„Objawione słowo… wielka wojna” (Dn 10, 1)

Świat nie może się wciąż uwolnić od takich czy innych wojen. Jeszcze
brzmią w naszych uszach relacje z okrutnej wojny w Libanie. Rocznica
wielkiej Bitwy Warszawskiej i Cudu nad Wisłą obudziła szereg refleksji
na temat głębszego znaczenia wojen, które naznaczyły szczególnym
stygmatem naszą historię.

Teoretycy zastanawiają się nad możliwie adekwatną definicją
wojny i charakterystyczną ewolucją tego ponurego zjawiska w ciągu
ostatnich stuleci (zob. Ethos nr 71-72, 2005). Politycy zastanawiają
się nad możliwością skutecznej obrony przed nowymi formami wojny,
w których całe społeczeństwo, cały glob staje się terenem i frontem
walki otaczającej człowieka jak śmiercionośna mgła. Na darmo różne
autorytety i instytucje międzynarodowe podejmują poważne wysiłki,
aby zwyciężył pokój i aby spełniło się życzenie podnoszące się z
serca rodziny ludzkiej po II wojnie światowej: "nigdy więcej" – "never
again!", aby głębokie pragnienie ludzkości znalazło wreszcie swoje
urzeczywistnienie. Już i tak podnieconą atmosferę podpalają wznawiane
komentarze nad proroctwami Nostradamusa, który rzekomo zapowiada
wielką katastrofę właśnie w nadchodzącym czasie.

Świat miejscem
wojny duchów

W istocie nie brakuje znaków "na niebie i na ziemi" świadczących o
tym, że także w przyrodzie panuje niepokój: trzęsienia ziemi, wybuchy
wulkanów, potężne huragany, powodzie lub tragiczne susze niszczące
ludzkie plony. Ziemia nie obiecuje ludziom spokoju. Każdy myślący
człowiek zadaje sobie pytanie: dlaczego to wszystko i jaki będzie
tego kres? Jeszcze nie tak dawno "nauka" obiecywała ludziom, że zapanuje
nad żywiołami i człowiek będzie się czuł bezpieczny jako pan świata.
Tymczasem w miarę tak zwanego postępu wzrasta nie tyko suma katastrof,
ale przede wszystkim sam człowiek stracił kontrolę nad najważniejszą
dziedziną rzeczywistości: nad swoim własnym życiem. Historia świata
nie toczy się w kierunku doskonałej harmonii, lecz raczej ku nowej
postaci chaosu, z którego może ocalić tylko Ktoś, kto jest ponad wszystkim.
Nie bez powodu powołałem się na początku tego tekstu na proroctwo
Daniela. Także na zjawisko wojny rzuca pewne światło Objawienie
Boże. Wojna nie jest tematem czysto "świeckim", czysto ziemskim: świat
duchowy ma tutaj wiele do powiedzenia. Pozwalając sobie na pewne
uproszczenie, twierdzę, że świat jako teatr wojny przypomina scenę
teatru kukiełkowego: widać poruszające się kukiełki, lecz nie widać
tych, którzy ukryli się za sceną i w odpowiedni sposób poruszają
"aktorami", czyli laleczkami wykonującymi akcję zaplanowaną
za kulisami. Przytoczony rozdział 10. Księgi Daniela ujawnia, że
właściwa wojna toczy się w świecie duchów, tj. między aniołami, którym
Bóg oddał w opiekę narody, a złymi duchami, które usiłują udaremnić
Boże plany. Jest godne uwagi, że objawienie fatimskie Matki Bożej
zostało poprzedzone i niejako przygotowane przez anioła, który
objawił, że jest "Aniołem Portugalii". Zatem nie tylko indywidualna
osoba ma swojego Anioła Stróża, ale także całe narody mają swoich
aniołów wspomagających je w przyjęciu daru zbawienia. Aniołowie
w szczególny sposób ochraniają Kościół i dzieła z nim związane. Ale
też złe duchy atakują nie tylko poszczególnych ludzi, lecz także społeczeństwa,
instytucje, formy kultury, struktury cywilizacyjne, naukowe,
polityczne – wszystko, w czym może się wyrazić wspólnotowe powołanie
ludzkości.

