Niech Klich pokaże dokumenty
Z mec. Bartoszem Kownackim, pełnomocnikiem części rodzin ofiar katastrofy
w Smoleńsku, m.in. Ewy Błasik, żony gen. Andrzeja Błasika, dowódcy Sił
Powietrznych, rozmawia Paulina Jarosińska
Edmund Klich stwierdził w TVN 24, że Ewa Błasik nie jest zainteresowana
prawdą na temat katastrofy w Smoleńsku.
– Edmund Klich w sposób nieprawdziwy zarzuca pani Ewie Błasik, iż nie zależy jej
na prawdzie. Otóż jest dokładnie odwrotnie. Od samego początku to ona zaznacza,
że do prawdy chce dojść i ma prawo nie godzić się z błędnymi ustaleniami strony
rosyjskiej. Zarzucanie Ewie Błasik próby zafałszowania przyczyn katastrofy jest
niesprawiedliwym nadużyciem. Obrona honoru zmarłego męża nie wyklucza rzetelnego
dochodzenia do prawdy. W naszej ocenie, dojście do niej pozwoli obronić godność
generała Błasika, co – jak widać – wyklucza Edmund Klich, który próbuje
przypisać przynajmniej część winy za katastrofę dowódcy Sił Powietrznych.
Klich twierdzi, że nie widział materialnych dowodów na to, że gen. Błasik był
w kokpicie samolotu, ale i tak uważa, że tak było. Wywnioskował to z faktu, że
ciało dowódcy znajdowało się w sektorze, w którym znaleziono ciała załogi.
– W chwili katastrofy, jak wiemy, pan generał nie był zapięty pasami i to, że
znaleziono go w tym samym sektorze, w którym znaleziono ciała załogi, nie jest
jeszcze dowodem na to, że gen. Błasik był w kokpicie. To mogę powiedzieć na tym
etapie śledztwa. W każdym z sektorów znajdowało się wiele ciał, a to nie jest
ostateczny dowód, że przed katastrofą znajdowały się w określonym miejscu. Jest
rzeczą oczywistą, że przy takim rodzaju katastrofy ciało może ulec
przemieszczeniu. Wnioski Edmunda Klicha są błędne i świadczą o tym, że dokonuje
on ocen w oparciu o bardzo słaby materiał dowodowy.
Mimo tego, że prokuratura wykluczyła tezę o naciskach, były polski
akredytowany przy MAK dalej próbuje ją forsować, subiektywizując: "Jeśli ja bym
pilotował samolot, a za mną stał mój przełożony, to bym odczuwał to jako
nacisk".
– Na dzień 10 kwietnia 2010 roku nie było zakazu, aby dowódca znajdował się w
kokpicie. Przepisy pozwalały na to, by znajdował się on w kabinie pilotów. Skoro
zostały one przyjęte, to znaczy, że pewną normalną sytuacją była obecność
dowódcy Sił Powietrznych w kokpicie i piloci musieli być do tego przyzwyczajeni.
Nie mogło stanowić to żadnego zagrożenia. Ponadto, nie jest istotne, czy to
będzie dowódca, czy jakiś inny wysoki rangą funkcjonariusz publiczny. U
profesjonalnego pilota jego obecność nie może wywoływać takiego stresu czy
napięcia, który w rezultacie doprowadza do katastrofy. Piloci są poddawani
szeregowi badań – na okoliczności stresowe, awaryjne, nadzwyczajne. To nie jest
tak, że rządowymi samolotami latają amatorzy. Gdyby piloci przejawiali podatność
na stres, to nie otrzymaliby uprawnień, aby pilotować tak ważny samolot.
Subiektywne oceny Edmunda Klicha nie mają akurat nic do rzeczy w tej sprawie.
Odporność na stres jest wpisana w zawód pilota, a tym bardziej przewożącego
najważniejsze osoby w państwie.
Czy Pan Mecenas ma jakąś wiedzę na temat tego, jakoby Edmund Klich składał
wniosek, by nie zamieszczać w raporcie wzmianki o alkoholu?
– Chciałbym wiedzieć, w jakim trybie Edmund Klich jako polski akredytowany
składał taki wniosek? Czy to była jakaś luźna rozmowa, niewiążąca dla drugiej
strony, czy składał określone dokumenty w tej sprawie? Jeśli to drugie, to
chciałbym, aby upublicznił te wnioski. Jeśli one są, to można by je uznać za
rzetelne działanie Edmunda Klicha w tym bardzo newralgicznym zakresie. Jako
urzędnik państwowy powinien wiedzieć, że taki wniosek musi być złożony na
piśmie, aby mogło wywołać jakąkolwiek reakcję drugiej strony. Natomiast jeśli
takich dokumentów nie sporządzono, to popełniono istotny błąd.
