Nie dają się bezrobociu
Są młodzi, niedawno kończyli szkoły
średnie albo zdobywali dyplomy wyższych uczelni. Zdawało im się, że cały
świat będzie do nich należał. Jednak już pierwszy kontakt
z dorosłym życiem był dla wielu rozczarowaniem. Okazało się, że nikt ich
nie potrzebuje, nie ma dla nich pracy. Statystyki są przerażające: aż 40
proc. młodych
Polaków jest bezrobotnych. Nie dziwi więc, że są tacy, którzy postanowili
wziąć sprawy w swoje ręce i założyć własną firmę.
Praca na swoim to nie tylko źródło utrzymania. To dla wielu młodych, z którymi
rozmawiałem, także ogromna satysfakcja. – Człowiek się czuje jak ten mały źrebak,
który tuż po urodzeniu jest słaby i nieporadny, ale z każdą upływającą chwilą
coraz mocniej staje na nogach, aby wreszcie zacząć samodzielnie chodzić i biegać.
Tak samo jest z młodymi przedsiębiorcami, którzy często muszą zapłacić "frycowe",
ale po jakimś czasie twardo stąpają i poruszają się w biznesie – mówi Michał
Wieczorek, od trzech lat współwłaściciel firmy handlowej.
– W tej działalności człowiek naprawdę uczy się na własnych błędach.
Przełamać strach
Doradcy zawodowi nie mają złudzeń, że dla tysięcy młodych ludzi założenie własnej
firmy to jedyny sposób, aby uniknąć bezrobocia. – Po prostu sytuacja na rynku
jest taka, że nikt na nich nie czeka z wolnymi etatami. Mają więc do wyboru:
bezrobocie, praca na czarno czy krótkie zatrudnienie na umowę-zlecenie –
mówi Anna Ludwiniec, doradca zawodowy w prywatnej firmie szkoleniowej. –
I młodzież to dostrzega, więc próbuje startować we własnym biznesie. Widać
to choćby po liczbie chętnych na szkoleniach z przedsiębiorczości, które
organizujemy przy współpracy z urzędami pracy. Kiedyś trudno było znaleźć
ludzi, którzy chcieliby założyć własny biznes, teraz jest ich nawet więcej
niż miejsc na zajęciach. Zresztą tak jest nie tylko u nas, ale i w wielu
innych firmach szkolących bezrobotnych.
Okazuje się, że postawa młodych ludzi zmieniła się nie tylko z powodu bezrobocia.
Oni po prostu przełamali własny strach. – Dopóki nie trafiłem na szkolenie,
nie wiedziałem, że wśród trzech milionów polskich firm większość to zakłady
jednoosobowe, takie jak mój – wspomina Mariusz Musialik, który od dwóch lat
ma kontrakt z "Ruchem" i prowadzi jeden z kiosków.
27-letni mężczyzna wspomina, że przez trzy lata nie mógł znaleźć żadnej pracy.
Myślał nawet o emigracji. Na założenie firmy namówił go pracownik urzędu pracy.
Przeszedł szkolenie, poznał podstawowe tajniki handlu i wystartował.
– Bardzo się bałem, nie miałem praktycznie żadnego kapitału, towar był wzięty
na "krechę", rodzice musieli być żyrantami mojej skromnej firmy.
Ale teraz już chyba wyszedłem na prostą i zarabiam godziwe pieniądze. W dodatku
mogłem nawet zatrudnić żonę. Teraz, gdy jest na urlopie macierzyńskim, w prowadzeniu
kiosku pomaga mi mama – opowiada Musialik. – Gdybym nie przełamał strachu,
pewnie do tej pory byłbym bez pracy.
Ciężkie pierwsze lata
– Najtrudniejszy jest start – mówi Andrzej Kozielski, od 30 lat właściciel
warsztatu mechanicznego. – Obecnych warunków nie można porównywać ani do
czasów PRL, ani początków transformacji w latach 90. Wtedy wystarczył pomysł,
kilka groszy i biznes szedł. Teraz nie ma szans na błyskawiczną karierę,
a i na rynku utrzymać się jest znacznie trudniej.
