Obecność

W pierwszą rocznicę śmierci – fizycznej nieobecności – Ojca Świętego Jana
Pawła II szukam słowa, które by oddało najlepiej czas tego nowego doświadczenia,
zwłaszcza dla nas, Jego rodaków. Chciałbym odnieść do tego szczególnego doświadczenia
słowo, które może zabrzmieć paradoksalnie: obecność. Jan Paweł II został z
nami, jest z nami i na różne sposoby doświadczamy Jego obecności.

Znamy wystarczająco dobrze katolicką naukę o świętych obcowaniu; wiemy, że
istnieje stała, choć niewidzialna dla oczu, więź z Kościołem tryumfującym,
Kościołem świętych w niebie. My, którzy jeszcze pielgrzymujemy na ziemi, bardzo
potrzebujemy tej duchowej więzi ze świętymi, by lepiej rozpoznać prawdziwy
kierunek naszego pielgrzymowania, by nie zagubić ostatecznego celu naszego
życia. Ta głęboko teologiczna perspektywa, odwołująca się do świętych obcowania,
jest istotnym wymiarem obecności Jana Pawła II pośród nas. I nie ulega wątpliwości,
że jest jedną z najważniejszych, skoro tak szybko utrwaliło się w nas przekonanie
– przez niektórych wypowiadane jeszcze za życia Papieża – że jest On święty
i że jest przez to znakiem dla nas wszystkich.

Pozostał z nami

Nie jest to jednak dla nas perspektywa jedyna, choć bez wątpienia centralna
– jeśli nie najważniejsza. Na postać, na osobę Jana Pawła II patrzyliśmy nie
tylko z perspektywy wiary. Była – jest nadal – jakaś miłość, jakiś poryw serca,
jakieś przekonanie, że strata takiego ojca jest jakby nie do końca prawdziwa,
a więc jest sprawą, z którą trudno się do końca pogodzić. Polacy tyle razy
wołali do Jana Pawła II: "Zostań z nami!"; myśleli wtedy o ziemskim pozostaniu
na ziemi ojczystej. Może nawet nie zdawali sobie sprawy, że to wołanie już
wtedy – za ziemskiego życia – urzeczywistniało się przez to, że serce i myśl
Jana Pawła II, kiedy przebywał w Rzymie, były stale związane z polskimi wydarzeniami,
także tymi społeczno-politycznymi i ekonomicznymi. Teraz to "Zostań z nami!"
objawia się w zupełnie innym wymiarze. Rzeczywiście pozostał z nami; Jego duchowa
obecność przemawia do nas równie skutecznie, a może niekiedy nawet skuteczniej,
aniżeli wtedy kiedy był wśród nas jako Piotr naszych czasów.
Czyż nie należy dzisiaj odwrócić perspektywy, którą przyniosły jedne z ostatnich
słów wypowiedzianych przez Jana Pawła II przed odejściem do domu Ojca: "szukałem
was, a wy przyszliście do mnie"? Dzisiaj to my Go szukamy, pragniemy na nowo
doświadczyć Jego obecności, a On przychodzi do nas, jest naprawdę z nami. Szukanie
jest jednym z najważniejszych znaków wiary i miłości. Człowiek szukający, także
wtedy gdy jeszcze nie do końca odnalazł sens i cel swojego życia, jest już
na drodze do wiary, zmierza – być może nie zdając sobie sprawy – do Chrystusa.
Człowiek szukający drugiego człowieka nosi w sobie jakąś nie do końca spełnioną
miłość. Może nawet żałuje, że nie umiał, rzadziej – nie chciał, wyrazić tej
miłości za życia. Wobec osoby Jana Pawła II ta prawda wyraża się w przekonaniu,
że wielu z nas nie miało może wystarczająco czasu, może odwagi, a może z racji
zwyczajnego zajęcia się tysiącem drobnych, zapewne mało ważnych, spraw, by
szerzej otworzyć serca i sumienia na Jego przesłanie, które wyrażał nie tylko
słowem, ale i życiem. Przejmująca była i pozostanie na długo lekcja cierpienia
i umierania w niezwykłym zawierzeniu wszystkiego Bogu i Matce Najświętszej.
Teraz szukamy Go, bo w Jego obecności chcemy jakby na nowo wyrazić naszą miłość
do Chrystusa i Kościoła. Nie wstydzimy się i tego, że chcemy na nowo wyrazić
naszą miłość do naszego Ojca Świętego.
Szukanie Jana Pawła II, doświadczanie na nowo Jego – tak bardzo nam potrzebnej
– obecności wyraża także naszą głęboką świadomość, Kogo utraciliśmy w ziemskim
wymiarze życia. Dla tak wielu Polaków, zwłaszcza młodszych pokoleń, Jan Paweł
II był jakby "od zawsze". Był to przecież jeden z najdłuższych pontyfikatów
w dziejach Kościoła. Dla kilku pokoleń był tylko jeden Papież – Jan Paweł II.
Ludzie starsi mieli okazję patrzeć na ten pontyfikat z perspektywy jeszcze
Piusa XII, bł. Jana XXIII, Pawła VI i dramatycznie krótkiego pontyfikatu uśmiechniętego
Jana Pawła I. Ale i z tej historycznej perspektywy potrafiliśmy rozpoznać wyjątkowość
Jana Pawła II i to nie tylko dlatego, że był z rodu Polaków. Dzisiaj nasze
przywiązanie oraz szczególne akcentowanie "naszego" Ojca Świętego w niczym
nie przeszkadza nam w otwarciu się na pontyfikat i nauczanie Benedykta XVI.
Zresztą zauważamy, z jaką atencją odnosi się do swojego Poprzednika, jak z
miłością wypowiada się o Jego nauczaniu i jak często wprost do niego nawiązuje.
Jestem głęboko przekonany, że objawi się to w specjalny sposób podczas pielgrzymki
do Polski. Zobaczymy i usłyszymy wówczas wielkie słowa o wielkości Jana Pawła
II i o aktualności Jego nauki, zwłaszcza tej skierowanej do Polaków. Taką mam
nadzieję i wydaje się, że nie może być inaczej. Tak oto razem z Benedyktem
XVI będzie obecny Jan Paweł II.
Ale – jak napisałem na początku – tej obecności doświadczamy już teraz. Pragnę
mocno podkreślić, że obecność jest wyrazem miłości do kogoś, przy kim się jest
i przy kim pragnie się być blisko; doświadczać wprost fizycznej obecności kogoś
bliskiego. Wiedzą o tym dobrze ludzie chorzy, ludzie samotni, ludzie na różne
sposoby pozbawieni bliskości kochających i kochanych osób. Nie zawsze zdajemy
sobie sprawę, jak ważna jest nasza obecność przy tych, których kochamy. Jeśli
już nie może być inaczej, ludzie, których kochamy, powinni przynajmniej doświadczyć
naszej duchowej obecności, a jedną z najprostszych dróg jest zapewnienie o
modlitwie i rzeczywista łączność, jaką modlitwa może stanowić.
W Janie Pawle II zbiegają się wszystkie te aspekty doświadczania obecności.
Trwa nieustanna modlitwa, chyba coraz częściej nie tyle za Niego, co do Niego,
do Jego pośrednictwa. W ten sposób potwierdza się tzw. sensus Ecclesiae, czyli
"zmysł Kościoła", że Jan Paweł II jest rzeczywiście w domu Ojca, że należy
do domowników Boga i że Jego miłość do Kościoła, a właściwie do każdego człowieka,
nie tylko wierzącego, znalazła nowy wyraz, zapewne potężniejszy i skuteczniejszy
niż w ziemskim posłannictwie.