Przedmiot ataków szatana
Działanie złych duchów ujawnia się szczególnie w dążeniu do zburzenia
jedności, jaką Bóg zamierzył ustanowić między ludźmi. Chodzi o
jedność stanowiącą uczestnictwo w Bogu: w Jego Prawdzie, w Jego
Życiu, w Jego Miłości. Syntezą tej jedności jest Kościół. Dlatego
wrogie działanie szatana zmierza do zafałszowania i zniszczenia
wszystkiego, co w samej istocie człowieczeństwa zawiera odniesienie
do tajemnicy Kościoła. Dzieje się to głównie przez nakłonienie
człowieka do grzechu, a więc do odrzucenia Daru samego Boga, czyli
do zamknięcia się człowieka w samym sobie w akcie bałwochwalczego
samouwielbienia i samozawierzenia. W ten sposób człowiek staje
się niewolnikiem szatana i jest skłonny spełniać jego sugestie
i być bezwolnym narzędziem realizacji jego zbrodniczych planów.
Historia Objawienia jest spięta jakby klamrą, obrazem tej "wielkiej
wojny", jaka toczy się ponad historycznym czasem, pomiędzy szatanem
a Niewiastą, która jest żywym wyobrażeniem Kościoła. Owo biblijne
"wprowadzam nieprzyjaźń…" (Rdz 3, 15) wraca jak echo w Apokalipsie,
we fragmencie czytanym w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej
Maryi Dziewicy: "I stanął Smok przed mającą rodzić Niewiastą, ażeby
skoro porodzi, pożreć Jej Dziecię" (Ap 12, 4). Wojna jest ta sama i
przedmiot jej ten sam. Szatan chce udaremnić plan Boży, w którym Bóg
staje się Darem dla ludzkości poprzez Niewiastę, czyli przez wcielenie
Syna Bożego. Oczywiście Bóg zwycięża, ponieważ Jego Miłość jest
potężniejsza niż śmierć i wszelkie zło, a wszystkie podstępy szatana
i cała nienawiść, jaką wzbudził, zwracają się przeciwko niemu samemu:
to, czym chciał Chrystusa pokonać, okazało się dla niego samobójczym
ciosem. Ten dramat rozegrał się w świecie duchów i jego najgłębsza
istota jest dla nas tajemnicą. To, co człowiek mógł zaobserwować,
to jedynie widzialne aspekty tej historii, w której człowiek, pod
wpływem sugestii Złego, wybierał grzech, kłamstwo, nienawiść, walki,
zamęt, podziały i wojny.
Być może ryzykuję twierdzenie, którego nie mogę do końca udowodnić:
że wszelkie wojny prowadzone od początku między narodami i państwami
są w jakimś stopniu dziełem szatana i odpowiadają w pełni jego zamiarom.
Interesujące jest, że od czasu, kiedy Bóg wkroczył w historię w sposób
widzialny, wojny zwracają się w sposób szczególny przeciwko tej więzi,
jaką Bóg stopniowo przygotowywał między sobą a ludzkością reprezentowaną
przez naród wybrany. Bóg go wspierał, gdy ten walczył o sprawę Bożą,
ale pozwalał na klęskę i nawet niewolę, gdy należało ukarać grzech
i dać sposobność do pokuty. Od czasu ustanowienia Nowego Przymierza
zauważa się coraz wyraźniej pewną regularność: główne ostrze wojen,
czyli ostrze złości szatana, zwraca się coraz bardziej zdecydowanie,
planowo i perfidnie przeciw rzeczywistości Kościoła jako Ciała
Chrystusowego. Szatan nienawidzi faktu obecności Boga w ciele
ludzkości, które zostało uczynione (ustanowione) świątynią Boga,
stąd wszystkie wojny atakują – wewnętrznie czy zewnętrznie – tę właśnie
duchową rzeczywistość zaszczepioną w ciele ludzkości. Co więcej,
od momentu, kiedy pojawia się sakramentalna struktura Kościoła,
również jego przeciwnik usiłuje zorganizować sobie "wspólnotę",
która będzie czymś w rodzaju "społecznego ciała" wypełniającego
jego plany wrogie wobec Kościoła.

