Obława Augustowska
Obława Augustowska, zwana też czasami "obławą lipcową", była akcją
przeprowadzoną przez oddziały Armii Czerwonej, wspierane przez 385. Pułk
Strzelecki Wojsk Wewnętrznych NKWD (Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych)
oraz oddziały "ludowego" Wojska Polskiego i Urzędu Bezpieczeństwa.
Prawdopodobnie zasadniczym jej celem było rozbicie i likwidacja polskich
oddziałów partyzanckich z obszaru Suwałk i Augustowa. Działanie to miało być
częścią większej antypartyzanckiej akcji, przeprowadzonej również na obszarze
zajętej przez Sowietów Litwy.
W dniach między 10 a 25 lipca 1945 r. regularne oddziały Armii Czerwonej
należące do 3. Frontu Białoruskiego, w tym wspomniany 385. Pułk Strzelecki Wojsk
Wewnętrznych NKWD, osłaniane i wspomagane przez UB i 110-osobowy pododdział 1.
Praskiego Pułku Piechoty, przeprowadziły akcję pacyfikacyjną obejmującą tereny
Puszczy Augustowskiej i jej okolic. Wśród funkcjonariuszy polskich
wspomagających Rosjan szczególnie aktywny udział w pacyfikacji brał późniejszy
szef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Mirosław Milewski (we wspomnieniach pojawia
się postać zamaskowanego Polaka przywożonego przez Rosjan do miejsc, w których
chwytano ofiary wskazane przez niego i których zeznania miał na bieżąco oceniać
– według niektórych był to właśnie Milewski).
Historycy Instytutu Pamięci Narodowej, podsumowując konferencję naukową w 60.
rocznicę Obławy Augustowskiej, napisali: "Obława augustowska była największą
zbrodnią dokonaną przez Sowietów na obywatelach polskich po zakończeniu II wojny
światowej. Mimo to ani podręczniki szkolne, ani encyklopedie w ogóle o tym nie
wspominają. W lipcu 1945 r. oddziały Armii Czerwonej wspomagane przez UB i WP
przeprowadziły szeroko zakrojoną akcję pacyfikacyjną obejmującą tereny Puszczy
Augustowskiej i jej okolic. Oddziały radzieckie przetrząsały lasy i wsie,
aresztując podejrzanych o kontakty z partyzantką niepodległościową. Zatrzymano
niemal 2000 osób. Część z nich po przesłuchaniach wróciła do domu. Około 600
osób zostało wywiezionych w nieznanym kierunku i wszelki ślad po nich zaginął"
(ze strony internetowej IPN).
Cała operacja, poprzedzona wcześniejszym "czyszczeniem terenu z elementu
wrogiego" (przypomnijmy, że akcja "Burza" w 1944 r. miała w okolicach Puszczy
Augustowskiej bardzo intensywny wymiar i dynamikę), kierowana była
prawdopodobnie z Augustowa, gdzie ulokowano lokalne dowództwo sowieckiego
kontrwywiadu Smiersz (nazwa jest skrótem hasła "śmierć szpiegom!"). Zatrzymano
kilka tysięcy osób. Stworzono obozy filtracyjne, gdzie torturowano i
przesłuchiwano, przetrzymując uprowadzonych, skrępowanych niejednokrotnie drutem
kolczastym, w dołach pod gołym niebem zalanych wodą. Część z nich po
przesłuchaniach wróciła do domu – ciężko doświadczeni i przerażeni nie
wspominali o swoich dramatycznych przeżyciach. 252 aresztowanych Litwinów,
zaangażowanych w litewski ruch niepodległościowy, przekazano miejscowym organom
NKWD-NKGB (Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych – Ludowego Komisariatu
Bezpieczeństwa Państwowego) Litwy. Około 600 Polaków zostało wywiezionych w
nieznanym kierunku i wszelki ślad po nich zaginął. Aresztowania tych osób
dokonały organy Smiersz 3. Frontu Białoruskiego. Podejrzewa się, że zostały one
wywiezione w okolice Grodna i zamordowane na terenie tzw. Fortów Grodzieńskich,
gdzie wcześniej NKWD przeprowadzało inne masowe egzekucje.
