Nie boję się mierzyć w złoto
Rozmowa z Julią Michalską, reprezentantką Polski w wioślarstwie
Na początek nie sposób nie zapytać Pani o zdrowie…
– Zastanawiałam się niedawno, co zrobić, by to pytanie nie padało (śmiech).
Odpowiem tak: jest dobrze. Po dwóch latach ciągłych perypetii z kontuzjami
chciałabym wreszcie być zdrowa, tak jest i mam nadzieję, że to się nie zmieni do
igrzysk. Podobnie zresztą wygląda sytuacja z Magdą Fularczyk. Z drugiej strony
wiem, niestety, że nie jesteśmy robotami, a uprawiamy fach, w którym nietrudno o
przeciążenia organizmu.
Odczuwa już Pani przedolimpijski dreszczyk? Do igrzysk pozostało
kilka miesięcy…
– …które miną błyskawicznie, podobnie jak błyskawicznie minęły cztery lata
od Pekinu. Przeglądałam niedawno wywiady, jakich udzieliłam tuż przed igrzyskami
w Chinach i tuż po nich, i muszę panu przyznać, że bardzo mnie zaskoczyły.
Myślałam bowiem, że tylko marzyłam o tym, że kiedyś popłynę w dwójce, a
tymczasem już wtedy o tym głośno mówiłam. Ba, w jednym z wywiadów powiedziałam
nawet, że bardzo bym chciała utworzyć osadę z Magdą. Marzenie się zatem
spełniło, teraz wierzę, że razem uda nam się zrealizować kolejne. A co do
dreszczyku – nie, jeszcze jakoś specjalnie go nie odczuwam. Cały czas przebywamy
na zgrupowaniach z czwórkami, czyli złotymi i srebrnymi medalistami igrzysk.
Trenujemy ostro i rozsądnie, najlepiej jak umiemy, jest ciężko, ale atmosfera
sprzyja pracy.
Pozostając zatem w tematyce przeszłych wywiadów – powiedziała mi Pani
kiedyś, że interesuje Panią olimpijskie złoto. To aktualne?
– Magda mówi, że chciałaby zdobyć olimpijski medal, nieważne jakiego koloru,
ja zaś podtrzymuję to, co powiedziałam panu. Interesuje mnie złoto. Słyszałam
kiedyś rozmowę z pewną dziewczyną, uczestniczką muzycznego show. Zapytana, czy
się denerwuje, odpowiedziała ze zdziwieniem, dlaczego niby miałaby się bać. Robi
bowiem to, co kocha, lubi występować przed publicznością, jury jej nie przeraża.
Podobnie jest z nami. Codziennie trenujemy, codziennie wylewamy siódme poty,
wszystko dlatego, że kochamy startować. Do tego dochodzi ten dreszczyk emocji,
ta nutka niepewności, nieprzewidywalności, którą akurat ja uwielbiam.
Wychodzę też z założenia, że zawodnik, który mierzy wysoko, w złoto, nawet
gdy przegra, wyląduje na miejscu drugim bądź trzecim. Myśląc "tylko" o medalu, w
przypadku niepowodzenia, wypada się poza podium. Ja w Pekinie marzyłam o medalu,
byłam szósta. Może gdybym myślała o złocie, sięgnęłabym po brąz? To oczywiście
żart, ścigałam się wówczas z takimi tuzami, że sam awans do finału był czymś
niesamowitym.
Krótko mówiąc: zastanawiam się pozytywnie i jestem dobrej myśli w kontekście
Londynu. Optymizmem napawają mnie treningi. Relacje wewnątrz osady są doskonałe
i… poczekajmy do sierpnia, czym to zaowocuje.
Co muszą Panie zrobić, poprawić, by w stolicy Anglii zrealizować swe
marzenia?
– W moim przypadku problemem cały czas jest waga. Muszę pilnować, by nie
spadała, tylko cały czas pozostawała na odpowiednim poziomie. A jeśli chodzi o
aspekty czysto treningowe, to skupiamy się przede wszystkim na sile. Musimy być
w tej materii bardzo mocne, zwłaszcza że ustępujemy rywalkom pod względem
wzrostu i wagi. Oczywiście dodać trzeba do tego wytrzymałość, wydolność i
techniczne niuanse, które ze względu na nasze częste kontuzje nie zostały w
ostatnich czasach dopracowane tak, jak byśmy chciały. Do tego, borykając się z
urazem pleców, miałam małą blokadę psychiczną, którą musiałam zwalczyć.
Na razie pracujemy zatem nad wyrównaniem bądź poprawą naszych życiowych
parametrów, a gdy to się uda, na wodę w marcu wejdziemy pełne energii i zapału.
Mieliśmy w historii jedną wspaniałą dwójkę podwójną, którą tworzyli
Tomasz Kucharski z Robertem Syczem…
– Często o nich myślę. Wsparcie, jakie od nich otrzymywałam i otrzymuję
nadal, jest bezcenne. Zawsze we mnie, teraz w nas z Magdą, wierzyli. To naprawdę
dodaje sił.