Żydzi i rewolucje
Jest czymś najbardziej tragicznym, że naród, który był wybrany po to,
aby służył Bogu w pełnieniu Jego planu, stał się w pewien sposób
wspólnikiem szatana. Chrystus, uświadamiając im ich grzech (ponieważ
postanowili Go zabić), stwierdził z całą jasnością: "wy macie diabła
za ojca" (J 8, 44). Było to surowe stwierdzenie, ale prawdziwe, ponieważ
Żydzi, usiłując zabić Chrystusa, "pełnili zamiary szatana". Nienawiść
do Chrystusa, wzniecona przez szatana u przywódców narodu żydowskiego,
natychmiast zwróciła się przeciw Kościołowi, jak to widać od początku
w prześladowaniu św. Szczepana i potem we wszystkich dalszych prześladowaniach.
Były one zawsze inspirowane przez Żydów i przez nich zaciekle przeprowadzane.
Nie bez powodu Księga Apokalipsy mówi o "Synagodze szatana" (Ap
2, 9).
Siedemdziesiąt lat temu w Warszawie ukazała się książka zawierająca
cenne materiały na temat systematycznego dążenia Żydów do opanowania
świata metodami podstępnymi i wywrotowymi (autor powrócił przed
wojną do Warszawy, ale został wkrótce zamordowany przez "nieznanych
sprawców"). Ksiądz Trzeciak przytacza m.in. treść ulotki, napisanej
w języku hebrajskim, którą znaleziono u wziętego do niewoli niejakiego
Zundera, komendanta 11. pułku strzelców bolszewickich, w czasie
potyczki na granicy estońskiej, w nocy 9 grudnia 1919 roku. Ulotka
zawierała odezwę skierowaną do "Prezesów sekcji międzynarodowej
Ligi izraelskiej". Oto treść: "Synowie Izraela! Godzina naszego zwycięstwa
jest już bliska. Jesteśmy u progu panowania nad światem, to, o czym
nie mogliśmy myśleć, jak tylko w marzeniu, staje się obecnie rzeczywistością.
Niedawno słabi i bezsilni, teraz podnosimy dumnie głowę, co zawdzięczać
należy bezładowi światowemu. Przez zręczną propagandę poddaliśmy
krytyce i wyszydzeniu powagę i wykonanie religii, która jest nam
obca, złupiliśmy te świątynie, które są nam obce, zachwialiśmy w
ludach i państwach ich kulturę i ich tradycję, znajdując w tych narodach
więcej ludzi, jak nam było potrzeba do naszej pracy. Zrobiliśmy wszystko,
co potrzebne, by podbić naród rosyjski pod potęgę żydowską i wymusiliśmy
w końcu, by upadł na kolana przed nami – Rosja śmiertelnie zraniona
jest teraz na naszej łasce. Strach przeklęty przed niebezpieczeństwem
nie powinien nam pozwolić ani na współczucie, ani na litość. Nareszcie
dane nam jest patrzeć na łzy narodu rosyjskiego. Zabierając mu jego
dobra i jego złoto, uczyniliśmy z tego narodu podłych niewolników.
Lecz bądźcie roztropni i dyskretni. Należy zniszczyć najlepsze elementy,
elementy uświadomione, aby Rosja nie otrzymała już więcej rządcy.
W tym celu my zniszczymy wszelką możliwość opierania się naszej sile.
Wojska i walki wewnętrzne zniszczą skarby kultury, stworzone przez
narody chrześcijańskie…" .
Przytoczony tekst dorzuca pewien szczegół do cennego materiału
zebranego przez historyków; konkretnie myślę o artykułach prof.
Jerzego Roberta Nowaka na temat roli Żydów w rozpętaniu rewolucji
bolszewickiej i w realizacji antyludzkich, a zwłaszcza antypolskich
i antychrześcijańskich celów tej rewolucji. Profesor Jerzy Robert
Nowak demaskuje kłamstwa Grossa zawarte w ostatniej książce pt. "Strach".
Gross oskarża Polaków, że niszczyli Żydów, podczas gdy prawda jest
odwrotna, co prof. Nowak szczegółowo i cierpliwie wykazuje. Tego
rodzaju złośliwa propaganda przeciw Polsce jest osobliwym zjawiskiem,
na które należałoby spojrzeć w szerszej perspektywie. Osobiście
uważam, że Polska jest atakowana, dlatego że chce być wierna swojej
tożsamości i chrześcijańskiej tradycji. Jest to nie tylko problem
jakiegoś pisarza oszczercy, ale problem naszego miejsca w świecie,
który został poddany wpływom "księcia tego świata".