Pokolenie Jana Pawła II

Jakże cudownie tę obecność swojego Orędownika przeżywają ci młodzi ludzie,
których nazwano "pokoleniem Jana Pawła II", a którzy ze wszech miar na to miano
zasługują, bo ich życie wyrasta z głębokiego przylgnięcia nie tylko do osoby,
ale i do nauczania Jana Pawła II. Nie boją się wymagań, jakie im – młodym ludziom
– stawiał Ojciec Święty, bo uwierzyli, że to On – mocą i na wzór samego Chrystusa
– ma słowa życia wiecznego. Ludzi z tego pokolenia spotkamy w tych dniach wszędzie:
na placu Świętego Piotra, pod sławnym oknem w Krakowie, w naszych kościołach,
na różnych okolicznościowych koncertach, a także na placach, gdzie zapalane
znicze i lampiony będą układały się w różne symbole wiary albo wskazywały duchową
drogę, która biegnie wzdłuż ziemskiej drogi.
Akcentuję tak mocno doświadczenie obecności Jana Pawła II u młodego pokolenia,
bo to ono ma pełniejszą szansę przenieść doświadczenie tej obecności w następne
pokolenia. Polacy – wbrew uproszczonym, a niekiedy wprost nieżyczliwym opiniom
i komentarzom – nie potrzebują kolejnego "historycznego mitu". Zresztą ani
osoba, ani nauczanie Jana Pawła II nie poddają się takiej mitologizacji, bo
całe dziedzictwo tego Papieża jest zbyt wymagające, nie poddaje się schematom,
do których tak łatwo odwołują się ci, którzy poszukują mitu zamiast rzeczywistej,
choć duchowej, obecności.
Polacy potrzebują tego doświadczenia obecności Jana Pawła II. Zresztą większość
z nich tę obecność przeżywa, choć nie zawsze potrafi wyrazić to w słowach,
w których próbuję opisać to doświadczenie. Pozwalam sobie w tym miejscu tylko
na kilka syntetycznych odniesień do tego doświadczenia obecności Jana Pawła
II.

