O nędzy spolegliwości
Czy Polska – największy kraj w Europie
Środkowej, który zarówno pod względem potencjału ludnościowego, i od
niedawna również gospodarczego, zajmuje szóste miejsce w Unii
Europejskiej – może pozwolić sobie na uprawianie polityki spolegliwej?
Czy po zbudowaniu zalążków zaufania do nas ze strony sąsiadów, możemy
przyjąć nagle odmienną filozofię działania? Otóż okazuje się, że tak, bo
w demokracji rządzą przekonania (nawet te błędne) i emocje wyborców.
Skuteczne zarządzanie nimi przyniosło w 2007 roku władzę ekipie Donalda
Tuska. Wraz ze śmiercią prezydenta Lecha Kaczyńskiego paradygmat
polityki ambitnej został definitywnie zastąpiony paradygmatem polityki
konformistycznej.
Rząd Jarosława Kaczyńskiego i prezydent
Lech Kaczyński byli często oskarżani o uprawianie polityki zagranicznej
powyżej realnej wagi Polski i o jątrzenie w relacjach z potęgami
europejskimi, takimi jak Niemcy czy Rosja. Z jednej strony aktywna
polityka wywoływała zrozumiały dysonans poznawczy tradycyjnych hegemonów
Europy, przyzwyczajonych do tego, że nasz kraj od 300 zgoła lat jest w
grze geopolitycznej statystą. Z drugiej strony, czasami były to
działania nieporadne, nie zawsze realizowane przez właściwych ludzi, co
wynikało ze słabości kadrowej polskiej polityki, ale i nierzadko z ich
pionierskiego charakteru.
Ta krytyka była politycznie bardzo
skuteczna, ponieważ Polacy mają niewiele zrozumienia dla polityki
zagranicznej w ogóle – a już tym bardziej asertywnej, a także odczuwają
kompulsywną potrzebę tłumaczenia się ze swoich decyzji, wynikającą z
wciąż trudno skrywanego poczucia słabości. Polski kompleks niższości,
szczególnie dojmujący elity intelektualne, jest rzeczą dość dobrze
rozpoznaną za granicą i skutecznie podsycany może być narzędziem nacisku
na polskie władze. Pomruki niezadowolenia dochodzące z zagranicy,
wywołane niespodziewanym oporem, są szybko wzmacniane w kraju i
spotykają się z histeryczną reakcją ze strony inteligentów o
postkolonialnej mentalności, przewrażliwionych na punkcie opinii
zewnętrznych.
Istotną rolę w tej zmianie gra osoba obecnego ministra
spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. Jako absolwent prestiżowej
zachodniej uczelni, owiany romantyczną legendą Afganistanu, mąż wybitnej
amerykańskiej dziennikarki, w siermiężnych realiach polskiej polityki
pełnił rolę jej złotego dziecka. Ale jednocześnie okazało się, że jest
to enfant terrible – chorobliwie ambitny i nielojalny solista. Jest w
tym dla mnie – również jako jego wyborcy – pewna zagadka. Po tym, jak
wrócił on do polskiej polityki dzięki braciom Kaczyńskim z
neokonserwatywnego think-tanku w Waszyngtonie, po dwóch latach potrafił
przemienić się w ucznia prof. Bronisława Geremka, deklarującego w swoim
exposé jako szef Ministerstwa Spraw Zagranicznych, że „Polska musi
wpisać swój interes w interes Unii Europejskiej”. Ta wolta jest o tyle
istotna, że to w dużej mierze Radosław Sikorski jest dziś architektem
polskiej polityki zagranicznej, ponieważ premier Tusk dziedzinę tę
traktuje przede wszystkim jako źródło sukcesów wizerunkowych.
Innymi
słowy, polska polityka zagraniczna jest dzisiaj w dużej mierze polityką
wewnętrzną uprawianą środkami zagranicznymi. Obliczoną na budowanie
poparcia wewnątrz, nawet kosztem politycznych interesów.
Dramat partnerstwa „na siłę”
Dlatego
w polskiej polityce zagranicznej panuje dziś dogmat partnerstwa „na
siłę” i przymusu ocieplania relacji. Takie formuły jak Trójkąt Weimarski
z udziałem szefa MSZ Rosji potrzebne są nam co najwyżej ze względów
statusowych, bo Francja i Niemcy co najmniej od dwóch lat ze sobą nie
współpracują. Podobnie jak zapraszanie Putina na obchody wybuchu II
wojny światowej czy prośba o organizację przez stronę rosyjską obchodów
mordu katyńskiego, która dała Rosjanom pretekst do gierek protokolarnych
(premier zaprasza premiera) i dzielenia polskich polityków na miłych i
niemiłych Moskwie. Nagrodą za spolegliwość było otwarcie Cieśniny
Pilawskiej okraszone pokazowymi regatami na Zalewie Wiślanym. W efekcie
Polska „oszczędzi pieniądze podatników” i nie przekopie mierzei
wiślanej, co rozwiązałoby problem raz na zawsze.
Ale paradoksalnie
polska polityka przestała być ambitna w momencie, w którym mogła sobie
na taką ambicję dużo łatwiej pozwolić. Niespodziewany kryzys
gospodarczy, który na Zachodzie wywołuje falę poczucia schyłkowości, i
równie niespodziewana dla Zachodu odporność Polski na to załamanie
naprawdę silnie podbudowała rangę naszego kraju. Gdybyśmy zatem mieli do
czynienia z elementarną kontynuacją obranego przez poprzedników kursu, w
2008 r. Polska zostałaby reprezentantem krajów postkomunistycznych w
redefiniowanej wówczas
G-20. Zarówno statystycznie, jak i
politycznie zaistniały ku temu dogodne okoliczności. Jednak tak się nie
stało, ponieważ w rolę reprezentanta Europy Środkowej pozwoliliśmy wejść
Niemcom, którzy w nasz region zainwestowali dużo swoich pieniędzy i
uznali, że w czasie kryzysu muszą objąć nad nim polityczny patronat.
W roli niemieckiego klienta
Kwestia
niemiecka jest dziś bez wątpienia najważniejsza w polskiej polityce
zagranicznej. Potrzebna jest nam równowaga pomiędzy nazbyt
konfrontacyjnym stylem Jarosława Kaczyńskiego a nazbyt służalczym stylem
Donalda Tuska. Z jednej strony, jest dużo słuszności w stwierdzeniu, że
Polska, biorąc z UE 60 mld euro pomocy, powinna uwzględniać wolę
głównego sponsora tej pomocy. Tym bardziej że negocjacje nowego budżetu
UE, w którym stawiamy sobie za cel uzyskanie podobnej kwoty, odbywać się
będą w czasach coraz większego znużenia Niemiec rolą głównego płatnika.
Z drugiej jednak strony, jesteśmy jedynym chyba krajem w regionie
predestynowanym do samodzielnej polityki na poziomie europejskim i tę
odpowiedzialność powinniśmy na siebie umieć brać. Dobrowolne wchodzenie w
rolę klienta Niemiec nie jest dobre ani dla nas, ani dla naszego
zachodniego sąsiada. W realiach kryzysu Niemcy nie zawsze umieją być
liderem Unii Europejskiej i istnieje niebezpieczeństwo – sygnalizowane
regularnie przez samych komentatorów niemieckich – że w wyniku kryzysu
„odkleją się” od Europy. Ma to swoje uzasadnienie strukturalne – w
modelu niemieckiej gospodarki, ale i mentalne – w silnym poczuciu troski
o pierwszeństwo interesu niemieckiego nad europejskim, czego regularny
wyraz dają orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w Karlsruhe.
Wyraźnie
widać, że istnieje wiele kwestii, w których nasze interesy są wyraźnie
odmienne od stanowiska Berlina, i silnie daje się odczuć brak
stanowczości po polskiej stronie. Sztandarowym przykładem tej sytuacji
jest kwestia głębokości, na której zostanie położona niemiecka część
Gazociągu Północnego. W żywotnym interesie Polski jest, by nie tylko nie
blokował on dojścia dużych tankowców do polskiego gazoportu, ale też,
żeby nie kolidował z rozwojem dwóch dużych portów w Szczecinie i
Świnoujściu. Polska już odstąpiła od rywalizacji z Niemcami o status
europejskiego korytarza transportowego dla tzw. Odrzanki, tj. linii
kolejowej z Wrocławia przez Kostrzyn do Szczecina. Obecnie ryzykujemy,
że polskie towary z Górnego i Dolnego Śląska będą wożone przez Deutsche
Bahn do portów w Hamburgu i Wilhelmshaven. Jak dotąd sprawę załatwiamy
na poziomie Ministerstwa Infrastruktury i mamy też adekwatne do szczebla
efekty. Wygląda więc na to, że polska spolegliwość nie spotyka się z
rewanżem po stronie niemieckiej, a raczej z zadowoleniem, że sytuacja
wróciła do paternalistycznego schematu.
Geopolityczne przesilenie
Kryzys
zmienił sytuację w naszym otoczeniu geopolitycznym. Dotyczy to USA,
które pod kierunkiem nowego prezydenta muszą intensyfikować swoje
działania w Azji, gdzie ulokowane jest gros ich zobowiązań dłużnych. W
obecnym momencie relacje Polska – USA można uznać za niemal wygaszone i
adekwatne do statusu atrapy wyrzutni rakiet Patriot, która co kilka
miesięcy odwiedza bazę w Morągu. Konserwatywny projekt tarczy
antyrakietowej, lansowany jeszcze od czasów Ronalda Reagana, dziś wisi
na włosku nie tylko z powodów technicznych, ale także niezbyt udanych
negocjacji układu START z Rosją. W USA pojawiają się głosy, że Barack
Obama pozwolił Rosjanom objąć nim także program tarczy antyrakietowej.
Jakkolwiek się to skończy, dziś obiektem amerykańskiego zainteresowania w
Europie Środkowej są Rumunia i Bułgaria (bazy wojskowe) i wciąż jeszcze
Ukraina. Polska się nie liczy.
Zmiana geopolityczna dotyczy też Unii
Europejskiej jako politycznego parasola dla starego Zachodu, która po
długim procesie przyjmowania traktatu lizbońskiego zmaga się z
fundamentalnymi błędami w konstrukcji strefy euro. Okazuje się, że
politycznie motywowany zbyt mały rygoryzm w egzekwowaniu ekonomicznych
warunków brzegowych funkcjonowania wspólnego obszaru walutowego
doprowadził do tego, że nie jest on optymalny (w sensie ekonomicznym). W
efekcie te dziesięć lat istnienia strefy euro można uznać za
katalizator baniek spekulacyjnych i źródło problemów gospodarczych
krajów, takich jak: Hiszpania, Irlandia, Grecja, Portugalia czy Włochy.
Północne gospodarki oparte na eksporcie nie mogą długo sponsorować
niekonkurencyjnych gospodarek Południa. Nasze wejście do strefy euro w
tych okolicznościach – gdyby nawet było możliwe po ograniczeniu
polskiego zadłużenia – przestaje być sensowne, bo być może za pięć lat
strefa euro chylić się będzie już ku upadkowi.
Zmiana sytuacji
geopolitycznej dotyczy również Rosji, która po okresie neoimperialnej
euforii boleśnie odczuła słabość fundamentów swojej potęgi oraz krajów
postkomunistycznych, które w większości przeżywają olbrzymie problemy
wewnętrzne. Polityka obecnego rządu wobec Rosji zasługuje na osobny
artykuł. W skrócie jest po prostu niemądra, krótkowzroczna i oderwana od
wszystkich doświadczeń, jakie zgromadziliśmy w ostatnich czterech
stuleciach. Rosjanie myślą w kategoriach siły i taki tylko język
rozumieją. Poprzedni rząd drogo płacił za twarde podejście do Moskwy,
ale notował systematyczne postępy polityki geopolitycznej w Europie
Wschodniej i Azji Centralnej. Dzisiaj rząd PO pozwala regularnie
upokarzać Polskę za cenę iluzorycznych zysków i jeszcze nagradza Rosję
dużym kontraktem gazowym, uzależniającym nas na wiele lat od jednego
kierunku dostaw. Minister Sikorski powinien się zastanowić, czy chce
zasłużyć na miano nowego Krzysztofa Grzymułtowskiego.
Sikorski chodzi po parku
O
ile Rosja zdołała zgromadzić duże zasoby pieniężne, które były dla niej
amortyzatorem twardego lądowania w momencie załamania, o tyle kraje,
takie jak: Ukraina, Rumunia, Łotwa czy Litwa takiego amortyzatora nie
miały i skończyło się to głębokim kryzysem i radykalnym pogłębieniem ich
wewnętrznej słabości. Szczególnie dotkliwie odczuwamy to dziś na
Litwie, gdzie po odejściu prezydenta Valdasa Adamkusa puściły ostatnie
bariery antypolonizmu, a kryzys niesłychanie wzmocnił wpływy rosyjskie.
Tym bowiem przyczynom należy przypisać upokarzające traktowanie Orlenu w
Możejkach czy kompletny impas w transgranicznych połączeniach
energetycznych. Żaden polski projekt energetyczny na Litwie nie ma dziś
szans powodzenia, ponieważ nie chcą go Rosjanie i mają oni wystarczający
wpływ, by go zablokować lub przejąć.
Jeżeli zatem nie potrafimy
sobie poradzić na małej i będącej w UE Litwie, cóż dopiero liczyć na
podtrzymywanie kruchej państwowości ukraińskiej, zmuszonej do
rozwiązywania niesłychanie trudnych problemów, a dysponującej fatalnym
systemem politycznym. Nie zmienia to faktu, że minister Sikorski
regularnie chwalący się ustanowieniem programu Partnerstwa Wschodniego
(wartego bagatela 300 mln euro), w ostatnich latach zrobił chyba
wszystko, co mógł, by stosunki z Ukrainą popsuć. Dość, że jego wizyta w
Kijowie skończyła się chodzeniem po parku, ponieważ niemal nikt nie miał
ochoty się z nim spotkać. Dziś wszelako po żałosnym upadku
„pomarańczowej rewolucji” Ukraina wraca w orbitę wpływów rosyjskich i
Polska nawet z innym ministrem nie mogłaby temu zapobiec.
Kryzys
jest zatem główną i obiektywną przyczyną załamania się postępów
neojagiellońskiej polityki Lecha Kaczyńskiego. Jedynym trwałym efektem
tej polityki wydaje się dziś istnienie niepodległej Gruzji, którą
uratował najprawdopodobniej tak wyszydzany w Polsce słynny lot do
Tbilisi. Nie znaczy to jednak, że ta polityka była błędna. Po prostu nie
zawsze starcza środków i nie zawsze sprzyja szczęście. Faktycznie
błędne było pożegnanie się z tą polityką przez Radosława Sikorskiego w
artykule opublikowanym w „Gazecie Wyborczej” przy okazji wrześniowej
wizyty Władimira Putina na Westerplatte. Pisał on w nim: „Właściwej
odpowiedzi na dylematy geostrategiczne i tożsamościowe Polski nie
oferują jagiellońskie ambicje mocarstwowe. Jest nią natomiast nowoczesne
państwo narodowe, przy czym przymiotnika 'narodowy’ używam nie w
znaczeniu etnicznym, lecz politycznym, obywatelskim. Oznacza to, że
zaangażowanie Polski w proces integracji europejskiej tylko wzmacnia
nowocześnie pojmowany charakter polskiego państwa narodowego, sprzyjając
zjawiskom modernizacyjnym. Modernizacja i integracja to dwa kluczowe
pojęcia na współczesnym etapie rozwoju Polski”.