Tajemnica ich sukcesu tkwiła w rytmie, jaki osiągali na wodzie.
Jedności, jaką tworzyli. A co jest siłą teamu Michalska – Fularczyk?
– Robert z Tomkiem pływali pięknie, podobnie jak nasza czwórka podwójna,
utrzymująca najwyższy poziom od wielu już lat. Zwykły kibic być może nawet tego
nie dostrzeże, ale ich jazda była i jest (w przypadku czwórki) ucztą dla
wioślarskich estetów. Bardzo bym chciała, abyśmy zbliżyły się do tego ideału, i
wydaje mi się, że konsekwentnie to robimy. Gdy wsiadamy do łódki, gdy zaczynamy
płynąć, gdy czujemy ten odpowiedni opór na wiosłach, w tym samym momencie –
proszę mi wierzyć – mam wrażenie, jakby łódka dostawała niewidzialnych skrzydeł.
Ta chwila naprawdę warta jest wszystkich wyrzeczeń… choć ja bym ich nawet
wyrzeczeniami nie nazwała. Raczej potem, siłami i łzami wkładanymi niekiedy w
każdy trening. To jest niesamowite uczucie, jak w łódce można stworzyć
fantastyczną jedność z drugim człowiekiem. Totalną jedność. W tym właśnie tkwi
piękno wioślarstwa.
Poznała już Pani akwen w Eton, na którym toczyć się będzie walka o
olimpijskie medale. Jakie wywarł wrażenie? I czy ma dla Pani w ogóle znaczenie,
gdzie, w jakich warunkach odbędzie się rywalizacja?
– Oczywiście, że ma. Optymalna sytuacja panuje wówczas, gdy wiem, że jest
odpowiednia temperatura i nie wieje. Wtedy wsiadamy do łódki i wszystko zależy
od nas. Problem powstaje wtedy, gdy zaczynamy powątpiewać w warunki równe dla
wszystkich. Dzieje się tak, gdy pojawia się wiatr i nie wieje równo na
wszystkich torach. Czyli mocno podwiewa przykładowo na pierwszym, a na szóstym
panuje względna cisza. Wtedy szanse zawodnika rosną albo maleją, w zależności od
tego, czy płynie z wiatrem, czy pod wiatr, czy z silnym, słabym itd. Zdarzały
się wyścigi, w których rywalizowały ze sobą osady zazwyczaj osiągające bardzo
podobne czasy, w granicach do trzech sekund, a tymczasem – przez wiatr – na
mecie dzieliło je tych sekund piętnaście. Takie tory, "wietrzne", nie są
lubiane, bo wypaczają wyniki. A co do Eton – to akwen dla zawodników o mocnych
nerwach. Pierwsze wrażenie, jakie odniosłyśmy po przyjeździe tam, to że jest…
wielką dziurą w ziemi zalaną wodą. Akwen był bowiem całkowicie odkryty, a
dookoła panowała totalna cisza. Zwykle jak płyniemy, to staramy się zapamiętywać
jakieś punkty odniesienia na 500, 1000 i 1500 metrów. Związane jest to z taktyką
przyjętą na dany bieg. Magda jest niezrównana w tej materii, a w Eton nie było
nic. Ani jednego wyjątkowego miejsca, do którego byłaby w stanie się odnieść.
Musiała sama wyczuwać, kiedy i jaki dystans upływa. Na igrzyskach powinno być
inaczej, ale na razie wspomnienia mamy, jakie mamy. Tor jest za to chyba bardzo
szybki, na mistrzostwach świata w 2006 r. zostały na nim pobite trzy rekordy
świata, czyli sporo. Można zatem uzyskiwać dobre czasy. Mam tylko nadzieję, że
nie zależy to od toru, na jaki się trafi.
Jest Pani odważna w snuciu planów. Nie obawia się zatem Pani presji i
oczekiwań? Zazwyczaj większych wobec kogoś, kto otwarcie mówi: interesuje mnie
olimpijskie złoto.
– Olimpijski debiut mam już za sobą, wiem zatem mniej więcej, na czym polega
specyfika tej imprezy. Przed Pekinem okrutnie zresztą męczyłam Tomka i Roberta,
by opowiadali mi wszystko, co mogą, na temat igrzysk. Chyba mieli mnie dość
(śmiech). Cztery lata temu bardziej niż ja stresował się pewnie mój trener. Za
każdym razem się tego wypiera, ale ja wiem swoje. O dziwo, dzięki temu byłam
pewniejsza. Mówiłam sobie: "Oj, pierwszy raz widzę trenera zestresowanego. Muszę
się uspokoić, żeby się nie denerwował". Podziałało. Teraz pewnie wszyscy też się
trochę podenerwujemy, to normalne, ale też jesteśmy bardziej świadomi swojej
klasy i możliwości. Dlatego tak otwarcie mówię o tym medalu.
Dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz
