Niskie noty w mataczeniu

Rząd zbiera słabe noty wśród parlamentarzystów Platformy Obywatelskiej.
Trudno znaleźć ministra, któremu partyjni koledzy wystawiliby ocenę wyższą niż
trója.

– Skoro ten rząd ma bardzo słaby start, to strach pomyśleć, co będzie dalej –
taką opinię słyszymy od niejednego parlamentarzysty Platformy.

– Nie ma co ukrywać: król jest nagi. Przecież tak złych notowań nasz premier
nie miał od końca 2007 roku, czyli od początku urzędowania – wskazuje jeden z
warszawskich działaczy Platformy. Politolodzy przyczyny tego stanu rzeczy
upatrują głównie w tym, że na rząd i jego szefa spadła cała seria problemów.
Nawet afera hazardowa czy katastrofa smoleńska nie zachwiały tak poparciem dla
ekipy rządzącej, jak ostatnie kłopoty z ustawą refundacyjną, umową ACTA czy ze
Stadionem Narodowym w Warszawie. – Niestety, chyba czar premiera już na ludzi
nie działa. W przeszłości Tusk potrafił szybko rozbrajać różne miny i szybko
naprawiać błędy swoich ministrów. Teraz problemów pojawiło się więcej i premier
sobie nie radzi z nimi wszystkimi naraz – diagnozuje jeden z posłów PO. – Teraz
nawet cały ten rządowy PR jest mało skuteczny, nic nam nie daje. A przecież
problemów będzie jeszcze więcej. Dyskusja nad podniesieniem wieku emerytalnego
dopiero się zaczyna, a część ekonomistów ostrzega nas, że i na rynku pracy
będzie gorzej niż przed rokiem i bezrobocie może pójść w górę. I wtedy łatwo
będzie powiedzieć, że to przede wszystkim wina rządu, który przeforsował
podniesienie składki rentowej – dodaje działacz Platformy wysokiego szczebla z
Warszawy.

Najgorzej ocenianym ministrem jest Joanna Mucha kierująca resortem sportu i
turystyki. Już samo jej powołanie było uważane za tyleż odważny, co ryzykowny
krok Tuska, który w przededniu Euro 2012 na czele tak ważnego ministerstwa
postawił dyletantkę w sprawach sportu. I ta amatorszczyzna nieraz dała znać o
sobie. Prawdziwą furię wśród Polaków wywołała jednak kwestia niby zbudowanego i
oddanego do użytku, ale wciąż nienadającego się do prowadzenia rozgrywek
sportowych Stadionu Narodowego. W dodatku Rafał Kapler, były prezes Narodowego
Centrum Sportu, który bezpośrednio odpowiadał za tę budowę, na pożegnanie ma
dostać prawie 600 tys. zł premii. I co ciekawe, minister Mucha chyba w tej
chwili jako jedyna broni tej gaży. Nawet Tusk, czując społeczne nastroje,
sugerował, że trzeba się jej przyjrzeć i wykorzystać prawne możliwości do
niewypłacania nagrody. Z negatywną oceną minister nie kryje się poseł Andrzej
Biernat, łódzki działacz PO i wiceprzewodniczący sejmowej komisji sportu,
mówiąc, że na sporcie Joanna Mucha po prostu się nie zna i musi najpierw poznać
swój resort. Biernat nie jest sympatykiem Muchy, bo należą do różnych frakcji w
Platformie.

Dla pani minister najgorsze jest jednak to, że stała się obiektem publicznych
kpin. Polacy drwinami zareagowali (głównie w internecie) np. na bieg wokół
budowanego stadionu w stolicy z udziałem Joanny Muchy. Jeszcze bardziej dostało
się jej za brak elementarnej wiedzy na temat zasad wyłaniania drużyn, które
biorą udział w meczu o Superpuchar Polski. – Tusk zrobił jej krzywdę. Joasia
nadawałaby się na wiele innych rządowych stanowisk, gdzie by się na pewno lepiej
sprawdziła. Poszła do sportu, bo liczyła, że więcej w tej pracy będzie splendoru
związanego z piłkarskimi mistrzostwami Europy niż problemów. A teraz, gdy wpadła
w kłopoty, nie ma wsparcia premiera – mówi parlamentarzystka Platformy. – Niech
za mój komentarz posłuży to, że gdy w internecie ludzie zaczęli żartować, że
teraz w dowcipach o blondynkach słowo "blondynka" można zastępować słowem
"Mucha", zaraz od partyjnych kolegów dostałem mnóstwo SMS-ów z takimi właśnie
przerobionymi kawałami – mówi jeden z senatorów Platformy. I dodaje, że tak jak
symbolem nieudolności w poprzednim rządzie była minister edukacji Katarzyna
Hall, tak teraz stała się nim właśnie Joanna Mucha.

W Platformie Obywatelskiej panuje przekonanie, że na razie minister sportu
może być spokojna o swój stołek. Wszak Tusk nie lubi odwoływać nikogo z powodu
krytyki medialnej czy kiepskich wyników sondażowych. Tym bardziej że musiałby
przyznać się, iż to on osobiście popełnił personalny błąd. Poza tym Mucha
została teraz szefem zespołu koordynującego przygotowania do Euro 2012 i premier
liczy, że wkrótce ucichnie sprawa stadionu, Polacy zajmą się samymi
mistrzostwami, a zadania przed Euro i tak są rozpisane, więc minister wpadki nie
powinna zaliczyć.