Wspominają o tym obszarze – jako możliwym miejscu kaźni niewinnych polskich
ofiar – świadkowie wydarzeń, powtarzając pijacki bełkot jednego z miejscowych
ubeków Jana Szostaka (w latach 1939-1941 był współpracownikiem NKWD noszącym
pseudonim "Wrona" – później ze względu na swoje "zasługi" zwany katem Augustowa)
zaangażowanego wtedy mocno w działania NKWD: "Szostak wiele razy sam rozgłaszał
po pijanemu, że likwidacja następowała (…) pod Grodnem" (tu i dalej cytuję
relacje zamieszczone w gruntownej pracy dziennikarki Alicji Maciejowskiej
"Przerwane życiorysy – Obława Augustowska, lipiec 1945", IPN Białystok 2010).
Mówi o nim także Cezary Chlebowski, powołując się na świadka, który w końcu lat
osiemdziesiątych w Grodnie opowiadał o transportach Polaków na tereny
wspomnianych fortów. Można też z dużą dozą pewności założyć, że część
uprowadzonych ofiar została zamordowana w różnych zaaranżowanych ad hoc do tego
celu miejscach na obszarze Puszczy Augustowskiej.
Profesor Natalia Lebiediewa z Instytutu Historii Rosyjskiej Akademii Nauk,
autorka rzetelnych prac o Katyniu, wysunęła przypuszczenie, że Polacy mogli też
trafić do jakiegoś tajnego obozu, gdzie być może przeprowadzano na nich
eksperymenty z bronią chemiczną lub biologiczną. Nie ma jednak ostatecznych i
precyzyjnych dowodów na to, gdzie popełniono zbrodnię na niewinnych i jaka była
dokładna liczba ofiar. Nie ułatwiają też dokładnego znalezienia miejsca
egzekucji relacje bliskich ofiar: "25 lipca powiedział żonie, że dzisiaj wywożą
go na białe niedźwiedzie. I rzeczywiście wkrótce podjechał samochód i wyruszył
załadowany ludźmi w stronę lasu. Przed odjazdem wrzucono szpadle. Po 40 minutach
ciężarówka wróciła pusta", choć dostarczają cennych szczegółów, takich jak czas
przejazdu ciężarówki w obie strony czy data zabicia konkretnej grupy ludzi. Co
do wspomnianej wyżej liczby ofiar to, posługując się danymi zebranymi na
podstawie relacji bliskich, rodzin i znajomych ofiar, można z dużą dozą
prawdopodobieństwa określać ją na 491 osób, z tym że można przyjąć, iż liczba ta
mogła być znacząco wyższa (przekraczająca 600 osób). Pytanie: "dużo to czy
mało", w aspekcie wartości życia ludzkiego i polskich strat ludnościowych w
czasie ostatniej wojny, a także i tego, że odbywało się to na obszarze
suwerennego (jak twierdzono) państwa polskiego, wydaje się niezasadne.
W przypadku Obławy jedna rzecz jest jednak pewna – jak rzadko która akcja
pacyfikacyjna przeprowadzana przez Sowietów ta była upiornie skuteczna: "z tej
powojennej, lipcowej pacyfikacji, zwanej 'obławą’, nie powrócił nikt i nikt
nigdy nie dał znaku życia". Jedno z podstawowych pytań, na które (podobnie jak w
kwestii pochówku ofiar) nie znamy dziś odpowiedzi, musi brzmieć: jaki był klucz
doboru porywanych przez Sowietów: "wciąż nie znamy motywów potraktowania tych
ludzi jak oficerów w Katyniu". Stworzone przez Alicję Maciejowską biogramy ofiar
pogromu zawierają rozmaite sugestie i informacje dotyczące tej kwestii. Różnią
się tu także badacze problemu: w każdej okolicy mieszkańcy mieli własną teorię
tego, co się stało – napady na stada pędzonego do ZSRS kradzionego na
zajmowanych terenach bydła, urojony lub prawdziwy zamach na sowieckiego oficera
lub sołdata, akcje likwidacyjne podziemia skierowane przeciwko milicji i
"bezpieczeństwu" oraz tym, którzy informowali Sowietów o tych akcjach i
dostarczali im spisy przeznaczonych do zabicia ofiar. Wśród nich był też Fabian
Leśniewski, dramatyczna postać jak z greckiej tragedii: "Złodziej, bandyta,
rabuś (…) donosił zarówno za Niemców, jak i po 1944 r. Niemcy zamordowali mu
żonę i 2 córki (…) W czasie obławy wskazywał domy, które trudno byłoby znaleźć
w lesie, wydawał ludzi (…) w końcu wywieźli go razem z tymi, na których
doniósł, i razem z nimi zginął". Niewątpliwie pojawiały się tu, dla bystrego
obserwatora nietrudne do zdefiniowania prawidłowości. Systematycznie i z dużą
konsekwencją szukano i zabierano uczestników wojny polsko-bolszewickiej z 1920
roku. W sposób wyraźny starano się też, stosując zasadę odpowiedzialności
zbiorowej, oczyścić tereny przygraniczne z tych, których definiowano jako
"wrogów i bandytów". Prowadząc historyczny dyskurs, od razu należałoby podjąć
dyskusję (nie rozstrzygając jednak ostatecznie) na temat dwóch elementów
traktowanych jako przyczyna sowieckiej represji i niebywałej agresji wobec
Polaków. Jeden z nich to możliwy "rewanż" za odbicie ukradzionego wcześniej
przez Sowietów bydła, drugi – zemsta za mord na którymś z oficerów lub żołnierzy
Armii Czerwonej. W pierwszym przypadku sprawa odbiła się głośnym echem nawet na
najwyższych szczeblach władzy w ZSRS. W maju 1945 r. Beria meldował
Generalissimusowi Stalinowi: "W związku z napaściami band akowskich (…) na
kołchoźników, konwojujących stada bydła na Białoruś, a także w związku z innymi
przejawami bandytyzmu, doradca przy Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego
Polski tow. Seliwanowski, wspólnie z organami bezpieczeństwa Polski, podjął
kilka działań w zakresie likwidacji band akowskich w województwie białostockim".
Otóż nie sądzę, by wspomniane zdarzenia mogły być główną i zasadniczą przyczyną
tak potwornych, jak te "augustowskie", represji. Niewątpliwie w okresie
powojennym na terenie dzisiejszej Polski i terenach należących do dawnej II
Rzeczypospolitej zginęło, w efekcie zamachów, potyczek z podziemiem i nawet
oddziałami MO i LWP, wielu sowieckich żołnierzy i oficerów. W żadnym przypadku
jednak represje nie przybrały tak masowego i zorganizowanego charakteru, jak na
terenie Augustowszczyzny. Należy brać to pod uwagę, ferując opinie w tej
sprawie. Podobnie rzecz ma się z kradzionym bydłem – znamy liczne relacje o
zbrojnych starciach między milicją, która występowała w obronie rabowanego z
ziem polskich mienia, a Sowietami. Nierzadkie były też akcje obronne podziemia
działającego w interesie grabionej przez Rosjan ludności miejscowej. W obu
przypadkach musiały być, o czym wspomniałem już wyżej, ofiary sowieckie. Nigdzie
jednak oprócz interesującego nas terenu nie zarządzano akcji represyjnych o tak
szerokim, drastycznym i zarazem ostatecznie nieodwracalnym charakterze.
Spontaniczność sowieckich działań wydaje się też wątpliwa (tu myślę, na
przykład, o reakcjach na "odbicie" rekwirowanego i kradzionego wcześniej bydła)
w świetle pojawiających się informacji i relacji. Już w czerwcu 1945 r. chodziły
słuchy, że będzie obława. Akcja mogła być więc planowana wcześniej.
Przypomnieć tu należy przeprowadzoną w Białymstoku w maju 1945 r. naradę, w
której wzięli udział przedstawiciele władz wojewódzkich i szefostwo wojsk
wewnętrznych NKWD działających na obszarze Białostocczyzny. Podobno podjęto
wówczas decyzję o przekazaniu Rosjanom suwerennych decyzji w kwestii
bezpieczeństwa na obszarze powiatów augustowskiego i suwalskiego. Na brak
sowieckiej "spontaniczności" wskazują też relacje zebrane przez Alicję
Maciejowską. Pojawiają się tam twierdzenia, że sowieccy śledczy dość szybko
definiowali, kogo wypuszczą, a kogo nie: "Opowiadał świadek Kasjanowicz, że
pewnego dnia oficer NKWD oznajmił, że nazajutrz część osób pójdzie do domu, a
resztę on rozstrzela". Mogli więc mieć przygotowane listy proskrypcyjne.
Abstrahując tu od techniki operacyjnej stosowanej przez NKWD po to, by rozbroić
psychicznie aresztowanych – było w tej chełpliwej zapowiedzi wiele prawdy i
otwarcie wypowiadana groźba wynikająca z powziętych wcześniej zamiarów. Wśród
przyczyn uruchamiających całą akcję, patrząc na to z dzisiejszego punktu
widzenia, racjonalne wydają się takie: wyłapanie "byłych" wrogów z 1920 roku,
którzy potencjalnie pozostawali wrogami i teraz, w 1945 r.; lokalizacja i
unieszkodliwienie ówczesnych partyzantów, którzy przeszkadzali wprowadzać "Nową
Polskę" i stanowili zagrożenie dla jej bezpieczeństwa, a także dla
bezpieczeństwa Sowietów. Gdy analizujemy przyczyny i tło lipcowego dramatu,
zasadne wydaje się także pytanie o udział "Polaków" w całej akcji Rosjan. Można
zwrócić uwagę na dwie kwestie. Pierwsza, łatwiejsza do zdefiniowania, to udział
miejscowej bezpieki i donosicieli: "z rozmów wynikało, że niemal każda wieś
miała swojego domniemanego lub autentycznego donosiciela". W wielu przypadkach
świadkowie i historycy wspominają i wymieniają znane nazwiska polskich
zbrodniarzy. Oprócz podanych wyżej Szostaka i Milewskiego, późniejszego
"twardogłowego" ministra spaw wewnętrznych oskarżanego też o ścisłą współpracę
ze Smierszem i zamieszanego w naruszenia prawa, np. w aferę "Żelazo".
"Największa partia towaru znalazła się w dyspozycji ministra Milewskiego i
kierownictwa Departamentu I MSW. (…) co się stało z ponad 100 kg złota (…).
Ustalono, że najcenniejsze przedmioty (…) były pakowane w szare koperty i
wysyłane do kierownictwa resortu i do gmachu KC PZPR. Towarzysze z "białego
domu" zawsze mieli duże potrzeby, toteż wielu z nich przed wojażami
zagranicznymi pobierało od Milewskiego dewizy na rozmaite zakupy" – pisał o tej
sprawie Piotr Gontarczyk ("Zbóje w służbie PRL", "Gazeta Polska" z 15 czerwca
2001). Tu nie ma jednak większych problemów. Przy dostępie do archiwów IPN i
szczegółowych badaniach będzie można w miarę precyzyjnie określić, kto donosił
na swoich sąsiadów, czego skutkiem mogło być wpisanie na sowieckie listy
proskrypcyjne.
Druga kwestia, i tu my, badacze, mamy sporą trudność – to rola polskich
czynników ze szczebla centralnego w organizowaniu Obławy i inspirowaniu Sowietów
do jej przeprowadzenia: "Synowi udało się kiedyś zwabić do domu i upić
sowieckiego pułkownika (…) listy przeznaczonych do wywiezienia dostali od
władz polskich".
