Neo-PRL to nowa odmiana wirusa

Z Joanną Mieszko-Wiórkiewicz, publicystką, poetką,
więźniempolitycznym stanu wojennego, przed 13 grudnia 1981 r.
dziennikarkąRozgłośniPolskiego Radia i TV w Bydgoszczy, od 1988 r. mieszkającą w
Berlinie, rozmawia Bogusław Rąpała

W ubiegły czwartek ogłoszono wyroki dla winnych wprowadzenia stanu
wojennego, m.in. dla Czesława Kiszczaka, który dostał dwa lata w zawieszeniu.
Politycy partii rządzącej komentują: Sprawiedliwości stało się zadość. Zebrani w
sądzie krzyczeli: "Hańba!", "Mordercy!". Jakie są Pani odczucia?

– Mieszane. Ktoś kiedyś, jeszcze w PRL, miał trafnie o ówczesnej Polsce
powiedzieć, że to nie jest opera, to nie jest operetka, to jest OPERETA. Na
operze się płacze, na operetce – śmieje. A jak zareagować na nieustającą
operetę, która grana jest w Polsce? Nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Jestem
bezradna wobec uczuć, które mną targają, i upokorzona przez niezawisły polski
sąd. Za długo czekaliśmy na ten wyrok. Jednak sędzia Ewa Jethon dokonała rzeczy
bezsprzecznie wielkiej – w uzasadnieniu stwierdziła, że wprowadzenie stanu
wojennego 13 grudnia 1981 r. było skutkiem realizacji z góry powziętego planu, a
nie żadną "próbą zapobieżenia interwencji z zewnątrz", co przez 30 lat było
mantrą powtarzaną przez Jaruzelskiego. Z prawnego punktu widzenia jest to
fundamentalny wyrok, co podkreślał oskarżyciel, prokurator Piotr Piątek z
krakowskiego IPN. Fakt, że sąd uznał udział Kiszczaka w związku przestępczym o
charakterze zbrojnym, gdy tylko się wyrok uprawomocni, stanie się szansą dla
tysięcy pokrzywdzonych przez juntę Jaruzelskiego i Kiszczaka na zaskarżenie
państwa polskiego i ubieganie się przez nich o odszkodowania. A mają do nich
pełne prawo, bo zbrodniczy dekret o stanie wojennym zniszczył setki tysięcy
rodzin i ludzkich losów. Protesty na sali sądowej są dla mnie w pełni
zrozumiałe, ale sądy nie rozstrzygają kwestii moralnych, lecz kwestie
koherentności obowiązujących norm prawnych. Według norm prawnych na dzień 13
grudnia 1981 i na dziś stan wojenny był zbrodnią. I to zostało wreszcie
powiedziane. Pozostaje tylko wierzyć, że wyrok ten zdoła się uprawomocnić.

Dlaczego do dziś nie udało się osądzić wszystkich odpowiedzialnych za
wprowadzenie stanu wojennego?

– Bo ktoś napisał taki scenariusz. My jesteśmy tylko bezradną publiką w tym
teatrze, w którym wciąż grana jest ta sama opereta przez tych samych aktorów.
Możemy tylko patrzeć na scenę, z rozpaczą konstatując, że nasze bezcenne życie
mija gdzieś na zewnątrz, że kradnie się nam nasze plany i marzenia. Płacimy
słono za to marne przedstawienie, ale nie brakuje takich, którzy "do klaskania
składają prawice"…

Proces głównego sprawcy – gen. Wojciecha Jaruzelskiego, został
zawieszony ze względu na jego stan zdrowia. Czy dyktatorowi uda się uniknąć
odpowiedzialności?

– Zgadzam się, że każdy oskarżony powinien być sądzony indywidualnie. Zbiorcze
pozwy komplikują postępowanie sądowe. Formalnie Jaruzelski był głównym sprawcą,
ale wiadomo dziś, że był on latami prowadzony jako TW "Wolski" przez Kiszczaka.
Nie ten jest zawsze główny, który jest z przodu. Według mnie, obaj byli głównymi
sprawcami. Podczas procesu mogliśmy obserwować wzruszający podział ról obu
"ludzi honoru" – raz jeden był chory, raz drugi. Aż dziw, że w ogóle zapadł
jakiś wyrok. Przedawnienie było tak blisko! Uzasadnienie sędzi Jethon będzie
miało nie tylko wpływ na wyrok dla Jaruzelskiego. Nie mam wątpliwości, że inni z
ówczesnego "świecznika władzy" – jak to się mawiało, unurzani w zbrodniach PRL,
nie mogą teraz spać ze strachu i pewnie pod hasłem "Wszystkie ręce na pokład!"
zwierają szeregi, by wyrok ten zaskarżyć.

