Niebezpieczna koabitacja
Uczucie głębokiego smutku, bezradności, a niekiedy nawet gniewu
towarzyszy mi, gdy oglądam telewizyjne relacje z zalanych terenów górnego i
środkowego dorzecza Wisły i Odry. Widzimy pełne godności, dalekie od buntu i
oskarżeń cierpienie wszystkich tych dotkliwie poszkodowanych ludzi.
Pocieszeniem jest wielka ludzka, sąsiedzka solidarność, jaką wyzwolił ten
dramat. Ludzie w terenie, w akcji pomocy sprawdzają się, nie sprawdza się
tylko państwo, które nie zadbało o ochronę przeciwpowodziową.
Większość poszkodowanych będzie musiała przez całe lata odbudowywać swoje
domostwa, a ogromna część z nich nigdy się już z biedy nie podźwignie. Wśród
powodzian jest przecież wielu ludzi starszych. To oni dołączą do żyjących
z zasiłków i wszelakiej pomocy społecznej. Nie wiadomo, jak wielu z nich będzie
musiało na stałe opuścić swoje rodzinne strony i przenieść się w inne
miejsce. Jakie? Gdzie? Kiedy? Za co?
Uczucie naszej bezradności można przezwyciężyć, robiąc dziś jedyną słuszną
rzecz. Trzeba wpłacić pieniądze, najlepiej na Caritas. Najszybciej można to
zrobić za pomocą karty kredytowej przez internet. Zwykły przelew bankowy
wymaga od nas zapamiętania i wpisania aż 26 cyfr numeru konta. Już kilkanaście
lat temu pisałem do ówczesnej prezes NBP Hanny Gronkiewicz-Waltz publiczną
prośbę, aby zniosła wymóg wpisywania tego tasiemcowego numeru, gdy chodzi o
natychmiastową pomoc humanitarną. Czy nie wystarczą dane ofiarodawcy i ściśle
określony cel, np. "powódź"? Czy bez tego komplikującego całą tę
operację numeru bankowego pieniądze nie trafiłyby do właściwej instytucji i
na właściwe konto? Nie mogę tego zrozumieć.
Chwile gniewu odczuwam, gdy pomyślę, jak polityka naszego kraju daleko odeszła
od rzeczywistych ludzkich potrzeb. Jeśli się ona szybko nie zmieni, to znowu
skończy się na doraźnej pomocy powodzianom, a sprawa bezpieczeństwa
przeciwpowodziowego, krajowe plany inwestycyjne w tym zakresie zostaną odłożone
ad calendas Graecas. Jakże śmiesznie dziś brzmi zapewnienie premiera Donalda
Tuska, z jego trzygodzinnego sejmowego exposé u progu kadencji, że zmieni
Polskę z analogowej na cyfrową. Nie znalazło się tam zdanie: celem mojego rządu
będzie zapewnienie takiego bezpieczeństwa obywateli, aby maksymalnie ograniczyć
przyszłe rozmiary powodzi, które rujnują ludzkie życie, a dobrobyt obracają
w totalną biedę. To jest zadanie na miarę rządu, a nie wprowadzanie techniki
cyfrowej, której rozwój nie powinien zależeć od państwa, tylko od wolnej
gospodarki i jej przedsiębiorstw. Ale jak wytłumaczyć to tym, podobno
gospodarczym liberałom, którzy winę za powódź zwaliliby najchętniej na wójta,
tym bardziej że go nie wybierają.
Wraz z powodzią pojawił się nowy pomysł minister edukacji Katarzyny Hall:
"wypoczynek edukacyjny". Było się z czym pokazać na konferencjach
prasowych, aby podtrzymać notowania rządu. Czy rzeczywiście młodzieży z
terenów zalanych potrzebna jest aż pomoc psychologów? Pytanie: czy ci tak
szczególnie dziś promowani "lekarze ludzkich dusz" będą te terapie
wykonywali za darmo? Czy decyzja minister Hall, aby tysiące młodzieży wysyłać
na taki edukacyjny wypoczynek, była do końca przemyślana? Czy ta młodzież
nie powinna być w tym czasie w domu i pomagać rodzicom? Jeden z chłopców wysłanych
na Mazury powiedział do kamery, że czuje się tu jakoś głupio, wiedząc, jak
teraz ciężko pracują jego rodzice, no ale skoro cała szkoła wyjechała, to
i on musiał. Państwo po raz kolejny arbitralnie wkroczyło w życie rodziny,
która w trudnych chwilach powinna być przede wszystkim razem.
Byłoby mądrzej, gdyby pani minister organizowała wyjazdy młodzieży szkolnej
(za zgodą ich rodziców) z terenów niezalanych w miejsca, gdzie toczy się
walka o utrzymanie wałów przeciwpowodziowych, oczywiście przy zachowaniu
maksymalnego bezpieczeństwa młodzieży. To byłaby prawdziwa lekcja
odpowiedzialności i patriotyzmu.
Zainteresowanie wyborami na terenach zalanych wydaje się znikome. Ludzie mają
rację, twierdząc, że w tej chwili nie ma dla nich nic ważniejszego, jak
walka o utrzymanie dobytku i zabezpieczenie przed następnymi zalaniami. Z tego
powodu należałoby przełożyć wybory, ogłaszając stan klęski żywiołowej.
Z polityków kandydujących na urząd prezydenta zgodzili się z takim rozwiązaniem:
Jarosław Kaczyński, Marek Jurek, Andrzej Lepper, Bogusław Ziętek, Kornel
Morawiecki. Twierdzą oni, że wybory należy odłożyć, gdyż komplikują życie
powodzianom. Głównymi oponentami takiego rozwiązania okazali się
przedstawiciele partyjnego "establishmentu" (PO, PSL, SLD): Bronisław
Komorowski, Waldemar Pawlak, Grzegorz Napieralski. Czy nie chodziło tu o
mniejszą frekwencję na zalanym południu Polski, na Lubelszczyźnie,
Podkarpaciu, w Małopolsce, gdzie elektorat prawicowy albo prawicowo-katolicki
jest tradycyjnie większy od elektoratu Platformy i lewicy?
Przełożenie wyborów prezydenckich byłoby tym bardziej uzasadnione, gdyż
p.o. prezydent Bronisław Komorowski wraz ze swoją partią, Sejmem i Senatem w
pełni zagospodarował już kompetencje przyszłego prezydenta. Podporządkował
sobie IPN, wojsko, służby, powołał szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego,
wybrał kandydata na prezesa NBP, wkrótce przypieczętuje rozwiązanie Krajowej
Rady Radiofonii i Telewizji i przesądzi o osobie rzecznika praw obywatelskich.
Tylko od 12 kwietnia do 6 czerwca br., prowadząc równocześnie swoją kampanię
prezydencką w kraju i za granicą, jako marszałek Sejmu wykonujący obowiązki
prezydenta Rzeczypospolitej Bronisław Komorowski podpisał ponad 40 ustaw. Nikt
w Polsce nie wie, co to za ustawy i czego dotyczą. Wiadomo tylko, że wraz ze
śmiercią prezydenta Lecha Kaczyńskiego nikt już tych ustaw nie kontroluje,
nie ma dyskusji nad ich treścią, no i oczywiście nikt nie wspomina nawet o możliwości
ich zawetowania. Dla ilustracji podam tylko, że nowe ustawy dotyczą m.in.
zmian w Trybunale Stanu, nowych uprawnień Skarbu Państwa w sektorach
energetycznych, podatku od dochodów osób prawnych i fizycznych, kontroli
skarbowej, prawa telekomunikacyjnego, prawa celnego, komercjalizacji i
prywatyzacji, prywatyzacji Polskich Kolei Państwowych, zmian w kodeksach
cywilnym i karnym, pomocy społecznej, Państwowej Inspekcji Pracy i zmian w
wielu innych dziedzinach życia.
Mamy wreszcie pełną koabitację Sejmu, Senatu, rządu i p.o. prezydenta, czyli
pełnię władzy w rękach jednej "obywatelskiej" liberalnej formacji
politycznej, o co zawsze chodziło Platformie Obywatelskiej. O tym, czy ten
niebezpieczny, bo monopolistyczny układ zostanie utrwalony na lata, zdecydują
wyborcy już 20 czerwca br.
Wojciech Reszczyński