Kilka lat temu Kozielski pomagał córce założyć zakład fryzjerski. Przyznaje,
że poszło na to kilkadziesiąt tysięcy rodzinnych oszczędności. Marta myślała
najpierw o wzięciu kredytu bankowego, ale zażądano od niej gigantycznych zabezpieczeń
w wysokości 200 proc. wartości kredytu. Rodzina uznała wtedy, że na banki nie
ma co liczyć i trzeba radzić sobie samemu.
Niestety, w podobnej sytuacji jest każdy młody biznesmen, który praktycznie
nie ma żadnych szans na wsparcie banku, bo jako osoba dopiero zaczynająca działalność
gospodarczą nie ma zdolności kredytowej. Niewielu pomagają fundusze poręczeniowe.
Choć na szczęście i w tej sferze trochę się zmieniło, bo osoby zakładające
firmy mogą liczyć na kilkanaście tysięcy złotych bezzwrotnej państwowej dotacji,
część skorzystała też z takich dofinansowań w ramach funduszy unijnych.
– Najważniejsze, że przez pierwszy okres płaci się mniejszy ZUS – podkreśla
Agnieszka Resmer, doradca podatkowy. – Gdy uruchamiałam biuro rachunkowe, płaciłam
co miesiąc 700 zł, chociaż przez niemal rok zdobyłam niewiele kontraktów. Z
tego powodu mało zarabiałam. Teraz, gdy mój mąż otworzył małą kawiarnię, płaci
tylko 200 złotych na ZUS. To jest naprawdę spora ulga.
Największy problem dla powstających firm to utrzymać się na rynku. Najwięcej
bankructw zdarza się bowiem w pierwszych latach działalności. Upadek firmy
ma związek ze złą oceną rynku, błędami w zarządzaniu, brakiem pieniędzy na
inwestycje. Ale wysoką cenę płaci się często także za łatwowierność i naiwność,
gdy pada się ofiarą nieuczciwego kontrahenta czy wspólnika.
Taką "przygodę" ma za sobą Michał, 34-letni kierowca tira. Kilka
lat temu prowadził własną firmę transportową z trzema samochodami. Zatrudniał
pięć osób.
– Zazwyczaj wykonywałem zlecenia dla innych dużych przedsiębiorstw. Jakoś dawało
się z tego wyżyć, ale w 2001 r. podpisałem umowę z jedną z holenderskich firm.
Kontrakt był atrakcyjny, w umowie zapisano, że będziemy dostawać pieniądze
raz na kwartał. Dlatego wziąłem kredyt. Niestety, pieniędzy nie dostałem, nie
miałem z czego spłacić kredytu, bank zabrał mi samochody i działkę, na której
zacząłem budować dom – mówi mężczyzna, który do tej pory nie może przeboleć
straty. – A wystarczyło sprawdzić tę firmę w wywiadowni gospodarczej i okazałoby
się, że oszukała już podobno kilkunastu innych małych przewoźników. Tylko że
ja nawet nie wiedziałem, że coś takiego można zrobić. Teraz nawet nie ma szans,
żeby odzyskać pieniądze przez sąd, bo musiałbym zakładać sprawę w Holandii,
na co mnie nie stać.
Niestety, problemy z zatorami płatniczymi, nieterminowym regulowaniem należności
to zjawisko powszechne. Na rynku brakuje kapitału, więc zakłady radzą sobie
w różny sposób. Czasami kosztem innych firm. Najgorzej, jeśli taka dotkliwa
porażka spotyka młodego przedsiębiorcę, który może już potem nie mieć sił ani
chęci na ponowny start w biznesie. Michał nie kryje, że woli pracę na etacie
kierowcy, choć jako właściciel firmy zarabiał 5-6 razy więcej. Bardziej ceni
sobie teraz zdrowie (po bankructwie przeszedł stan przedzawałowy) i spokój,
bo nie boi się, że odwiedzi go komornik.