Godne zastanowienia jest, że hitleryzm jako ideologia rozwijał
się również w kręgu wpływów żydowskich. "Encyklopedia Białych Plam"
podkreśla, że "w otoczeniu Hitlera wielkie wpływy miały osoby pochodzenia
żydowskiego. Jego najbliższymi współpracownikami byli m.in.: Reinchard
Heydrich, Alfred Rosenberg, (…) Juliusz Streicher (Abraham Goldberg),
Rudolf Hess, (…) Hans Frank, Heinrich Himmler, Adolf Eichmann, Hermann
Goering, dr Morell" (Hasło "Hitleryzm", tom VIII, s. 10). Na temat niektórych
z tych osobistości więcej szczegółów podaje Zbigniew Rogowski w
artykule "Żydowscy pretorianie Hitlera", ("Nasza Polska", nr 29, 2006).
Właśnie ci "pretorianie Hitlera" przygotowali ów sławny żydowski
holokaust.
Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że siłą napędową sowieckiej
rewolucji 1917 roku byli Żydzi i oni widzieli w tej rewolucji drogę
do opanowania świata, jak to jest widoczne także w tej ulotce przytoczonej
przez ks. Trzeciaka. Oni zajmowali czołowe stanowiska w całej sowieckiej
organizacji i oni odznaczali się szczególną bezwzględnością i okrucieństwem
w tępieniu tzw. wrogów rewolucji. Problem skomplikował się wtedy,
gdy Armia Czerwona zatrzymała się nad Wisłą i dzięki cudownej interwencji
Najświętszej Dziewicy zmuszona była zrezygnować z planu "po trupie
Polski do serca Europy". Należy się wdzięczność ks. Józefowi Bartnikowi
SJ za przypomnienie roli Maryi w zwycięstwie nad bolszewikami ("Nasz
Dziennik" nr 189, 2006, s. 14-15). Okazało się, że "serce Europy" przeniosło
się do Polski, jak to stwierdził Norman Davies, i dlatego po niecałych
20 latach Polska stała się obiektem planowego najazdu sprzymierzonych
sił socjalizmu – w roku 1939.

Marksizm nie składa broni
Wprawdzie socjalizm w wydaniu niemieckim skapitulował w 1945 roku,
ale socjalizm marksistowski zarówno w wydaniu "czystym", jak i "poprawionym"
nadal czuł się dobrze i nie rezygnował z planów panowania nad światem.
Główni teoretycy marksizmu (tego poprawionego), głównie pochodzenia
żydowskiego (z wyjątkiem Antonio Gramsciego), myśleli o tym, w jaki
sposób ożywić ducha rewolucji socjalistycznej po wyraźnym niepowodzeniu
wojny 1919-1920 roku. Uznano, że rewolucja w wydaniu sowieckim nie
ma obecnie powodzenia, ponieważ "proletariat", urzeczony urokami
rozwijającego się kapitalizmu, nie wykazuje entuzjazmu do "wyjścia
na barykady". Pomyślano więc o tym, aby sedno rewolucji przenieść
na płaszczyznę kultury i przede wszystkim zrewolucjonizować myślenie,
żeby po "długim marszu przez kulturę" (Gramsci) społeczeństwo bezboleśnie
porzuciło brzemię "zachodniej cywilizacji" dogłębnie przesiąkniętej
elementami chrześcijańskimi i burżuazyjnymi.
W radykalny sposób próbował zaatakować kulturę, przede wszystkim
moralną, Georg Lucacs, komisarz do spraw kultury w krótkotrwałym
rządzie bolszewickim Beli Kuna (żydowskiego pochodzenia) na Węgrzech.
