Niełatwo przecisnąć się przez sito dla pilotów
Z Mariuszem Szłodą, wychowawcą mjr. Arkadiusza Protasiuka w Liceum
Lotniczym w Dęblinie, rozmawia Marta Ziarnik
Był Pan nauczycielem i wychowawcą mjr. Arkadiusza Protasiuka, dowódcy PLF 101
do Smoleńska. Jak go Pan wspomina?
– Od 1988 roku pracowałem jako nauczyciel wychowania fizycznego w Liceum
Lotniczym w Dęblinie. W drugim roku mojej pracy, czyli w roku szkolnym
1989/1990, płk dr pil. Janusz Ziółkowski – dyrektor Liceum Lotniczego, dał mi
pod opiekę wychowawczą klasę IA, w której był m.in. Arkadiusz Protasiuk. Moja
klasa miała wówczas jeszcze jednego wychowawcę odpowiedzialnego za uczniów w
internacie LL, a była nim pani Małgorzata Cebula. Opiekunem tego rocznika był
kpt. Andrzej Jaworski. Odpowiadając na pani pytanie, muszę przyznać, iż w
będącej pod moją opieką klasie IA od samego początku dostrzec można było Arka,
który wyróżniał się między innymi pod względem wyników w nauce. Pamiętam, że
zawsze był on w czołówce najlepszych uczniów, razem z jednym jeszcze chłopcem –
Maciejem Kowalem.
Przechowuje Pan w pamięci jakiś szczególny jego obraz?
– Arek zarówno w szkole, na zajęciach lekcyjnych, jak i w czasie wolnym od zajęć
zawsze był życzliwym i otwartym na przyjaźnie chłopcem. Przy czym był bardzo
grzeczny i uczynny nie tylko względem kolegów, ale także nauczycieli. Na
pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie skupionego myśliciela, lecz po kilku słowach
rozmowy widziało się przed sobą nie tylko mądrego młodego człowieka, ale i
zabawnego, tryskającego energią młodzieńca. I tą swoją otwartością zarażał
wszystkich wokół. Między innymi tym właśnie zjednywał sobie kolegów i dzięki
temu był tak bardzo lubiany. W dowód zaufania był przez swoich klasowych kolegów
aż czterokrotnie wybierany do samorządu klasowego, gdzie bardzo sumiennie
wypełniał swoje powinności.
Miał jakieś zdolności, pasje?
– Pamiętam, że podczas nauki w liceum lotniczym Arek bardzo interesował się
modelarstwem samolotowym, spadochroniarstwem i szybownictwem. Często po
zajęciach lekcyjnych, w grupie zawsze otaczających go kolegów z internatu,
chodził też grać w piłkę oraz ćwiczyć na przyrządach gimnastycznych. Taka
panowała wówczas "moda" w naszym liceum, moda na aktywne spędzanie wolnego
czasu. I Arek świetnie radził sobie także w tych dyscyplinach.
Zaobserwował Pan u Arkadiusza Protasiuka jakieś zachowania mogące świadczyć
np. o niezdrowych ambicjach bycia najlepszym za wszelką cenę?
– Nie, nic z tych rzeczy. Jeśli mówimy o klasie IA, to wśród tych chłopców nie
dało się zauważyć przejawów niezdrowej rywalizacji bycia najlepszym. Ci chłopcy
wyryli się w mojej pamięci jako naprawdę zgrany zespół. Współpraca, wzajemna
pomoc, odpowiedzialność za siebie i innych oraz chęć zrozumienia drugiej osoby –
to właśnie spajało tę klasę. Potwierdzeniem moich słów niech będzie chociażby
fakt, iż pomimo tego, że ponad 18 lat temu skończyli naukę w liceum lotniczym,
to każdego roku spotykali się na klasowym zjeździe, gdzie mogli porozmawiać i
powspominać lata szkolne. Wymieniali się tam swoimi doświadczeniami, rozmawiali
o problemach i radościach dnia codziennego. Pokazywali sobie rodzinne zdjęcia
itp. W ten sposób po latach nadal utrzymywali tę szczególną, łączącą ich przez
całe liceum więź. I pomimo swoich licznych służbowych obowiązków w 36.
Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego Arek Protasiuk na tych spotkaniach
zawsze się pojawiał. A poza tym, z tego, co wiem, znajdował także czas na
indywidualne spotkania z kolegami. Piękne świadectwo tej przyjaźni dali koledzy
Arkadiusza również w momencie, gdy przyszli na jego pogrzeb, na którym ja też
byłem z pozostałymi nauczycielami.
Po ukończeniu liceum chłopcy utrzymywali kontakt również z Panem?
– Tak, po zakończeniu nauki w liceum lotniczym ten kontakt dalej utrzymywaliśmy.
Jeszcze w czasie nauki Arek wraz z innymi uczniami mojej klasy często odwiedzali
mnie i moją żonę Marię w domu. Delegacja klasowa wraz z panią Małgorzatą Cebulą
była nawet na naszym ślubie. W miarę możliwości chłopcy odwiedzali nas też
później, po narodzeniu naszej córki Aleksandry, która ma już 18 lat i w tym roku
zdaje maturę. Pamiętam, że rozmawialiśmy wtedy o ich planach na przyszłość, o
tym, kto gdzie będzie dalej się uczyć, później pracować itp. I muszę przyznać,
że znaczna część tych młodzieńczych planów, oczywiście dzięki ciężkiej pracy i
sumienności, spełniła się w ich dorosłym życiu, z czego jestem bardzo dumny.
W jaki sposób dowiedział się Pan o śmierci swojego wychowanka i całej
delegacji prezydenckiej?
– O tragedii smoleńskiej dowiedziałem się z radia, kiedy dojeżdżałem do szkoły
na zajęcia. Chwilę później zadzwonił do mnie Grzegorz Olejnik – jeden z
najbliższych kolegów Arka z klasy w Liceum Lotniczym w Dęblinie. Od niego
właśnie dowiedziałem się, że wśród członków załogi pilotującej samolot
prezydencki był Arek Protasiuk. Grzesiek powiedział ponadto, że poinformował
pozostałych kolegów z klasy i uzyskał od nich potwierdzenie, że będą na
uroczystościach pogrzebowych. Informacja ta bardzo mną wstrząsnęła… Wróciły
obrazy sprzed kilkunastu zaledwie lat, widziałem młodych, roześmianych, pełnych
życia i ideałów chłopców. Przeżyłem wówczas szok i niedowierzanie. Tej ogromnej
straty, tego wielkiego żalu i współczucia, jakie żywimy dla najbliższej rodziny
Arkadiusza i pozostałych ofiar tragicznej katastrofy z 10 kwietnia, nie da się
wyrazić nawet najbardziej wyszukanymi słowami. Trudno mi o tym zdarzeniu
spokojnie mówić pomimo roku, jaki upłynął od tragedii pod Smoleńskiem…
Od pierwszych chwil po katastrofie do dziś w przestrzeni medialnej
funkcjonuje teza o winie pilotów, którym zarzuca się brawurę i
nieodpowiedzialność.
– Brawura? Nieodpowiedzialność? Zastanówmy się, kto to mówi?! Mówią to bowiem
osoby, które nawet w minimalnym stopniu nie znają realiów bycia żołnierzem
zawodowym, bycia pilotem. Selekcja wstępna, badania medyczne, egzaminy
sprawnościowe, później kilkuletnie szkolenie teoretyczne i praktyczne na
wojskowej uczelni w Dęblinie powodują, że Wyższą Szkołę Oficerską Sił
Powietrznych kończy zaledwie ułamek spośród tych osób, które chciały zostać
pilotami. Ci, którzy WSOSP ukończyli, w jednostkach wojskowych przechodzili
dalsze szkolenia i loty treningowe. Tak więc nie ma mowy o tym, by załoga
Tu-154M była nieprzygotowana do tego typu lotów itp. Nasi piloci są przecież
doceniani poza granicami naszego kraju i zastanawiam się, dlaczego nie w
Ojczyźnie.
Jak ocenia Pan sposób prowadzenia śledztwa smoleńskiego?
– Z czasem może wypłynie prawda na temat tragicznego lotu do Smoleńska. Od
wyjaśnienia tej tragedii są specjaliści. Polityczne przepychanki i spekulacje
mnie nie interesują. Moim zdaniem, szkodzą one bardzo wizerunkowi i polskiej
armii, i pamięci ofiar katastrofy.
Dziękuję za rozmowę.