Dla Klicha przyczyny katastrofy są oczywiste – zła pogoda, złe wyszkolenie,
natomiast wyklucza on możliwość, że do tragedii mogli przyczynić się
kontrolerzy…
– Nie wiem, na jakiej podstawie Edmund Klich wykluczył taką możliwość. Nie wiem
też, do jakich dokumentów miał dostęp. Zgadzam się z nim w tej części, kiedy
mówi o przygotowaniu lotu – to również mogło wpłynąć na katastrofę. Jestem też
ciekawy, na jakiej podstawie wykluczył usterkę w samolocie. Przypomnę, że przez
wiele miesięcy lansowano teorię o tym, że piloci byli źle wyszkoleni i że
bezzasadnie nacisnęli w samolocie przycisk "uchod" i dlatego samolot nie mógł
odejść. Eksperyment przeprowadzony ostatnio wskazuje na to, że ten przycisk
powinien zadziałać. I nagle z tej teorii wszyscy się wycofują. Jeśli chodzi o
wypowiedź pana Klicha, bardzo chciałbym wiedzieć, na czym opiera swoje wnioski i
czy mogą być one w ogóle wiarygodne. Sam przecież wielokrotnie powtarzał, że nie
miał dostępu do wielu dokumentów, znalazło to odzwierciedlenie również w
polskich uwagach do raportu MAK.
Jak Pan rozumie sugestie, że na wieży "była taka niechęć", że "wyklucza
celowe działanie".
– Nie jestem w stanie rozszyfrować, co miał na myśli pan Edmund Klich. Mamy
przecież dostęp do nagrania z wieży kontroli lotów i mogę powiedzieć w ten
sposób: na wieży było takie napięcie, takie zamieszanie, że mogło się ono
przyczynić do katastrofy. Nie twierdzę, że kontroler chciał celowo doprowadzić
do katastrofy, jednak atmosfera, która tam panowała, swoiste naciski na
kontrolerów, mogły spowodować to, że popełniali oni błędy.
Wracając do sprawy ewentualnej awarii w samolocie – Edmund Klich wyeliminował
ją, ponieważ "nie było żadnych sygnałów na rejestratorach ani w działaniu
załogi, że była jakaś usterka techniczna". Jakby Pan się do tego odniósł?
– Znów nie wiem, na podstawie jakiej dokumentacji Edmund Klich formułuje takie
wnioski. Po pierwsze, ja nie mam dostępu do czarnych skrzynek i nie mamy w tym
zakresie jeszcze pewnych opinii. Po drugie, nie mam dostępu do opinii
dotyczących wraku i wszystkich urządzeń w nim się znajdujących, dopiero po ich
analizie technicznej i weryfikacji z zapisami czarnych skrzynek będzie można
potwierdzić lub wykluczyć wystąpienie jakiejś awarii. Po jakości dokumentacji
sekcyjnej przestałem ufać w to, co sporządzają Rosjanie.
Cała wypowiedź Klicha sprawia wrażenie jakby bezgranicznie wierzył
Rosjanom…
– Edmund Klich, najwidoczniej wbrew doświadczeniom płynącym ze śledztwa
prokuratorskiego, wierzy stanowisku prezentowanemu przez Rosjan. Poza tym mam
takie wrażenie, że buduje całą swoją opinię na niekompletnym materiale
dowodowym. Ogranicza się do bardzo konkretnych dokumentów, jak chociażby zapisy
czarnych skrzynek, nie weryfikuje tego z inną dokumentacją. Nie wiem, czy miał
chociażby dostęp do dokumentacji technicznej lotniska Siewiernyj i do badań
urządzeń, które się znajdowały na lotnisku, badań stanu zdrowia kontrolerów
lotu, badań na zawartość alkoholu we krwi etc… O wielu dokumentach nie
wspomina w ogóle, nie wiadomo więc, czy miał do nich dostęp.
Czy za słowa Edmunda Klicha – uderzające w dobre imię osoby, którą Pan
reprezentuje – zamierza Pan pozwać byłego polskiego akredytowanego przy MAK do
sądu?
– Każda wypowiedź, która uderza w pamięć po śp. generale Andrzeju Błasiku lub w
jego najbliższych, jest bardzo szczegółowo analizowana, również pod kątem
ewentualnego skierowania pozwu o ochronę dóbr osobistych. Tak na pewno będzie i
w tym przypadku. Należy jednak pamiętać, że nie z każdym warto się procesować,
nie zawsze druga strona jest odpowiednim przeciwnikiem i czasem nie warto zniżać
się do reprezentowanego poziomu, dawać tej stronie satysfakcję. Należy także
pamiętać, że każdy taki proces to zainteresowanie mediów, które może być samo w
sobie bardzo bolesne dla rodziny.
Dziękuję za rozmowę.