Trzeba zadać tu podstawowe pytanie, czy w ogóle polska inspiracja miała miejsce,
czy może cała działalność Polaków ograniczała się tylko (jako znających teren,
ludzi i miejscowe zwyczaje) do roli czysto pomocniczej, tej określanej wyżej
jako pospolite donosicielstwo: "Dotarły do jakiegoś komendanta stacjonującej tam
jednostki. Obruszył się, gdy wspominały coś o łagrach – "żadnych łagrów u nas
nie ma"! Na pytanie, dokąd wywieziono mężów, odpowiedział (…) Nie wie też, jak
szukać. Ale polskie władze zleciły tę akcję i wiedzą w czyje ręce oddały swoich
obywateli". Na marginesie powyższych rozważań refleksja – czytając życiorysy
zamordowanych, możemy określić nie tylko to, co generowali Sowieci i ich polscy
"poputczycy", czyli zbrodnię i zezwierzęcenie – przebija z nich też w wielu
przypadkach coś, co można nazwać dumą z polskości: "Mój ojciec psem nie był i ja
nie będę. Byłem Polakiem i będę Polakiem" – miał odpowiedzieć Mieczysław Cichor
na propozycję wstąpienia do UB złożoną mu przez wspominanego wyżej Jana
Szostaka. To stało się też przyczyną jego śmierci. Podobnie zachował się
siedemnastolatek z Gib Bronisław Szarejko, gdy wywożony, prawdopodobnie
bezpośrednio na śmierć, krzyknął "Jeszcze Polska nie zginęła!".
Przy lekturze wspomnień wracają pytania o odpowiedzialność Polaków: "Aresztowano
go w I połowie lipca (…) Nie przyszli po niego żołnierze sowieccy, ale jego
dobry kolega z lat szkolnych Roman Dyndo, który po wojnie zatrudnił się w UB.
Wszedł, przywitał się grzecznie z matką i siostrami Tadeusza (…) i powiedział
"Tadzio, będziesz musiał przejść się do nas na sprawdzenie dokumentów". Matka,
traktując go wciąż familiarnie, jak dobrego znajomego, radziła się go, czy
zapakować Tadziowi kanapkę (…) Powiedział, że nie warto, bo Tadzio wróci na
kolację. I poszli. Na kolację nie wrócił, ani na noc".
Na te pytania trudno odpowiedzieć wprost. Chcę przed czytelnikiem zarysować
pewne kierunki myślenia, możliwości badań i refleksji nad sprawą. To ważne na
przyszłość. Czy mimo perfekcyjnych działań Sowietów można było się uratować, do
końca nie wiemy, ale pojawiają się sugestie, że czasami szanse na ratunek były:
"Chcieli go wypuścić za butelkę wódki, ale nie miała wódki ani pieniędzy, żeby
kupić". W zasadzie jednak nie sposób było ochronić się przed dosięgającą
człowieka w sposób nieoczekiwany akcją represyjną. Nie chronił przed nią także
fakt, że ktoś ucierpiał wcześniej wskutek okrutnych działań Niemców wobec
miejscowej ludności. Warto tu wspomnieć o wątku niemieckim całej sprawy. W
polskim dramacie jest też miejsce dla byłych agresorów – teraz przegranych,
szukających ratunku i wsparcia u swych byłych ofiar: "W trakcie obławy przyszło
do p. Mejera dwóch ukrywających się w lesie, wygłodniałych Niemców. Dał im
chleb. Zaraz zostali schwytani w lesie przez Rosjan. Przyprowadzono ich na wieś,
zwołano mieszkańców i Sowieci kazali wskazać, od kogo dostali chleb. Niemcy nie
wskazali nikogo. Byli potem przetrzymywani z Polakami w Gibach. I na pewno razem
zginęli". Był to przejaw wyjątkowej dzielności i niezaplanowanej wspólnoty losu
– warto na to zwrócić uwagę.
