należało do państwa polskiego, żeby podobne sytuacje
się nie zdarzały. Nic zatem dziwnego, że wiele rodzin ofiar po katastrofie
przestało oglądać telewizję, kiedy mówi się o Smoleńsku, nie czyta też gazet.
Ja, owszem, czytam, ale to, co tam znajduję, jest bardzo smutne i
przygnębiające. Gorszące jest także to, że wciąż nie zrobiono wszystkiego, żeby
wyjaśnić przyczyny katastrofy. Polityka uległości Polski wobec Rosji niestety
poniosła klęskę i bardzo to przeżywamy. Jestem pewna, że cała prawda o
katastrofie smoleńskiej w końcu wyjdzie na jaw. Pytanie tylko, kiedy.
Jak z perspektywy czasu ocenia Pani działania instytucji państwowych po
katastrofie? Mam tu na myśli choćby procedury dotyczące identyfikacji ciał ofiar
w Moskwie?
– Uczciwie powiem, że gdybym wówczas posiadała wiedzę, którą mam dzisiaj, to na
pewno nie opuściłabym moskiewskiego Instytutu Medycyny Sądowej. Od początku do
końca czuwałabym przy wszystkich czynnościach, chyba że usunęliby mnie stamtąd
siłą. Pamiętam, jak przekonywano nas, że wszystko jest w należytym porządku, że
na miejscu są specjaliści, patolodzy, że badają ciała, a w ostateczności, gdyby
były problemy z identyfikacją, to zostaną przeprowadzone badania genetyczne.
Tymczasem okazuje się, że wszystko to były pobożne życzenia, w tej sytuacji
trudno zachować spokój. Dlaczego jestem przeciwna ekshumacji? Bo ja nie
zidentyfikowałam ciała mojego męża. Uwierzyłam, zaufałam, że skoro nie można
zidentyfikować ciała, to będzie badanie DNA. Jeżeli zgodzę się na ekshumację,
która będzie zlecona przez prokuraturę, i kiedy otworzona zostanie trumna, to co
tam będzie? Wiem, że ciało męża było w złym stanie, skoro tyle dni nie można
było go zidentyfikować. Pochowałam pamięć mojego męża Stanisława Zająca i nie
wiem, czy ekshumacja jest mi do czegokolwiek potrzebna. Nawet nie chcę o tym
myśleć. Nie wyobrażam sobie również powtórnego przeżywania pogrzebu i współczuję
tym rodzinom, które musiały przez to wszystko przechodzić jeszcze raz.
W ciągu ostatnich dni mieliśmy serię medialnych występów ekspertów
komisji Jerzego Millera, wróciły zgrane schematy: błąd załogi i naciski.
– Bez wątpienia katastrofa obciąża sumienia kontrolerów z lotniska Siewiernyj,
którzy nie powinni dopuścić do lądowania poniżej minimów lotniska. Wszystko, co
wydarzyło się później, to pochodne tych błędów. Natomiast wyniki szwajcarskich
szkoleń mjr. Protasiuka i ppłk. Grzywny, które niedawno opisywał "Nasz
Dziennik", tylko potwierdzają to, o czym wiedzieliśmy od początku, że byli to
doskonali fachowcy i doświadczeni piloci. Natomiast opinie, z którymi mamy do
czynienia w Polsce, dotyczące pilotów, którzy zginęli w Smoleńsku, to pewna
forma niechęci nie tylko do poszczególnych osób, ale w ogóle do Wojska
Polskiego, którego byli przedstawicielami. Mój mąż zginął w tej katastrofie i
przyznam, że ani przez moment nie przyszło mi do głowy, że winę za to, co się
stało, ponoszą piloci. Czas skończyć z szarganiem ich pamięci. Głęboko
współczuję rodzinom pilotów i gen. Andrzeja Błasika, których szkalowano na
wszelkie sposoby, godząc w ich dobre imię. Bulwersuje tylko fakt, że zawiedli
zarówno prezydent, jak i polski rząd, którzy powinni stać na straży honoru tych
ludzi. Mam nadzieję, że historia doceni tych, którzy zginęli w Smoleńsku z
prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele, i sprawiedliwie oceni obecnych
przedstawicieli najwyższych władz, którzy dzisiaj, mimo obowiązku, nie stają na
wysokości zadania. Najwyższy czas skończyć z niesprawiedliwymi ocenami tych,
którzy zginęli, a zastanowić się nad tym, kto dzisiaj dopuszcza, by tak źle
mówiono o oficerach Wojska Polskiego.
Maciej Lasek, szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, nie
zamierza formalnie zweryfikować domniemania o rzekomej obecności gen. Błasika w
kokpicie.
– Wiem jedno: polscy piloci lecący do Smoleńska nie byli samobójcami, ale ludźmi
pełnymi werwy i ochoty do życia. Natomiast trudno oprzeć się wrażeniu, że
wszyscy, którzy wysuwają podobne tezy o generale w kokpicie, przeszli za dużo
szkoleń jednokierunkowych i nie potrafią, a może po prostu nie chcą podejść
logicznie do wielu spraw. Rzetelne i obiektywne badania bez trudu oczyszczą
osoby, na które rzuca się dzisiaj oszczerstwa, ale zarazem postawią we właściwym
świetle te wszystkie organy typu prokuratura, komisja Millera i poszczególne
osoby reprezentujące gremia, które wytaczają tego typu działa. Mówię tylko o
stronie polskiej, bo gdy chodzi o Rosjan, to nie mamy na to żadnego wpływu.
Pytanie, czy gdyby do podobnej katastrofy doszło na terenie innego państwa,
wyjaśnianie okoliczności też wyglądałyby podobnie? To pytanie do Rosjan, ale
także do opinii międzynarodowej.
Czego oczekuje Pani od polskich władz?
– Od przedstawicieli polskich władz, od obecnego rządu w zasadzie, nie oczekuję
już niczego. Natomiast życzę władzy, aby nie bała się i nie unikała nas, rodzin
smoleńskich. Żeby choć przez moment rządzący Polską spróbowali zrozumieć, jak
czuliby się na naszym miejscu, żeby okazali nam serce i może trochę ludzkiej
życzliwości. Zapewniam, że jeżeli pomogą nam wyjaśnić tę katastrofę, to na pewno
będzie im lżej żyć.
Ile jest prawd o Smoleńsku?
– Jedna, którą chcę poznać jeszcze przed śmiercią.
Dziękuję za rozmowę.