Zgodnie z duchem Lenina zaatakował instytucję małżeństwa i rodziny,
obalając w programie edukacyjnym wszystkie zasady moralne będące
podstawą kultury społecznej. Pomimo krótkotrwałej działalności
komisarza skutki były tragiczne (zob. Linda Komball "The New Left,
Cultural Marxism…", MichNews 2 Aug. 2006). Lucacs, uchodząc z Węgier
(po upadku rządu), przez Wiedeń, dotarł do Frankfurtu, gdzie przyłączył
się do osobliwego "Instytutu Badań Społecznych" (który był w istocie
instytutem marksizmu), jaki powstał przy Uniwersytecie Frankfurckim
w roku 1923. Członkami tego Instytutu byli sami Żydzi, którzy "dla
dobra ludzkości" chcieli uratować marksizm, nadając mu nową politurę
i barwę "kulturalną", także dzięki nowemu spojrzeniu na Freuda,
Hegla, Kanta czy Heideggera. Trzeba przyznać, że do zespołu tzw. szkoły
frankfurckiej należeli zdolni ludzie i płodni pisarze, którzy przyczynili
się wybitnie do kryzysu moralnego i społecznego, jaki wybuchł w
Europie i Ameryce w latach 60. ubiegłego stulecia, a którego bolesne
skutki świat przeżywa do dziś. Oprócz Lucacsa do zespołu tej szkoły
należeli: Teodor Adorno ("z domu" Wiesengrund; nazwisko przejął
po matce), Max Horkheimer, Walter Benjamin, Herbert Marcuse, Leo Lowentahl,
Franz Neumann, Friedrich Pollock, Erich Fromm, Jurgen Habermas (wg: Wikipedia).
Trudno wchodzić w szczegóły tej filozofii "kulturalnego marksizmu",
rozwijanego zgodnie z metodą dialektyczną, dzięki której można
udowodnić wszystko, co się chce, ponieważ programowo odrzuca się
istnienie obiektywnej prawdy i możliwość kryteriów poznania niezależnych
od dialektycznego sprzężenia, istniejącego między człowiekiem
a społeczeństwem, człowiekiem a klasą, społeczeństwem a władzą, kulturą
a ideologią, ideologią a polityką. Ten splot współzależności tworzy
trudny do rozwikłania chaos, który równocześnie daje pole do popisu
zdolnym umysłom konstruującym zawiłe teorie, na przykład teorię "autorytatywnej
osobowości" lub "teorię krytyczną". Ta pierwsza teoria gubi istotę
człowieka jako osoby, traktując go nadal jako produkt współczynników
środowiskowo-historycznych; ta druga teoria jest potrzebna jako
taran do rozbijania wszelkich ustalonych i utrwalonych przez tradycję
systemów wartości decydujących o ludzkim kształcie kultury i wychowania.

Walka z kulturą
Celem tych zabiegów było zburzenie chrześcijańskich, a nawet antropologicznych
podstaw kultury po to, by nowa władza światowa mogła swobodnie
rządzić społeczeństwem, które utraciło poczucie własnej tożsamości.
Teoria "autorytatywnej osobowości" wykazała bowiem, że (rzekomo)
człowiek wychowany w tradycyjnym kontekście kultury zachodniej,
czyli chrześcijańskiej, jest "z natury", czyli w sposób konieczny,
skłonny do antysemityzmu, rasizmu czy faszyzmu. Tego rodzaju
skłonność uznano za schorzenie umysłowe wymagające terapii. W
związku z tym zaproponowano, by tego rodzaju terapię przeprowadzał
kolektyw polityczny, złożony z ludzi "zdrowych", który będzie
zajmował się "poprawianiem" myślenia każdego, kto odbiega od normy
obowiązującej pod nazwą "poprawności politycznej". Pod inną szatą
nastąpił zatem powrót do "kulturalnego terroryzmu" stosowanego
już przez Berię. Starsi pamiętają dobrze, w jaki sposób specjaliści
komunistyczni "poprawiali" myślenie "reakcyjnych" Polaków marzących
o niepodległości. Zwolennicy "poprawności politycznej" narzucili
nawet Ameryce prawdziwy "terror kulturalny". Profesor William
S. Lind twierdzi, że "po raz pierwszy w naszej historii Amerykanie
trwożą się przed tym, co powiedzą, co napiszą i co pomyślą. Boją
się, że mogą użyć niewłaściwego słowa, słowa osądzonego jako obraźliwe
lub niewrażliwe, lub rasistowskie, seksistowskie lub homofoniczne.
(…) Polityczna poprawność nie jest śmieszna. Polityczna poprawność
jest śmiertelnie poważna" (z internetu, Rodakpress 29.07.2006).
Tę "śmiertelną powagę" poprawności politycznej mogliśmy zauważyć
przy okazji uroczystej nagany udzielonej Polsce przez Unię Europejską.