Zawód innego rodzaju przeżył 29-letni Krzysztof Malinowski. Tuż po studiach
założył z przyjacielem z ławy szkolnej firmę komputerową. Mieli zajmować się
sprzedażą komputerów, części i akcesoriów oraz naprawą sprzętu. Zakład powoli
się rozwijał, przybywało klientów. I nagle na Malinowskiego spadły kłopoty.
Wspólnik wyjechał na zagraniczny urlop, z którego nie wrócił. Okazało się,
że wyczyścił kompletnie konto firmowe, a do zapłacenia były duże faktury za
dostarczony sprzęt i pensje dla sześciu pracowników. Co więcej, konto było
obciążone ogromnym debetem. – Mieliśmy otwartą linię kredytową, z której korzystaliśmy
w razie krótkich kłopotów z gotówką. Pieniądze zwracało się po kilku dniach.
Było to jednak najwyżej kilkanaście tysięcy złotych, a teraz z konta zniknęło
dziesięć razy więcej – mówi Malinowski.
Według niego, wspólnik wszystko dokładnie zaplanował. Zresztą, domowe konto
też wyczyścił. Potem napisał w krótkim liście, że życie w Polsce go męczyło.
– To co ja mam powiedzieć? – zastanawia się nasz rozmówca. – Zostałem bankrutem,
ze wstydu wyjechałem z miasta. Pół roku temu otworzyłem nowy zakład w innej
branży i już bez wspólników. Najlepiej liczyć na siebie – kończy.
Dobrze sobie radzimy
Generalnie młodzi stażem przedsiębiorcy radzą sobie całkiem nieźle. Nie są
to na pewno firmy duże, z ogromnymi przychodami, ale budują powoli swoją
pozycję. – Teraz już nie ma warunków do robienia błyskotliwych karier – podkreśla
Adrian Fijałkowski, współwłaściciel hurtowni materiałów budowlanych.
Polscy młodzi biznesmeni radzą sobie w interesach coraz lepiej. Mają niezłe
przygotowanie teoretyczne, znają języki, łatwo nawiązują kontakty i uczą się
na swoich i cudzych błędach. Trzeba mieć też świadomość, że zdecydowana część
z tych podmiotów to firmy jednoosobowe, niezatrudniające pracowników.
– Nigdzie nie miałem szans na etat
– mówi Hubert Ćwiklak, który przez półtora roku szukał pracy w wyuczonym zawodzie.
Jest specjalistą od obróbki metali. Oferowano mu najwyżej umowę-zlecenie. W
końcu jeden z prezesów poradził, aby założył firmę i wykonywał dla niego usługi.
– Efekt jest taki, że pracuję dla kilku firm, jestem wzywany do konkretnych
zadań. Nie mam co prawda wszystkich przywilejów socjalnych, jak pracownicy
na etatach, ale za to zarabiam na czysto ponad dwa razy więcej – podsumowuje
Ćwiklak.
Dla Huberta Ćwiklaka i jego kolegów praca na swoim to jednak nie tylko pieniądze,
ale i niezależność. Teraz już nie wyobraża sobie pracy od godz. 7.00 do 15.00.
W firmach, z którymi współpracuje, nie jest traktowany jako podwładny, ale
partner.
– Wbrew pozorom mam dobry fach w ręku, ciągle się szkolę, podnoszę kwalifikacje.
Specjalistów od obróbki skrawania jest na rynku niewielu, bo nie każdy potrafi
pracować na obrabiarkach sterowanych numerycznie – mówi Ćwiklak.
Zdaniem wielu specjalistów, właśnie młodzi, dynamiczni przedsiębiorcy mogą
zdecydować o obrazie polskiej gospodarki. Już teraz sektor małych i średnich
firm zatrudnia więcej ludzi niż największe zakłady. Jeśli uda się wyzwolić
ludzką przedsiębiorczość, może to pomóc zmniejszyć bezrobocie. Na pewno nie
każdy bezrobotny ma predyspozycje, aby być biznesmenem. Ale ci, którzy nimi
zostaną, mogą potem zatrudniać inne osoby. Rolą państwa jest zaś wspieranie
nowych przedsiębiorstw.
Maciej Winnicki
