Nomina sunt odiosa?

"A kiedy znajdziesz się za drutem, opuści troska cię i smutek i radość w
sercu twym zagości, żeś do królestwa wszedł wolności" – pisał w proroczym
natchnieniu Janusz Szpotański w "Towarzyszu Szmaciaku", dodając, że "Szmaciaki
nie dla przyjemności łamią ci żebra, duszą grdykę, ale dlatego, że ich biznes ma
taką dziwną specyfikę". A właśnie Siły Wyższe, nadzorujące dyskretnie
domestykujące się gwałtownie europejskie narody, otrzymały prawdziwy dar losu w
postaci zamachu dokonanego przez Andrzeja Behringa Breivika w Norwegii
.
Zamachowiec został uznany za "chrześcijańskiego fundamentalistę", z czego można
wydestylować informację, jaki rozkaz rzuciła bezpieczniacka międzynarodówka i
kogo teraz będzie chłostać surowa ręka sprawiedliwości ludowej. Bo kogoś
wychłostać przecież musi, zwłaszcza gdy szerzący się z szybkością płomienia na
całym Zachodzie kryzys mógłby obrócić tak zwany gniew ludu przeciwko finansowym
grandziarzom, którzy wraz z plutokratyczną wierchuszką europejskich socjalistów
są przecież niewątpliwymi sprawcami całego zamieszania. Typowym reprezentantem
tego środowiska jest niedoszły socjalistyczny kandydat na prezydenta Francji,
lubieżnik Dominik Strauss-Kahn, ciągnięty za uszy w górę przez swoją
"nieprawdopodobnie bogatą" – jak z obfitości serca ekscytują się "Wysokie
Obcasy" – żydowską żonę Annę Sinclair, wnuczkę Paula Rosenberga, a córkę Józefa
Schwartza, który zmienił sobie nazwisko na "Sinclair" tuż przed ślubem z
Michaliną Rosenbergówną. Przypominam te parantele ("Oto rodowód jest rodziny
żony Wuera – Wuerzyny"), bo ostatnio pełnomocnik spółki "Agora" podczas procesu
z panem Rymkiewiczem wykazywał wielkie zainteresowanie poprzednimi nazwiskami.
Domyślam się tedy, że na tym etapie, to znaczy – na etapie "odzyskiwania mienia
żydowskiego w Europie Środkowej", już ich wstydliwie nie ukrywamy, tylko sobie
je przypominamy i się nimi afiszujemy.
No i pierwsze rezultaty bezpieczniackiego rozkazu już są. Oto sejmowa komisja
kultury, w serdecznej trosce o wolność słowa, no i oczywiście – w służbie
bezpieczeństwa – z inicjatywy zasłużonej posłanki Śledzińskiej-Katarasińskiej,
co to "samego jeszcze znała Stalina", nakazała uwolnić Jasną Górę od przemocy.
Pretekstem stał się incydent z udziałem dziennikarzy telewizji Polsat. Tymczasem
na mieście krążą fałszywe pogłoski, że w utajnionym na skutek zmasakrowania
przez TK noweli przygotowanej przez prezydenta Kaczyńskiego do ustawy o
rozwiązaniu WSI znajdują się informacje nie tylko o "Stokrotce", ale również o
49 pozostałych agentach bezpieki ulokowanych też w mediach. Nieomylny to znak,
że zawsze może znaleźć się jakiś przebrany za dziennikarza l´agent provocateur,
który na obstalunek wrażenie "przemocy" wywoła, gdzie tylko będzie trzeba. A
któż usunie "przemoc" z Jasnej Góry sprawniej niż towarzysze z bezpieczeństwa?
Jasne, że nikt nie zrobi tego lepiej od nich, z czego jednak wynika konieczność
nadania im uprawnień do decydowania, czy to, co się tam będzie działo, to tylko
uzasadniony "protest przeciwko zawłaszczaniu przestrzeni publicznej przez
Kościół" – jak w przypadku łódzkiego przebierańca, który, podrygując i
podskakując, w kostiumie motyla usiłował dołączyć do procesji Bożego Ciała, czy
też – gdyby ktoś takiego przebierańca próbował z jasnogórskiego sanktuarium
usunąć – już karygodna "przemoc". Widać wyraźnie, że poprzez egzekwowanie
"tolerancji" można uzyskać jeszcze lepsze rezultaty niż za pomocą otwartego
terroru – chociaż oczywiście obecność towarzyszy z bezpieczeństwa i w jednym, i
w drugim przypadku okazuje się niezbędna. Kontynuacja jest większa, niż nam się
wydaje, bo przecież nawet i pan redaktor Adam Michnik rozprawia się z
przeciwnikami za pomocą sądów – jak jego brat Stefan.
Tymczasem dzisiaj zostanie opublikowany raport komisji ministra Millera, chociaż
nie został jeszcze przetłumaczony ani na język angielski, ani na rosyjski. Po co
powtórnie tłumaczyć go na rosyjski – tego niepodobna pojąć, ale mniejsza z tym,
bo najwyraźniej Siły Wyższe uznały, że dalsza zwłoka z publikacją może
zaszkodzić wizerunkowi Umiłowanego Przywódcy premiera Tuska. Nawet i Salon dawał
sygnały pogłębiającego się dysonansu poznawczego w sytuacji, gdy swoją Białą
Księgę przedstawił poseł Macierewicz, a swój raport zapowiada Najwyższa Izba
Kontroli. Rzeczywiście – oficerowie frontu ideologicznego znaleźli się w
szalenie trudnym położeniu: "Już drugi raz zawodzi góra. Gdy krzyk się robi,
dają nura! A ty się tutaj gimnastykuj z masami sam na sam na styku!". Wszelako
publikacja ma być niepełna w myśl zasady nomina sunt odiosa, co się wykłada, że
bez nazwisk. Najwyraźniej musi być do ukrycia jakiś wstydliwy zakątek. Czy aby
nie ten, że decyzję o zastosowaniu w sprawie tej katastrofy konwencji
chicagowskiej miała podjąć trójka: premier Donald Tusk, minister Paweł Graś i
pan Tomasz Arabski, spośród których tylko premier Tusk jest konstytucyjnym
członkiem Rady Ministrów, podczas gdy dwaj pozostali – nie, co oczywiście nie
znaczy, że w prawdziwej hierarchii mogą stać znacznie wyżej od szefa rządu.
Takie rzeczy stanowią oczywiście jedną z największych tajemnic państwowych,
podobnie jak to, kto właściwie i dlaczego zabronił premieru Tusku kandydowania w
wyborach prezydenckich.

 

Stanisław Michalkiewicz

drukuj