Analizując kwestie Obławy, trudno uciec od narzucających się analogii między
okupacją niemiecką i sowiecką: "Porównania z Niemcami same się nasuwają – jak
ktoś zginął w obozie, to przynajmniej zawiadamiali o śmierci 'a tu jak kamień do
wody’ i jeszcze przyznać się nie chcą". Dokonywano "uprowadzeń", po czym ginął
wszelki ślad po ludziach zabranych z domów. Dramat następował po dramacie,
śmierć goniła śmierć.
Pokazuje to historia trzech chłopaków (Mieczysław Jatkowski, Władysław Jedliński
i Tadeusz Stelmasiak) schwytanych na ulicy w Augustowie. Czy byli na listach
proskrypcyjnych przygotowanych dla Sowietów, czy może stali się ofiarami, bo nie
pasowali do szablonu zachowań serwowanego NKWD-zistom w propagandowych
broszurach i instrukcjach operacyjnych – po prostu grali na ulicy miasta na
gitarze?! Tak jak kilkadziesiąt lat później warszawski maturzysta Grześ Przemyk.
Przypadek chłopców przeczyłby teorii dotyczącej walki z "dywersantami na froncie
bydła". Chyba że to wyjątek potwierdzający regułę.
Upatrzonych "wrogów" aresztowano tak jak wyżej na ulicy, na drodze prowadzącej
do wsi, zwabiano podstępnie na "zebrania" wiejskie, gdzie byli zatrzymywani,
wywożono i wyprowadzano z domów pod pretekstem krótkiego przesłuchania w
urzędzie, zapraszano na rozmowy w UB, otaczano całe wsie kordonem wojska,
zabierając "wybranych" – "szybko wróci, jeśli niewinny, nie martwcie się".
Odbywało się to spokojnie lub przy użyciu przemocy, podstępem i przy
zastosowaniu perswazji. Mamy tu okazję obserwować całą paletę ludzkich zachowań
po stronie oprawców. Byli wśród nich i "dobrzy Sowieci". Fenomenalną cechą
ludzkiego charakteru jest to, że z najgorszych chwil człowiek potrafi zapamiętać
dobro doznawane sporadycznie od wrogów: "ryzykując głową, żołnierze i oficerowie
radzieccy ostrzegali przed aresztowaniami". Sprawiedliwych zawsze należy
pamiętać, niestety w źródłach znacznie więcej jest wzmianek o niezwykłej,
niebywałej wręcz brutalności, zupełnie zbędnej wobec dramatycznej przewagi
oprawców w stosunku do aresztowanych. Agresja ta niejednokrotnie skierowana była
wobec rodzin, kobiet, dzieci: "Dzieci próbowały (…) bronić, gdy Sowieci
wyprowadzali tatę z domu. Trzynastoletni syn rzucił się w ich stronę i o mało
nie nadział na bagnet, a ośmioletnia Ania zaczęła tak na nich krzyczeć i
wyzywać, że żołnierz zaczął mierzyć do dziecka z pistoletu, dopiero drugi
zmitygował go i skłonił do schowania broni".
W trakcie Obławy nikt nie był bezpieczny, nawet starcy. Niejako przy okazji
uprawiano złodziejstwo, połączone ze zwykłym zezwierzęceniem, na przykład
wyrywaniem zamordowanym złotych zębów. Nierzadkie i charakterystyczne bywały
próby gwałtów i gwałty na pozbawionych mężów i synów kobietach: "Osamotnione
kobiety (…) przeżyły jeszcze jeden napad na dom. Dwóch pijanych żołdaków
wtargnęło pewnej nocy (…) Jeden bardziej brutalnie dobierał się do dwóch
starszych dziewczyn. Mała Ania, płacząc, błagała tego trzeźwiejszego, który
wydawał się bardziej ludzki, żeby im dali spokój i żeby odciągnął tamtego. W
końcu przerażone dziewczyny uciekły, a oni zażądali wódki. W domu alkoholu nie
było, dobrali się więc do kufra i pokradli z niego różne przedmioty".
Równie dramatycznie było później po uprowadzeniu, gdy porwani znajdowali się w
miejscach odosobnienia. Bicie, tortury w celu wymuszenia zeznań były na porządku
dziennym: "Przesłuchania były połączone z torturami. Pytano o kontakty z
'bandytami’. Sadzano przesłuchiwanych na krześle z gwoździami. Omdlewających z
bólu, polewano wodą i kontynuowano śledztwo". Nierzadkie były opowieści świadków
o aresztowanych, którzy – sini od razów zadawanych im wcześniej przez oprawców –
wrzucani byli na samochody ciężarowe jak przedmioty, nieistotne dodatki do
siedzących na nich konwojentów, a następnie wiezieni byli w "nieznane".
Te miejsca pozostają nieznane do dziś. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych,
po odkryciu zbiorowych grobów w Gibach, oraz w pierwszych latach wolnej Polski
padały liczne obietnice wyjaśnienia sprawy (Andrzej Wajda, zmarły tragicznie
Bronisław Geremek i inni) – jak dotąd nie zdarzyło się nic, co byłoby przełomem
w sprawie. Nie potraktowano poważnie podjętych publicznie zobowiązań wobec
rodzin "zaginionych". Tym zaś, którzy zostali, czekali i czekają nadal,
towarzyszy nadzieja powtarzana jak mantra w wielu wspomnieniach, podobna do tej,
jaką żywią rodziny katyńskie: "Do końca miała nadzieję, że on jednak żyje. Choć
już w 1943 roku po odkryciu mogił katyńskich Niemcy wydrukowali jego nazwisko w
gazetach, ona nie mogła w to uwierzyć. A nuż w ostatniej chwili on jeden uciekł,
a nuż siedzi gdzieś w łagrze na Syberii i któregoś dnia wróci, po prostu pojawi
się w progu". W to samo i tak samo wierzą rodziny i bliscy porwanych w czasie
Obławy.
W Polsce "ludowej" oficjalnie nikt się, rzecz jasna, nie interesował kwestią
augustowskiego dramatu. Rzecznik komunistycznego rządu Jerzy Urban, tradycyjnie
mijając się z prawdą, fakt zaginięcia obywateli polskich wręcz kwestionował.
W Gibach w roku 1987 powstał pomnik projektu Andrzeja Strumiłły mający zachować
pamięć o ofiarach Obławy. W Polsce działa Związek Pamięci Ofiar Obławy
Augustowskiej 1945 roku. Ciał ofiar, na co zwróciliśmy uwagę wyżej, nigdy nie
znaleziono, jakkolwiek jedna z wersji śledczych i badawczych (różna od
wspominanej wyżej "wersji grodzieńskiej") kierowała nasz wzrok na okolice Gib.
Przeprowadzone na początku lat 90. ekshumacje wskazywały poprzez odkrycie
znacznej ilości sprzętu i umundurowania niemieckiego, że mogły to być jednak
zwłoki żołnierzy niemieckich. Wtedy to ustawiono w Gibach krzyż na symbolicznej
mogile zaginionych. Na krzyżu wypisano nazwiska 530 osób.
Na początku lat 90. postępowanie w sprawie Obławy rozpoczęła prokuratura w
Suwałkach (dość szybko zostało zawieszone), a później, w roku 2000, podjął je
Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Białymstoku. Wstępnie Obława była
kwalifikowana przez prokuratorów IPN jako zbrodnia komunistyczna, od niedawna
również jako zbrodnia przeciwko ludzkości; zasadna wydaje się teza o
ludobójstwie. W toku trwania postępowania kilkakrotnie kierowano do Rosji
wnioski o udzielenie pomocy prawnej. 7 stycznia 1995 r. Naczelna Prokuratura
Wojskowa Federacji Rosyjskiej w odpowiedzi na zapytanie strony polskiej wysłała
do Ambasady RP w Moskwie list informujący Polskę, że podstawową przyczyną
przeprowadzenia akcji były napady na żołnierzy armii sowieckiej, jakie miały
miejsce na obszarze Rzeczypospolitej. Decyzję o działaniu podjął sowiecki
"Naczelny Dowódca". Plany operacji miały być przygotowane przez Sztab Generalny
Sił Zbrojnych ZSRS. Celem operacji było "wykrycie i unieszkodliwienie wszystkich
formacji antyradziecko nastawionej 'Armii Krajowej’". W dokumencie potwierdzono
aresztowanie podczas Obławy przez organy Smiersz 3. Frontu Białoruskiego grupy
592 osób, które wspierały (powtórzmy to raz jeszcze za oficjalnym dokumentem)
"antyradziecko nastawioną 'Armię Krajową’". Dodano do tego informacje o tym, że
"sprawy karne nie były kierowane do sądów, a ich dalszy los jest nieznany". W
2003 roku strona rosyjska stwierdziła, że nie ma żadnych dokumentów
potwierdzających rozstrzeliwanie cywilów na Suwalszczyźnie w 1945 roku;
potwierdziła przy tym operacje na tym terenie 62. Dywizji Wojsk Wewnętrznych
NKWD. Sugestie udostępnienia polskim organom śledczym kopii dzienników bojowych
zbrodniczej jednostki pozostały bez odpowiedzi.