O mądrą politykę jagiellońską
Sprawa
jest tu postawiona w sposób ewidentnie błędny. Między dwoma wymiarami –
europejskim i jagiellońskim – nie ma konfliktu. Historycznie zresztą to
właśnie (ustrojowa, prawna i kulturowa) atrakcyjność polskości była
spoiwem politycznej unii, która jednak – czy trzeba o tym przypominać? –
postanowiła u swego kresu przestać być unią i stać się jednym
nowoczesnym Narodem. Dziś, kiedy odkrywamy w Polsce znaczące pokłady
gazu, okazuje się, że nagle znajdują się środki do uprawiania mądrej
polityki jagiellońskiej. W polskim interesie pozostaje bowiem
niezmiennie integrowanie wokół siebie Litwy, Ukrainy, Węgier i Czech w
jeden stabilny blok geopolityczny, tak jak robili to w ostatnich 50
latach Niemcy wobec Holandii, Francji i Polski.
Szczególnie
interesujące powinny być dla nas przypadki czeski i węgierski. Po
pierwsze, Czesi umieją zjednoczyć się wokół swojego demokratycznie
wybranego przywódcy, który ociągając się z podpisaniem traktatu
lizbońskiego, nie naraża się na szkalowanie go w czeskich mediach, a co
najwyżej na grubiaństwo ze strony niemieckiego przewodniczącego
Parlamentu Europejskiego. A pamiętać trzeba, że gospodarczo Czechy są
krajem dużo silniej od Niemiec uzależnionym niż my. Czechy są także
dobrym wzorcem tego, co powinniśmy zrobić z naszą energetyką. Wiedzą, że
firmy energetyczne w Europie są kontrolowane przez państwa i aby
osiągnąć efektywne zarządzanie nimi, nie trzeba ich prywatyzować, a
jedynie wynagradzać zarządy tak, jak robi się to w przedsiębiorstwach
prywatnych, tzn. pozwolić menedżerom uczestniczyć w uzyskanym zysku.
Węgry
z kolei są, z jednej strony, przykładem tego, co grozi Polsce, jeśli
nie zreformuje szybko finansów publicznych – nastąpi gwałtowny wzrost
długu i załamanie gospodarcze. Takie są skutki dwóch kadencji rządów
populistycznej prorosyjskiej koalicji w stylu SLD – UW. Z drugiej jednak
strony, Węgry są niesłychanie interesującym przykładem wyrwania się
prawicowego Fideszu spod politycznej kurateli Niemiec. Być może
najważniejszą wizytą dyplomatyczną ostatnich miesięcy w Polsce była
wizyta Wiktora Orbana, który zamiast jechać do Berlina, w pierwszej
kolejności wybrał się do Warszawy, by zaproponować zawiązanie węzła
sojuszniczego w imię integralności i podmiotowości tej części Europy.
Cóż, kiedy spotkał się z rybim wzrokiem polskiego premiera, który
odpowiedzialność za swoją suwerenność chętnie scedowałby na Berlin,
gdyby tylko tamten miał głowę do zajmowania się naszymi sprawami.
Obecny
stan polskiej polityki zagranicznej można podsumować tak: dobrowolnie
zredukowaliśmy swój potencjał geopolityczny, by przez przypadek –
poprzez podziwu godną odporność na kryzys oraz odkrycie zasobów gazu –
odzyskać środki do realizacji polityki ambitnej. Jednak problem
dzisiejszej kondycji polskiej sceny politycznej po katastrofie
smoleńskiej i wyborach prezydenckich polega na tym, że jedna strona nie
chce chcieć, a druga chce aż za bardzo. Tymczasem w geopolityce
potrzebny jest ambitny umiar.
Jan Filip Staniłko
Autor jest ekspertem w dziedzinie międzynarodowej ekonomii politycznej, członkiem zarządu Instytutu Sobieskiego.