Wstawia się i oręduje

Jest to najpierw obecność Ojca. Polacy bardzo potrzebują ojcowskiego spojrzenia
i serca na drogach niepewności, które wyznacza nam teraźniejszość. "Wypaliły
się" różne autorytety, tak mocno wyblakły polityczne elity, a i wśród duchownej
hierarchii – niech mi będzie wolno z goryczą to wyznać – nie widać nikogo,
kto potrafiłby sprostać wyzwaniu, by być "ojcem Narodu". A Jan Paweł II mówił
niejeden raz do nas jak prawdziwy Ojciec, zatroskany o przyszłość Narodu. Nie
daj Boże, byśmy się takiego ojcostwa wyrzekli, byśmy takie ojcostwo zlekceważyli!
Jest to obecność Nauczyciela. Nauczyciela niestrudzonego, niebojącego się wypowiadać
także słów gorzkich, słów upomnienia i krytyki. Ale przekaz tego nauczania
miał jeden fundamentalny cel: budzić nadzieję w pojedynczym człowieku i w całym
Narodzie. Miał odwagę mówić o złu w naszym życiu, bo jednocześnie wskazywał
Boże drogi zwycięstwa nad złem, a były to nade wszystko drogi Bożego Miłosierdzia.
Mało kto ma dzisiaj odwagę, by tak mówić do Polaków. Niektórzy myślą, że Polakom
trzeba się podlizywać i mówić to, co łechce ich uszy. Oby Polacy dostrzegali
zawsze tę obecność niezmordowanego Nauczyciela, którego słowa – nawet te wypowiedziane
na początku pontyfikatu – ciągle są aktualnymi drogowskazami w naszym pielgrzymowaniu
przez doczesność.
Jest to obecność Pasterza. Pasterza, w którym miłość do Kościoła była tożsama
z miłością do ludzi, którzy ten Kościół stanowią. Nie różnicował nas na "katolików
lepszych" i na "katolików gorszych" (co się dzisiaj przydarza niektórym pasterzom).
Uczył nas i wciąż pragnie uczyć prawdziwej miłości do Kościoła jak do jeszcze
jednej Matki. Ten Pasterz jest dzisiaj z nami, byśmy nie zwątpili w Kościół,
choć dostrzegamy błędy konkretnych ludzi Kościoła. Uczmy się od Niego miłości
do Kościoła.
Jest to obecność Polaka. Tak właśnie – Polaka, choć dobrze zdaję sobie sprawę
z uniwersalności Jego powołania, Jego misji w Kościele i świecie, choć dobrze
wiem, jak Jego uniwersalne umiłowanie prawdy i dobra otwierało ludzkie umysły
i serca na całym świecie, a przynajmniej rodziło respekt i szacunek (poza kilkoma
wybrykami ludzkimi). A jednak Jan Paweł II ani przez moment nie przestał być
we wszystkich wymiarach swego jestestwa Polakiem. I jako taki jest także teraz
obecny wśród nas. Zapewne chce nam przypomnieć, byśmy się naszej polskości
nie wyrzekli, byśmy nie pozwolili się z niej naśmiewać, byśmy pozbyli się wmawianych
nam od dawna kompleksów, że polskość to coś gorszego. Przyjmijmy tę obecność
pierwszego z rodu Polaków, aby na nowo doświadczyć naszej narodowej dumy. I
nie bójmy się tej dumy, kiedy ludzie złej woli będą ją nazywać nacjonalizmem
i szowinizmem.
Jest to obecność niezwykłego Sługi Maryi. Papieża "maryjnego", co stanowiło
i stanowi dla większości z nas jeden z najważniejszych rysów pontyfikatu, a
tylko dla nielicznych zbędne "przerysowanie" jednego z aspektów wiary katolickiej.
Jan Paweł II jest z nami we wszystkich maryjnych sanktuariach, jest z nami
w naszych maryjnych modlitwach, a nade wszystko jest z nami w naszych codziennych
zawierzeniach Maryi i w naśladowaniu Jej drogi wiary i oddania wszystkiego
Chrystusowi. Oby nasze polskie zawierzenie Matce Najświętszej wyrastało zawsze
z pamiętnego "Totus Tuus"!
W końcu jest to obecność Świętego. Od tego rozpocząłem moje rozważania i na
tym pragnę skończyć. Tu nie trzeba wielkich słów, tylko naszej wiary. To nie
pierwszy i nie ostatni Orędownik Polaków w niebie. Ale to z pewnością jeden
z najbliższych, najbardziej umiłowanych, najbardziej ze "swoich" świętych.
Ta bliskość wiąże się także z tym, że tak niedawno (naprawdę niedawno) był
jeszcze z nami, mówił do nas; także wtedy, gdy milczał, gdy już mówić nie mógł.
Mówił doświadczeniem cierpienia, a jeszcze bardziej zawierzenia. I to, co tak
naprawdę chciałem przez te słowa powiedzieć: mówi nadal, jest z nami, trzeba
Go usłyszeć, trzeba otworzyć w sobie ten duchowy wymiar, który pozwala usłyszeć
niesłyszalne i zobaczyć, co niewidzialne. Ona z nami jest. Jego obecność wypełnia
ten czas. Niech tak pozostanie na długie lata…

ks. prof. Janusz Nagórny

drukuj