Wśród polityków PO panuje przekonanie, że nowi ministrowie tej partii,
których ściągnął Tusk, nie okazali się jak na razie wzmocnieniem dla tej ekipy.
Najwięcej obiecywano sobie po ministrze cyfryzacji Michale Bonim. Ale ten
jeszcze nie zdążył nawet zorganizować swojego urzędu, a już zaliczył
kompromitację w postaci umowy ACTA. – Nie będę oryginalny, jak powiem, że we
własnym gronie też nieźle żartowaliśmy sobie z Boniego i Tuska, zwłaszcza jak
opublikowano zdjęcia ze służbowym laptopem premiera, na którym było widać kartkę
z loginem i hasłem. Ośmieszyliśmy się i tyle – mówi poseł PO. – Sam z tego
powodu cierpię, bo wiele osób, które przychodziły do biura, żartowało, czy ja
też przylepiam sobie karteczkę z loginem i hasłem do komputera. Jeden dowcipniś
zaoferował nawet możliwość dostarczenia dla całego klubu i rządu specjalnych
nakładek na ekran, gdzie można takie dane wpisać – dodaje.

Po dobrym starcie – udane wprowadzenie rozkładu jazdy pociągów – blednie
gwiazda ministra transportu Sławomira Nowaka. – Jego pozycja opiera się na
autorytecie Tuska. Nowak nie jest specjalnie lubiany w partii i klubie, więc od
razu zauważane są jego wszystkie potknięcia. Wiemy, że nie on odpowiada za
opóźnienia w budowie autostrad czy modernizacji kolei, ale to, że tych
inwestycji nie udaje mu się przyspieszyć, działa na jego niekorzyść – tłumaczy
osoba z władz krajowych Platformy. – Także budowanie własnej grupy w PO idzie mu
jak po grudzie – dodaje.

Słabo wypada również Jacek Cichocki, który dokonał co prawda kilku istotnych
kadrowych zmian w ministerstwie, ale kompletnie nie poradził sobie z protestem
służb mundurowych, a ostatnio zasłynął obroną BOR w sytuacji, gdy zastrzeżenia
do pracy Biura w związku ze śledztwem smoleńskim zgłosiła prokuratura.

Można powiedzieć, że w Platformie Obywatelskiej wśród nowych ministrów
najlepsze notowania ma Bartosz Arłukowicz. Przejął resort w bardzo złej
sytuacji, z rozwaloną ustawą refundacyjną, protestującymi lekarzami i
farmaceutami, niezadowolonymi pacjentami. Teraz sytuacja jest oczywiście daleka
od normalności i niedługo mogą się pojawić kolejne problemy, ale Arłukowicz jak
na razie największe pożary ugasił.

Nasi rozmówcy z Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej są nawet
przekonani, że akurat w tym przypadku dobrze się stało, że Ewa Kopacz awansowała
na marszałka Sejmu. – Myślę, że Kopacz nie poradziłaby sobie z tymi protestami.
Konflikt z lekarzami byłby jeszcze ostrzejszy, tak samo jak z farmaceutami.
Arłukowicz ma po prostu więcej cierpliwości i jest lepszym negocjatorem od byłej
minister – wyjaśnia poseł PO. I dodaje, że doceniając sukces Arłukowicza, Tusk
pozwolił mu na dokonanie istotnych zmian kadrowych, które polegać mają na
usunięciu wielu dawnych współpracowników Ewy Kopacz. Tym choćby należy tłumaczyć
dymisję wiceministra zdrowia Andrzeja Włodarczyka. Po cichu będą odwoływani zaś
urzędnicy niższych szczebli. W ich miejsce minister ściągnie swoich ludzi.
Politycy rządzącej partii obawiają się, że największe problemy są dopiero przed
nimi. A na czoło listy wybija się reforma emerytalna. Nikt w PO nie kwestionuje
samej idei podniesienia wieku emerytalnego. Ale wątpliwości wzbudza sposób
prowadzenia debaty publicznej na ten temat. – Boję się, że popełniamy znowu
grzech pychy i arogancji. Premier mówi o konsultacjach, ale jednocześnie
twierdzi, że od reformy nie ma odwrotu, czyli przekaz jest taki, że "ja już
zdecydowałem i tak musi być". A posłowie i senatorowie znowu są ignorowani i
mają być zwykłą maszynką do głosowania. Tak samo zresztą jak ignorowane jest
społeczeństwo – mówi senator Platformy. I podkreśla, że szczytem arogancji
popisał się w ostatnich dniach minister finansów Jacek Rostowski. W jednym z
wywiadów radiowych uspokajał ludzi, że podniesienie wieku emerytalnego będzie
dla wszystkich korzystne. Nie będzie też kłopotów z pracą dla starszych osób, bo
podobno już w 2020 roku problemem w Polsce będzie brak rąk do pracy. – A
dlaczego dopiero za osiem lat, a nie za cztery? – pyta jeden z wysokich
urzędników ministerstwa pracy. – Przecież takie obietnice tylko ludzi
wyprowadzają z równowagi, jak popatrzą na statystyki bezrobocia. Znowu
wychodzimy na cwaniaków, którzy potrafią tylko roztaczać przed wyborcami piękne
widoki – dodaje.

– Reforma emerytalna ma być szybko przepchnięta. Tak, aby "Solidarność" czy
inne organizacje nie zdążyły zmobilizować ludzi i zorganizować fali protestów –
tłumaczy strategię premiera jeden z jego współpracowników. – I oczywiście będzie
temu towarzyszyć kampania prezentująca korzyści, jakie wszyscy odniesiemy z tych
zmian – dodaje.

Krzysztof Losz

drukuj