Wciąż jesteśmy świadkami bezkarności, buty i kompletnego braku skruchy u
komunistycznych zbrodniarzy pokroju Kiszczaka i Jaruzelskiego. O czym to
świadczy?

– O tym, że im się to sowicie opłaciło. Im oraz zgrai, jaką za sobą ciągnęli.
Wtedy, kiedy sparaliżowali cały kraj i zahibernowali społeczeństwo, cynicznie i
bez umiaru – jak to się potocznie od czasu medialnego występu pewnej posłanki PO
mówi – "kręcili lody". To wtedy, dzięki międzynarodowym geszeftom, stawali się
właścicielami fortun. To wtedy, gdy opozycja siedziała w więzieniach i obozach
odosobnienia, kiedy nie było nikogo, kto mógł im patrzeć na ręce, rozpoczęli
rozkradanie Polski na niebywałą skalę. To wtedy zaczął się planowy demontaż
kraju, który trwa do dziś.

Wróćmy do przeszłości. Po 13 grudnia 1981 r. znaczna część odradzających
się polskich elit musiała wyemigrować, na różne sposoby wielu ludziom złamano
życie. Cena wprowadzenia stanu wojennego była tak wysoka, że Polska na długie
lata pogrążyła się w marazmie…

– To jest temat na 10-tomową pracę habilitacyjną, gdyby znalazł się tylko jakiś
chętny i zdolny doktor nauk społeczno-politycznych. No właśnie – dlaczego się
nie znalazł? A tym bardziej dziesięciu? Minęło już tyle czasu… Emigracja od
180 lat pustoszy nasz kraj. Wyjeżdżają najbardziej mobilni, młodzi, zdolni
ludzie. Ktoś sarkastycznie stwierdził, że ludzie to wciąż najlepszy polski
produkt eksportowy. Ten najlepszy "produkt" oddaje swoje siły innym. A przede
wszystkim nie zagraża "trzymającym władzę", a precyzyjniej mówiąc – trzymającym
się władzy jak pijany płotu. To dlatego nie ma w Polsce koniecznej i naturalnej
wymiany pokoleń. Kiedy patrzę od lat tu, w Berlinie, na orszaki, z jakimi
przyjeżdżają z Warszawy rozmaici "decydenci", to ze zdumieniem stwierdzam, że
zapełniają je amorficzni młodzi ludzie w nieomal identycznych garniturach i z
identycznym wyrazem twarzy. Bezideowi karierowicze. Czy oni będą kiedykolwiek
decydować o Polsce i Polakach? Ci, których bym Polsce życzyła, pozbawieni szans
awansu we własnym kraju, remontują niemieckie domy albo ustawiają towary w
brytyjskich supermarketach. Kokietuje się ich odrobinę przed wyborami, bo w
dzisiejszej demokracji obywatele sprowadzani są do roli bydła wyborczego. To nie
są uboczne efekty transformacji, jak to wmawiano Polakom latami. To są świadome
i pożądane procesy.

Wiele osób po zakończeniu stanu wojennego nigdy nie wróciło do Polski.
Jak Pani myśli, czy jest to również związane z nierozliczeniem sprawców i
trwaniem układu postkomunistycznego?

– Oczywiście. Trwanie tego układu oznacza, że nie ma miejsca dla zdrowych sił.
One są zablokowane. Nie wszyscy mają ochotę na bierne przyglądanie się
niekończącej się operecie. Neo-PRL jest tylko na pierwszy rzut oka lepsza niż
PRL – z powodu kolorowych reklam i reklamówek. Jeśli się dokładniej przyjrzeć,
to kiepskie przedstawienie. Przecież nadal panoszą się ci sami ludzie, którzy po
wojnie ukradli nam kraj. Oni dziś wymierają, ale znakomicie umocowali swoje
dzieci i wnuki. I jest z nimi tak, jak z wirusem grypy – każde nowe pokolenie
jest silniejsze i sprytniejsze od poprzedniego. Jak ma sobie poradzić z tym
wirusem osłabiany upustem zdrowej krwi organizm? Aby skutecznie wyleczyć,
potrzebna jest prawidłowa diagnoza, a do niej niezbędne są badania
laboratoryjne. Dlatego niesłychanie ważna jest rola niezależnych historyków,
odważnych socjologów, uczciwych psychologów czy dziennikarzy. Znam wielu takich
– starszych i nawet sporo młodszych, i wiem, jak dużo płacą za swoje
posłannictwo.