To wydarzenie składa się w logiczny szereg z innymi faktami polegającymi
na obrażaniu Polski przez "naukowców" lub polityków lub stosowaniu
szantażu ekonomicznego. Wspomniany prof. William S. Lind jest współtwórcą
koncepcji tzw. Wojny Czwartej Generacji, prowadzonej przez różne
samozwańcze grupy, ponieważ państwa straciły monopol na prowadzenie
działań wojennych. Pseudonaukowe teorie wymyślone w tzw. szkole
frankfurckiej są zarówno teorią, jak i formą tej wojny, której celem
jest zniszczenie całej dotychczasowej kultury Zachodu. Przede wszystkim
celem tej wojny jest zniszczenie całego dziedzictwa chrześcijańskiego,
jeśli jeszcze gdzieś ocalało. Nie krył się z tym Gramsci (nienależący
do szkoły frankfurckiej, ale bliski jej duchem), pisząc: "Partia [komunistyczna]
jest obecnie jedyną instytucją zdolną zrównać się z religijnymi
wspólnotami chrześcijańskimi" jednak nie po to, by religię uwiecznić
(jak zauważył komentator). Według Gramsciego, "komunizm jest religią,
która powinna uśmiercić chrześcijaństwo. [Jest] religią w tym sensie,
że on także jest wiarą, która ma swoich męczenników i swoich działaczy;
jest religią, ponieważ zastąpił w sumieniach transcendentnego Boga
katolików wiarą w człowieka i w swoje energie jako jedyną rzeczywistość
duchową" (Sotto la mole; według Diego Fusalo). Oczywiście ta religia
komunistyczna nie jest abstrakcją, ma swoją konkretyzację w postaci
partii, której władza posiada wszystkie prerogatywy "Księcia" Machiavellego.
Tak rozumiany "Książę" zajmuje wobec sumienia miejsce bóstwa i kategorycznego
imperatywu, staje się podstawą nowoczesnego laicyzmu i pełnej
laicyzacji całego życia, relacji międzyludzkich i obyczajów (Quaderni
del carcere). Temu ma służyć całościowo pojęta "organizacja kultury"
w duchu filozofii materialistycznej.

Wojna przeciw
człowiekowi

W tym samym duchu pracują myśliciele szkoły frankfurckiej, którzy
traktują społeczeństwo ludzkie jako bierne tworzywo podlegające
zabiegom przetwarzającym jego tożsamość antropologiczną. Ci myśliciele
widzą społeczeństwo przez pryzmat nauk opisowych, takich jak socjologia
czy psychologia, i to w wydaniu freudowskim. W tej perspektywie,
w której patrzą na ludzkość (jakby patrzyli z innej planety na jakiś
osobliwy gatunek istot dwunożnych, z którymi nie czują się związani),
znika zupełnie wymiar osobowy i etyczny życia ludzkiego i masa ludzka
jest widziana jedynie jako synteza popędów, skłonności i potrzeb,
skierowanych ku niekontrolowanemu wyzwoleniu od wszystkiego,
co jest naciskiem, dominacją, ograniczeniem, przymusem, a co kojarzy
się z obiektywnym prawem moralnym. Nawet determinizm marksistowski
już nie jest w pełni respektowany, ponieważ "praca" nie jest uważana
dłużej za czynnik "tworzący człowieka" (również słynne "Arbeit macht
frei" ma swoje korzenie marksistowskie), natomiast czynnikiem decydującym
o sensie życia i wartości człowieczeństwa mają być luz, rozrywka,
przyjemność czerpana dowolnie i bez ograniczeń. (Herbert Marcuse
"Eros i cywilizacja").
Jest to więc wojna – jak niektórzy mówią – "kulturalna", choć to jest
contradictio in adiecto; lepiej byłoby powiedzieć "wojna kulturowa",
a raczej "wojna z kulturą" przy pomocy czegoś, co wciąż funkcjonuje
jako kultura. Propagatorzy tego marksizmu twierdzą, że takiej wojny
nie ma. Jednak dociekliwy dziennikarz Matt C. Abbot twierdzi, iż "wbrew
temu, cię mówi, wojny kulturowe trwają i grupy aktywistów działają
po obu stronach…" (Culture war overblown? Please!; MichNews 7 Aug.
2006). Na dowód przytacza raport Amerykańskiej Ligi "Pro Life" po
konferencji na temat problemu antykoncepcji. W raporcie czytamy:
"W połowie XX wieku uprzemysłowiony świat przyjął antykoncepcję
jako drogę do przezwyciężenia ubóstwa, dla obniżenia stopy urodzeń
i dla zagwarantowania wolności dla kobiet. Lecz antykoncepcja zaowocowała
rozpowszechnieniem się rozwiązłości, rozwodów, chorób przenoszonych
drogą płciową, samotnym macierzyństwem i aborcją. Choć aborcję wychwalano
jako triumf prawa kobiet i jako rozwiązanie w sytuacji zawodności
antykoncepcji, przyniosło to nowe problemy, wraz z syndromami postaborcyjnymi,
bezpłodnością i podwyższeniem stopnia ryzyka raka piersi. Nawet
zwolennicy aborcji przyznają obecnie, że to nie jest dobry wybór.
Znowu jednak wracają do metody kontroli urodzin jako odpowiedzi
na problem niechcianej ciąży. Lecz patrząc z bliska na kontrolę urodzin,
widać, że nie stanowi ona odpowiedzi [na problem]. Jest ona raczej
częścią tego problemu. Rozważmy, że 54 % kobiet, które poddały się
aborcji, stwierdza, że korzystały z kontroli urodzeń w czasie, kiedy
ostatecznie zaszły w ciążę. Retoryka otaczająca antykoncepcję
zdradza mentalność wrogą dziecku. Antykoncepcja przyniosła w praktyce
oddzielenie miłości małżeńskiej od prokreacji i spowodowała przemianę
aktywności seksualnej w czynność raczej rozrywkową niż w wyraz
miłości i oddania". A więc porzucenie wymiaru moralnego małżeństwa
zabija nie tylko człowieka, zabija miłość i życie w najgłębszych
pokładach człowieczeństwa. Wojna z etosem małżeństwa i rodziny jest
najbardziej perfidną formą wojny przeciw człowiekowi.
Program swobodnej rozrywki i "wielopostaciowej perwersyjności"
(Marcuse’a) owocuje na wielu polach. Już zdołano zatwierdzić partię
polityczną mającą w programie zalegalizowanie pedofilii. Ci
ludzie już nie dostrzegają różnicy między człowiekiem a zwierzęciem
(Kate Monaghan, CNSN 26 Jul. 2006). Wstydzę się tu referować argumenty,
którymi posługuje się przywódca tej partii. Niektórzy pedofile
zabijają dzieci, powołując się na rytuał wymagany przez ich "religię"
(Fox News 4 Aug. 2006). W ślad za manifestem komunistycznym (z 1848
r.) i za "Mein Kampf" Hitlera krąży w prasie tekst gejowskiego manifestu
autorstwa angielskiego przyrodnika Michaela Swifta (za "Gay Community
News" 15-21 Feb. 1987; zob. James F. Csank, "The Gay’s Mein Kampf", MichNews
25 Jul. 2006). Zawiera się w nim zapowiedź poddania całego świata
pod władzę homoseksualistów przy pomocy wszelkich dostępnych środków.
Tekst przeraża skalą cynizmu, podłości i okrucieństwa. Sam Marcuse
tego nie przewidział. Ale to dokładnie mieści się w jego – i w jego
kolegów – koncepcji "nowego proletariatu" w "kulturalnym" marszu
po władzę. Manifest kończy się groźbą: "drżyjcie hetero-świnie, kiedy
ukażemy się przed wami bez masek".
Będzie to pewnie ten "potwór z ludzką twarzą", którym zachwycał się
kiedyś Redaktor pewnej Gazety; aż nie kto inny, lecz Zbigniew Herbert
wytłumaczył mu, że "potwór musi mieć twarz potwora, czy chce, czy nie
chce". My natomiast z Księgi Apokalipsy wiemy, że będzie to jedna
z tych Bestii, które ubiegają się o władzę nad światem, przygotowująca
się "na wojnę w Wielkim Dniu Wszechmogącego Boga" (Ap 16, 14), gdy "diabeł
na krótki czas będzie uwolniony" (Ap 20, 3). Ale w końcu: "Diabła, który
ich [ludzi] zwodzi, wrzucono do jeziora ognia i siarki, tam, gdzie są
Bestie i Fałszywy Prorok. I będą cierpieć katusze we dnie i w nocy,
na wieki wieków" (Ap 20, 10). Z tej perspektywy trzeba spoglądać na
wszystko, co w tym świecie nazywa się wojną.

ks. prof. Jerzy Bajda

drukuj