Przytoczę opinię, sformułowaną również w 2003 r. przez Tomasza Kamińskiego,
wówczas prokuratora Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi
Polskiemu w Białymstoku, że zatrzymanie, a następnie zaginięcie osób
aresztowanych podczas Obławy "stanowi jeden z elementów martyrologii narodu
polskiego już po oficjalnym zakończeniu działań wojennych w Europie. Wskazuje na
prawdziwe oblicze 'nowego porządku społecznego’ w Polsce Ludowej i rzeczywiste
metody jego wprowadzania. Jest także kolejnym przyczynkiem w dyskusji nad
legalnością wprowadzonych rządów komunistycznych i co za tym idzie 'zasług’ osób
go reprezentujących".
W połowie lipca 2006 r. strona rosyjska odmówiła odpowiedzi na polski wniosek o
pomoc prawną w sprawie Obławy, argumentując to przedawnieniem. Po raz kolejny
obszerny wniosek o pomoc prawną Polska skierowała do Rosji w 2009 roku.
Niedawno zarysował się pewien postęp w kwestii zbadania okoliczności całej
sprawy. Wiosną 2011 r. rosyjski historyk Nikita Pietrow, wiceprzewodniczący
stowarzyszenia Memoriał, ujawnił w swojej książce o sowietyzacji centralnej
Europy, zatytułowanej "Po scenariju Stalina" (Według scenariusza Stalina), treść
odnalezionej w archiwach KGB depeszy wysłanej w lipcu 1945 r. przez generała
Wiktora Abakumowa, dowódcę kontrwywiadu wojskowego Smiersz, do szefa NKWD
Ławrientija Berii. Wynika z niej, że 20 lipca z Moskwy do Olecka przybyła
specjalna ekipa funkcjonariuszy Smiersz pod dowództwem generała Iwana Gorgonowa,
mająca przeprowadzić "likwidację zatrzymanych w lasach augustowskich bandytów".
Akcją pacyfikacyjną miał dowodzić wspomniany Gorgonow oraz szef kontrwywiadu
Smiersz 3. Frontu Białoruskiego generał Paweł Zielenin. Liczba 592 osób,
wymieniona w depeszy Abakumowa, odpowiada prawie dokładnie liczbie mieszkańców
regionu zaginionych w czasie Obławy. W opinii Nikity Pietrowa, z depeszy wynika,
że Obława została przeprowadzona na osobisty rozkaz Stalina.
Instytut Pamięci Narodowej czyni starania o uzyskanie z Prokuratury Generalnej
Rosji kopii tego dokumentu, co powinno się przyczynić do pełniejszego
wyjaśnienia sprawy: by tęsknota rodzin i bliskich zamordowanych w imię
opętańczej komunistycznej ideologii i nienawiści do wolnej Polski i kochających
wolność Polaków została wreszcie zaspokojona i ukojona, a prawda o wymordowanych
niewinnych rodakach dotarła do świadomości nas wszystkich.