Okres stanu wojennego zmienił również Pani życie. W jaki sposób?
– Drastycznie i definitywnie. Mnie i mojej rodzinie – włącznie z moją matką i
moim synem. Pozbawienie pracy, wyeliminowanie zawodowe, więzienie, pozbawienie
środków do życia, szykany wszelkiego rodzaju, próby alienacji, emigracja, która
wbrew pokutującemu w Polsce mniemaniu, nie jest wylegiwaniem się w cudzych
piernatach, choroba, bo osłabiony organizm nie wytrzymuje pewnego dnia obciążeń,
kłopoty nawet dzisiaj z obliczeniem emerytury – to cały wachlarz, który dotykał
i do dziś dotyka niemal wszystkich represjonowanych. Oczywiście tych, którzy nie
pochodzą z pookrągłostołowego establishmentu. Tymczasem druga strona nie ma
problemu ani z pensją, ani z emeryturą.

Jeśli spojrzeć z perspektywy minionych lat i miejsca zamieszkania, z
jakimi jeszcze – według Pani – konsekwencjami stanu wojennego polskie
społeczeństwo boryka się do dziś?

– To społeczeństwo przeszło wówczas zbiorowy zawał z wszelkimi tego skutkami.
Jako organizm nie odrodziło się w pełni do dzisiaj, mimo że wyrosło nowe
pokolenie. Nikt na dobrą sprawę nie policzył ofiar stanu wojennego:
zastrzelonych, zamordowanych, zmarłych wskutek nieotrzymania pomocy lekarskiej,
zamarzniętych w inkubatorach szpitalnych, kiedy wyłączano prąd,
straumatyzowanych represjami tajnych służb, rozbitych rodzin etc. O skutkach
gospodarczych nawet nie wspominam. Ten rachunek koniecznie trzeba sporządzić.

Dlaczego więc mimo tych oczywistych faktów część Polaków woli wierzyć
Jaruzelskiemu zamiast niezależnym historykom wskazującym, że wprowadzenie stanu
wojennego było zbrodnią i zdradą polskiego Narodu?

– Może działa na nich magia munduru? Tacy ludzie nie czytają opracowań
historycznych. Na pewno wytłumaczyłby im tę różnicę bł. ks. Jerzy Popiełuszko.
Kiszczako-Jaruzelscy tego się obawiali i dlatego właśnie go zamordowali. Jednak
są jego następcy. Kiedy przyjeżdżam do Polski, chętnie odwiedzam rozmaite
kościoły, by posłuchać kazań. To są miejsca, gdzie głośno i wyraźnie mówi się o
podstawowych wartościach i powinnościach. To oznacza, że mamy wspólne tematy i
wspólny dla nich język. Polaków jak żaden inny naród w Europie jednoczy wiara. A
książki niezależnych historyków także nieźle się chyba sprzedają, prawda? My
dopiero zaczynamy odzyskiwać swoją historię.

Czy – według Pani – Polska dzisiaj jest krajem w pełni niepodległym?
– Co znaczy – w pełni? Czy można być trochę niepodległym i trochę podległym? Jak
jajeczko częściowo nieświeże? Cały szereg decyzji wszystkich rządów i Sejmów od
1989 r. wskazuje, że Polska nie jest krajem suwerennym, choć znad talerza z
krupnikiem tego nie widać. Natomiast dostrzegł to zdumiewająco wyraźnie pewien
znany "kaszubski historyk": "Polskość to nienormalność – takie skojarzenie
narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego
tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia,
pech dziejowy i Bóg wie, co jeszcze wrzuciły na moje barki brzemię, którego nie
mam specjalnej ochoty dźwigać". Zatem, gdyby Polska była suwerenna, byłaby
normalna i żadne brzemię nie spadłoby na barki autora tych słów.
Suwerenność Polski zaczyna się od suwerennego myślenia Polaków – i tych w
Polsce, i tych rozrzuconych po świecie. To jest zadanie, które z radością
podjęliśmy w tamtych wspaniałych miesiącach i trudnych latach od Sierpnia ´80, i
które przekazaliśmy naszym dzieciom i przekażemy naszym wnukom. Może to dopiero
one sprawią, że słowo "suwerenność" ciałem się stanie?

Dziękuję za rozmowę.

drukuj